sobota, 11 lipca 2015

13.

Miała tak uroczo uśmiechniętą twarz. W jej oczach tańczyły promyki; promyki oznaczające radość życia. Wreszcie nauczyła się ją wyłapywać z szarej - często pozornie - rzeczywistości. Szła pewnym, szybkim krokiem, poprawiając co chwila włosy - mimo wszystko pogodnie, bez cienia irytacji. W pełni chłonęła świat takim, jakim był, zaakceptowała wszelkie wady i niedogodności. Czuła się jego nierozerwalną częścią, co doskonale odzwierciedlał jej wygląd. Nie patrzyła już na ptaki spojrzeniem rozmarzonym, nostalgicznym czy nieobecnym; odnajdywała w nich braci, siostry, towarzyszy swojej drogi. Zdawało się, że - gdyby tylko chciała - mogłaby w każdej chwili wzlecieć i do nich dołączyć. W jej wnętrzu zapanowała niczym niezmącona harmonia, pewien rodzaj stałości, usytuowania we Wszechświecie.
Przyznam, że cieszyłem się tym widokiem jak nigdy dotąd; chciałem pamiętać każdy szczegół, szmer, błysk. Moje emocje zdecydowanie oderwały się od idyllicznej harmonii, przez co przemierzałem chodnik niczym ci wszyscy wypaleni ludzie. Bez celów, ambicji, określonego miejsca i roli na tym świecie. Rękoma sprawdzałem zawartość kieszeni, które - poza paroma centami - nie skrywały absolutnie nic, a wiatr nieznośnie targał mi czuprynę. Czułem narastającą irytację, której nie potrafiłbym uzewnętrznić bez przyznania się do porażki.
Wyglądaliśmy zdecydowanie jak para z jakiegoś filmu czy oklepanego wideoklipu. Ona - roześmiana, radosna, zarażająca chęcią życia i marzeniami, wręcz unosząca się nad ziemią. Opowiadała o czymś, ale nie potrafiłem słuchać. Brzmiała szczęśliwie i to mi w pełni wystarczało. Szła spowita złotą poświatą, którą została obdarzona przez Słońce. Pogłaskała mnie po ramieniu, zapewne w geście pocieszenia. Nie byłem jednak w stanie się uśmiechnąć.
Obok niej szedłem ja - w cieniu kolejno mijanych drzew, ze spuszczoną głową, nieobecnym, zagubionym spojrzeniem, którego i tak nie było widać przez włosy zakrywające połowę twarzy. Zgarbiony, powłóczący nogami niczym pilny student po oblaniu sesji. Porównanie to jednak nie jest do końca trafne, bo ja nie byłem nawet smutny. Nie byłem rozczarowany, zły, irytacja to też złe określenie. Na chwilę stałem się żywym trupem, pozbawionym zupełnie uczuć i wrażeń. Wzdychałem ciężko, ale na tyle cicho, żeby nikt nie usłyszał, a w szczególności ona.
Wydawało mi się, że to właśnie Adila jest tą niestabilną częścią naszego związku. Przeżywa wszystko o wiele mocniej i intensywniej niż przeciętny człowiek, mimiką perfekcyjnie, choć nie zawsze świadomie uzewnętrznia emocje, łatwo doprowadzić ją do płaczu. Nikt jednak chyba nie widzi, iż była i jest naprawdę silna. Znosiła docinki rówieśników, znosiła nawet moją chorobliwą zazdrość - mój błąd, przyznaję. Też się przy niej wiele uczę. Dla nas obu ta relacja jest pewnego rodzaju lekcją życia.
Przerosło ją, gdy dowiedziała się, że relacja jej rodziców nie była całkowicie normalna. Kiedy podstawą twojego życia jest rodzina, a z dnia na dzień dowiadujesz się, iż tak naprawdę relacje w niej znacząco odbiegają od ogólnie przyjętych norm, trudno jest nie stracić uśmiechu. W przypływie emocji uciekła z domu, nie myśląc zupełnie o rzeczach potrzebnych, ani odczuciach innych. Odniosłem dziwne wrażenie, że właśnie wtedy pierwszy raz skupiła się wyłącznie na sobie, swoich potrzebach, odczuciach. I dobrze.
Starała się porządkować swój świat, rozumieć pewne mechanizmy społeczne, patrzeć perspektywą różnych osób. Krótko mówiąc - zapłonęła w niej swoista chęć zmiany życia na przystępniejsze, spokojniejsze, względnie lepsze. Nie było to łatwe zadanie, a w szczególności wtedy, gdy zaczął śledzić ją Davignon. Do teraz człowiek ten wydaje mi się skończonym psychopatą, bez wyraźnych motywów, za to czerpiącym ogromną satysfakcję z gnębienia innych.
Przez przewrotny Los źle zrozumiała rozmowę ojca. Nikt nie powinien mieć do niej o to żalu - przecież idąc nocą przez niezbyt spokojną dzielnicę też co chwila oglądamy się za ramię, biorąc przemykającego wzdłuż kamienic kota za zagrożenie życia. Dla niej cała rzeczywistość była tylko wieloma kotami. Martwiła się o siebie, zachowanie ojca, reakcje matki. I wtedy poszła na most.
Nie mam pojęcia, czy tego chciała, czy przemyślała konsekwencje. Najprawdopodobniej podjęła taką decyzję pod wpływem impulsu - nie wiem, nie odważyłem się podjąć dokładniej tego tematu i szczerze wątpię, bym zrobił to w najbliższej przyszłości. Potrzebowała oparcia, przez cały czas potrzebowała tylko solidnego oparcia i poczucia, że komuś na niej zależy, że ma do kogo wracać. Kiedy odzyskała przytomność, miałem wrażenie, że była bardziej roztrzęsiona niż ja. Do niej dotarło, co chciała zrobić. Do mnie, że naprawdę mogłem ją stracić i ile ta strata by zmieniła. Nie mam tu nawet na myśli scenariusza ze śmiercią, a braku tego ciekawego świata spojrzenia, rozmyślań, śmiechu i wręcz dziecięcej niewinności. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy się nie załamał, a dopiero potem komentuje całe zajście.
Kiedy została sam na sam z Davignonem na tylko teoretycznie bezpiecznym i znanym jej terenie, stałem parę metrów dalej, uzbrojony w telefon z włączonym nagrywaniem. Czy było to z mojego teraźniejszego punktu widzenia rozsądne? Oczywiście, że nie, jednak nie o rozsądek tu chodziło. Bałem się tam podejść, zwyczajnie, po ludzku. Stchórzyłem, nie obroniłem jej. To przeze mnie Adili zostanie zapewne blizna.
W obliczu takiego zajścia poczułem się nikim. Bo od czego byłem? Miałem ją chronić, otoczyć opieką. Sam sobie wyznaczyłem tę misję, a tak łatwo było mi się z niej wycofać pod wpływem odrobiny strachu. Zawaliłem poważny egzamin z dojrzałości - a miałem dziwne wrażenie, że pięć lat po maturze człowiek jest już pewny, silny, odważny, dorosły. Jeżeli ja nie byłem w stanie myśleć racjonalnie, to co musiała czuć ona? Ile myśli przelatywało jej przez głowę? Ile wspomnień?
Prowadziłem teraz w milczeniu auto, naśladując ruchy pojazdów przede mną. Adila musiała wyczuć mój nastrój, bo też się nie odzywała - co jakiś czas jedynie obdarzała mnie zmartwionym spojrzeniem. Jestem ostatnią osobą, o którą powinna się martwić. Nie chcę tego, naprawdę, nie chcę. Docierało do mnie powoli też to, co miała na myśli, żaląc się, że pewnie jest dla mnie tylko ciężarem. To uczucie wykańcza.
Nie, Adila, nie jesteś. Chciałbym tylko widzieć, jak się uśmiechasz. Jak gryziesz końcówkę długopisu, bo nie masz pomysłu na esej. Jak zatracasz się w wyglądaniu za okno i pytasz, czy popatrzę z tobą.
Nie wiem tylko, jak ci to, do cholery, powiedzieć.
 Zaczynałem rozpoznawać też stan, który mi aktualnie towarzyszył. Najrozsądniej byłoby nazwać go frustracją w punkcie kulminacyjnym. Nie wiedziałem, co mogę robić - krzyczeć? Usiąść w milczeniu? Płakać? Ani to męskie, ani odważne, jednak przyzwyczaiłem się już do moich specyficznych zachowań. Szlajałem się po klubach przecież głównie po to, by zerwać z łatką inności.
Inność jest okej. Kufel piwa co prawda także, ale panienki na jedną noc już niezbyt.
Zdążyłem tylko otworzyć drzwi od domu i powiesić kurtkę, kiedy Adila zapytała, co się dzieje. Odmruknąłem coś niezrozumiałego. Potrzebowałem dłuższej chwili, by powrócić w pełni do rzeczywistości - rozmyślania tego rodzaju wcale nie były dla mnie czymś powszednim, dlatego tym bardziej zdziwiło mnie, że na chwilę zostałem odcięty od świata.
Miałbym jej powiedzieć wprost, że przestałem dawać sobie z czymkolwiek radę? Nie mogę spać i budzę się w nocy ze strachu o nią? Nie starcza mi siły na uśmiech do sprzedawcy, a najczęściej grana przeze mnie na fortepianie piosenka to dotychczas znienawidzone Hijo de la Luna? Dałbym jej w ten sposób jasno do zrozumienia, że zgubiłem się przez nią, a tymczasem właśnie ona została moim drogowskazem. To, że wywołała w pośrednim sensie mój aktualny nastrój, nic nie zmienia.
Wolałem milczeć, żeby nie zadrżał mi głos. Czy kiedykolwiek musiałem się o coś takiego martwić? Obmyślać rzeczy odrobinę bardziej skomplikowane niż to, jak wrócę z imprezy do domu? Jak widać, nadszedł czas zmian, wprowadzanych wręcz zbyt gwałtownie, choć nienarzucanych przez nikogo. Chciałem, by Adila pozostała teraz tak samo uśmiechnięta, jak wtedy, gdy szliśmy chodnikiem. Usiadłem na kanapie i podparłem twarz dłońmi. Co ja właściwie mam jej powiedzieć?
-Pascal, proszę, powiedz co się dzieje. - Dawno nie słyszałem takiej troski w głosie, kiedy ktoś do mnie mówił. Zaschło mi w gardle.
-Je m'abandonne*.
-Co chcesz przez to powiedzieć? Przepraszam, jeśli to przeze mnie. Naprawdę nie chcę... - zaczęła, patrząc na mnie smutno. Nie, Adila, nie! Ty masz się uśmiechać!
-Nie wiem. To ja przepraszam, naprawdę przepraszam. Nie umiem dobrać słów, więc pewnie nie zrozumiesz, o co mi chodzi, ale... - wiedziałem, jak to zabrzmi, jednak musiałem jakoś sformułować swoją prośbę. Dla jej spokoju. - Możesz... iść?
Ręce bezwładnie opadły jej wzdłuż ciała. Kołysała się lekko w przód i w tył, nie wiedząc, czy patrzeć za okno, czy może na mnie. Bolało ją to. Bolały ją moje słowa. Przestała oddychać przeponą na rzecz szybkich, urywanych wręcz oddechów, ale była jednocześnie niezrozumiale spokojna, jak gdyby doskonale wiedziała, co czuję. Nie byłem pewien, czy cierpi przeze mnie, czy za mnie.
-Oczywiście, że mogę - powiedziała płaskim, ale nie szorstkim głosem. Wyglądała jak zaniepokojona wychowawczyni klasy z problemami; starając się zachować neutralną minę, pokazywała więcej, niż by chciała. - Ale chciałabym, żebyś powiedział w końcu na głos, co cię dręczy. Proszę. O to chyba mogę? - zapytała z lekkim zawahaniem.
Lekkim zawahaniem? Kiedy zdążyłem poznać znaczenie tego tego słowa?
-Żyję w ciągłym strachu, bo boję się o ciebie. Zamiast chodzić do szkoły, włóczysz się po dworcach, chcesz skakać z mostów... Co ty robisz ze swoim życiem?! - Zdobyłem się tylko na dramatyczne podniesienie głosu. Byłem żałośnie nieszczery w tym, co mówiłem, bo wcale nie chciałem wytykać jej jakichkolwiek błędów. - Jak bardzo źle się czujesz?!
-A ty? Jak bardzo źle się czujesz? - zapytała, ale nie widziałem jej miny, bo wlepiłem wzrok w okno. Brakowało tylko kropel deszczu na szybie. Klucz ptaków szybował po niebie, drzewa kołysały się pod wodzą wiatru. Westchnąłem, a ona zrobiła to samo. - Jeśli wyjdę, będziesz szczęśliwszy?
-Na tory się panienka kieruje? - rzuciłem nie do końca świadomie, pochłonięty melancholią obrazu za oknem. Kiedy tylko zdałem sobie sprawę z wypowiedzianych słów, momentalnie odwróciłem głowę. - Jezu, ja nie...
Kąciki ust wygięły się delikatnie ku dołowi. Gdy mrugnęła, parę kropli ozdobiło jej twarz. Złączyła ręce z tyłu i dość znacznie pochyliła głowę, próbując się uspokoić. Prawie niezauważalnie kiwała głową na boki. Nie ona miała przepraszać, tylko ja! Czy muszę być aż takim idiotą, by odruchowo wplatać w wypowiedzi sarkazm?!
Stała nieruchomo przez jakieś pół minuty, jednak dla mnie była to wieczność. Wieczność, w czasie której mogłem jej tak wiele powiedzieć i wyjaśnić. Wieczność, w czasie której nie zrobiłem absolutnie nic. Adila, chciałem tylko, żebyś była szczęśliwa. Nie miałaś płakać! Nie miałaś!
-Jadę do ojca, sam mówiłeś, że chciał ze mną rozmawiać - rzuciła cicho w przestrzeń i otworzyła drzwi.
Właśnie wtedy powinienem nakreślić jej mój punkt widzenia, przestawić na pewno różną od jej perspektywę, opowiedzieć trochę więcej o tym, dlaczego jestem taki, a nie inny i czemu potrzebuję aż tylu zmian, a przede wszystkim zwyczajnie się uśmiechnąć.
Tak, zdecydowanie powinienem zrobić wtedy te wszystkie rzeczy. Problem tkwił w tym, że wyraz "siła" był mi teraz brutalnie obcy.  Łudząc się, że cokolwiek usłyszy, powiedziałem tylko głośno:
-Nic sobie nie zrób, błagam.
Nie było mnie stać na krzyk. Nie było mnie stać na cokolwiek. Usiadłem na podłodze i po raz drugi w życiu doświadczyłem uczucia "mokrej twarzy".
Adila, płaczę za tobą.
Uśmiechnij się.

*

Obudziło mnie energiczne pukanie - nie, przepraszam, walenie - do drzwi. Odruchowo poderwałem się i usiadłem na krawędzi łóżka, jednak szybki ruch ciała zrobił swoje, przez co na chwilę pole widzenia przysłoniły mi czarne, wyjątkowo irytujące plamy. Dookoła ramienia miałem owinięty kabel od słuchawek, oczywiście - jakże by inaczej - cały splątany. Zamrugałem i ciężkim krokiem zacząłem zmierzać w stronę drzwi, przy okazji parę razy odbijając się od ścian.
"Dlaczego ten korytarz jest taki wąski?" - pomyślałem, po raz kolejny walcząc z nieugiętą grawitacją.
Po otworzeniu drzwi do mieszkania weszły dwie postaci - czarnoskóry facet i trochę mniej czarnoskóry facet. Wyprostowałem się momentalnie, pomijając chwilę zamykania drzwi plecami, i przezornie, niby od niechcenia oparłem się ręką o szafę w przedpokoju. Przeczesałem włosy dłonią, jeszcze raz próbując udawać, że wszystko jest ok. Drzemię w dzień, baluję nocą, chodzę w zbyt dużym t-shircie i zawsze chętnie przyjmuję kumpli - taki ze mnie luzak. Pośpiech? Jaki pośpiech? Praca?
O ile Amen skierował się od razu do salonu, o tyle Karim parodiował moją pozycję na przeciwległej do mebla ścianie. Zwróciłem uwagę na to, że oboje byli jakoś bardziej elegancko ubrani. Oczywiście krawacik w przypadku tych panów nie mógł nawet marzyć o zagoszczeniu w garderobie, ale koszule mówiły same za siebie. Mniej czarnoskóry kumpel, przyjaciel, jak zwał, tak zwał, patrzył na mnie wzrokiem dość gniewnym, a ja pochwaliłem się w myślach, że wreszcie potrafię wychwycić takie rzeczy. Odchrząknął głośno, czemu zawtórował przeciągły kaszel Amena.
-Co ty odwalasz? - odezwał się wreszcie Karim, widocznie stwierdzając, że nie mam pojęcia, o co chodzi. I dobrze, bo nie miałem. -Powinieneś dziś być w studio. Wiesz, kocham świecić szkiełkami okularów przed artystami, że może jednak nagramy dany utwór następnego dnia, bo kolega nie przyszedł. - Zmarszczyłem brwi i odwróciłem wzrok, usilnie próbując odgrzebać w pamięci jakikolwiek przydatny w tej rozmowie fakt.
-Przecież mieliśmy nagrywać jutro - stwierdziłem spokojnie.
-Jest poniedziałek, Pascal. Mam ci przeliterować, czy może zacząć sylabizować? W jakim ty klubie byłeś, człowieku. Wyglądasz fatalnie - podkrążone oczy, jakaś stara, wyciągnięta koszulka, tłuste włosy. Ledwie trzymasz się na nogach.
Odszedłem na parę kroków i spojrzałem w lustro - nie był to jakoś wybitnie napawający nadzieją widok. Taki radykalny, klepiący biedę hipster, żeby nie powiedzieć bezdomny. Wzruszyłem ramionami, żeby podtrzymać iluzję super ziomka, ale mój mózg zaczął zadziwiająco sprawnie łączyć fakty. Sesja nagraniowa, studio, poniedziałek...
-Poniedziałek? - powiedziałem najbardziej zdziwionym tonem, na jaki mogłem się zdobyć. Dałbym sobie rękę uciąć, że mamy niedzielę. - Chodź, co będziemy stać obok drzwi - zaproponowałem dyskretnie przejście do salonu, bo kończyna, którą miałbym już amputowaną, zaczynała mi drętwieć.
Na szczęście przychylił się do mojej prośby. Kiedy przekroczył próg głównego pomieszczenia, powtórzył odruch Amena - zaczął nagle przeciągle kaszleć. Ten zaś rozsiadł się wygodnie w fotelu i obracał w ręce kartonową paczuszkę.
-Pascal, ty nie palisz - bardziej zapytał niż stwierdził, ale i tak spiorunował mnie wzrokiem. Wymienili spojrzenia.
-Skończyłeś z tym dawno. Wyszedłeś z domu w takim stanie? I to po papierosy?
-Nie, leżały za szafą i tak... - zanim dokończyłem zdanie, zdałem sobie sprawę, jak to zabrzmi, ale słowo się rzekło - ...pasowały do mojego nastroju i whisky.
Amen aż zwolnił fotel i zaczął rozglądać się po mieszkaniu. No cóż, Anthea Turner na pewno nie byłaby zadowolona z jego stanu, o zapachu nie wspominając. Pierwsze co zrobił, to otworzył okno - jedno, drugie, a nawet trzecie. Zamruczał coś pod nosem, zapewne o tym, jak to zatruwam siebie i swoich gości. Gdy wszedł do kuchni, natknął się na stertę naczyń, które zaczynały wychodzić ze zlewu - nawet samodzielnie. Pominę w tym opisie krajobrazu worek ze śmieciami nadający się tylko do wyniesienia w trybie pilnym. Przystanął na chwilę i cicho zagwizdał.
-Adila została radykalną feministką, czy popisałeś się umiejętnościami uwodzenia?
-Która godzina? - chciałem jak najszybciej zmienić temat.
-Piętnasta, jeśli cię to interesuje. No nie mów, że dopiero się obudziłeś.
-Jestem osłabiony, a nie pijany. Jutro to nagranie, tak? Z kim?
-Pascal, idioto - wtrącił się Karim tonem o dziwo wskazującym na współczucie - Patrząc na ciebie mogę stwierdzić jedynie, że jesteś w swój superspecyficzny sposób przygnębiony, co wskazuje nam już dwie cenne informacje: nie zawiniła Adila, bo byłbyś zły, ani ty jej nie zdradziłeś, bo odholowywalibyśmy cię przecież z jakiegoś klubu. W takim wypadku, jako dwóch twych towarzyszy oddanych, możemy rozważyć próbę jakieś pomocy dla ciebie, ale zastanów się poważnie, czy naprawdę jesteś na to gotowy.
-Jeżeli teraz nagle ją rzuci, będzie próbował wrócić do dawnego życia - coś jak efekt porzuconej diety. W każdej lasce postara się znaleźć cząstkę Adili, po czym wróci uniżony i rozczarowany, zobaczysz. A wtedy będzie już trochę za późno.
Poczułem się wykluczony z rozmowy, ale nie przeszkadzało mi to. Mają rację. Mają tę cholerną rację, a ja jedyne co potrafiłem zrobić, to zatruć sobie powietrze w domu dymem papierosowym. Nie lubię i nie lubiłem palić, przyznaję. Kiedyś, jako wzorowo zbuntowany i odrzucony nastolatek, zacząłem przygodę z tytoniem by pokazać, że nie odstaję od grupy. Tak, ten nieogarnięty Pascal też z wami pójdzie na fajkę, może nawet przynieść flaszkę! Pragnienie poczucia akceptacji, ale w trochę innym wydaniu. Teraz paliłem chyba tylko z bezsilności, żeby udowodnić sobie, jak bardzo jestem beznadziejny. Prawda jest taka, że mnie złapały podobne duszności - na filmach wszystko wychodzi jednak trochę inaczej. Najgorsze było to, że w szafie nadal leżały rzeczy Adili. Żadne z nas nie miało odwagi na podjęcie próby jakiegokolwiek kontaktu. Wiedziałem, że to nie może potrwać długo, ale i tak było mi niezręcznie. Już miałem chwycić za komórkę, kiedy olśniło mnie, że przecież ma szkołę i spore zaległości - jeżeli jeszcze dodać do tego problem z kimś takim jak ja, to będzie niezbyt przyjemnie.
-Niech wybierze siła wyższa - powiedziałem, wymownie kierując oczy ku sufitowi. Oczywiście odpowiedź była oczywista, ale trochę dramatyzmu nigdy nie zaszkodzi.
-Od kiedy jesteś taki wierzący? - zapytali prawie jednocześnie. Byliby niezłym chórkiem do niektórych utworów.
-Od kiedy jakimś cudem spotkałem dziewczynę, którą zamiast do kolejnego klubu, z własnej woli zabrałem na Champs de Mars - wydeklamowałem głębokim basem i oczywiście zepsułem nastrój, kaszląc.
Chyba było im mnie żal. Nie powiem, optymizmem nie zionąłem, a nad moją głową wisiały raczej smutne chmurki niż wesołe słoneczka i jednorożce. Patrząc z innej perspektywy, to mową ciała przekazywałem brak jakiegokolwiek nastroju - obojętność, dystans, wycofanie, pomimo usilnych starań nadrabiania miną. Te trzy określenia użyte w stosunku do mojej osoby brzmiały dziwnie, choć uwzględniając wydarzenia ostatnich miesięcy, wszystko, co dziwne, stało się normalne.
Musiałem wyjść, bo czułem, że tutaj się uduszę - dosłownie i w przenośni. Woń niewesołego wieczoru była naprawdę trudna do wywietrzenia, jakby chciała mnie jeszcze bardziej zdołować. O nie, ja się nie dam! Przetarłem oczy, żeby odgonić resztki senności. Oczywiście, że nie będzie łatwo, jestem w tym utwierdzany od początku. Wyzwanie "Lepszy Pascal" czas wznowić, acz mniej intensywnie - ci, którzy w programach treningowych ćwiczą swoje mięśnie doskonale wiedzą, jak łatwo jest o przetrenowanie czy naderwanie jakiegoś ścięgna. Ja właśnie próbowałem uporać się z nadwyrężonym umysłem oraz zbyt szybkimi zmianami usposobienia, które odbijały się dodatkowo na innych.
Najchętniej urządziłbym sobie jeszcze drugi taki wieczór, a może całą serię (oczywiście bez papierosów, nie włączajmy tak intensywnie zdrowia do tej potyczki), bo łatwiej, przyjemniej, bez odpowiedzialności. Jedynym problemem było to, że rozwiązania należało szukać gdzie indziej. Kwestię uciekania, tego od problemów także, mam już przerobioną bardzo dobrze. Każdy posiada bardzo złożone życie, a zupełne wycofanie się z niego jest niemożliwe, szczególnie tak szybko i bez wyraźnego powodu, szczególnie, kiedy nie jesteśmy skończonymi egoistami.
Chciałbym przeczytać czyjąś powierzchowną opinię na mój temat - pierwsze wrażenie, dedukcje, wysnute domysły. Nie zawsze zachowujemy się tak, jak byśmy chcieli. Otoczenie przypisuje nam nieodpowiednie cechy, kreuje zupełnie nieprawdziwy wizerunek, wyciąga pochopne, błędne wnioski. Warto jednak takich błędnych wniosków posłuchać, by spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Na przykład teraz - postrzegam się jako zagubionego chwilowo faceta, który patrzy w okno niczym w podręcznik obsługi hamulca ręcznego - próbuje coś wyczytać, ale balansuje na granicy snu i jawy. Według mnie, rozsiewam pewnego rodzaju melancholijny nastrój dookoła siebie - brakuje tylko burzy, parasola pod kolor obowiązkowego szala i ust ułożonych w podkówkę.
W większości pominąłem wygląd, mniej czy bardziej świadomie. Koncentruję się teraz głównie na odczuciach, przeżyciach, odbieraniu świata, nazywaniu emocji (i ogólnym ich wykrywaniu) po imieniu. Większość ludzi w dzisiejszych czasach, patrząc na przechodzącą studentkę, nie pomyśli: "Ach, jaka smutna dziewczyna. Pewnie ma natłok egzaminów, walczy ostatkami sił o stypendium i zasiłek dla rodziny, a teraz zapewne biegnie do pracy. Współczuję. Wygląda na taką, co zdaje sobie sprawę, że jest w grupie "tych niektórych, co mają gorzej" i nieprędko radykalnie to zmieni". Oni stwierdzą: "Matko, jakie ma podkrążone oczy. Korektora zabrakło? I co się tak śpieszysz, ludzi taranujesz, twój kochaś poczeka. Gracji więcej, gracji! Nie zasypia się na ulicy! Do nauki by się wzięła, tyle muzeów, galerii dookoła... Właśnie. Dawno nie byłem w Luwrze. Jak tylko ten plebs turystów się stamtąd wysypie, spróbuję jakoś zgrabnie ominąć kolejkę".
Sprytna wypowiedź, nieprawdaż? Jednocześnie można było biedne dziewczę skrytykować za wygląd, charakter, maniery i dowartościować siebie! Genialny zabieg psychologiczny. Oczywiście, nie chciałbym tutaj generalizować; wielu naprawdę empatycznych ludzi snuje się po ulicach, ale na nich nie zwracamy szczególnej uwagi. Szanują otoczenie, zagubionym turystom wskażą dobry kierunek, pomogą w zbieraniu rozsypanych monet (i zwrócą wszystkie!)... Od wielu lat wiemy, że łatwiej zapamiętać negatywne, niż pozytywne rzeczy, dlatego takie drobne gesty często umykają nam gdzieś pomiędzy coraz większym złem tego świata.
Właśnie tego typu rozważania spowodowały, że zapytałem głośno:
-Jak ja wyglądam? - Patrząc na kierunek, gdzie utkwiłem wzrok, pytanie skierowałem do telewizora. Sęk w tym, że wyłączonego.
Po szybkich oględzinach pokoju zobaczyłem, że Amen wyszedł. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim wnioskiem faktycznie przewinął mi się jego głos. Stwierdził mniej więcej, że już dostatecznie dużo namieszał, a teraz pieczę nade mną sprawować ma Karim.
Karim sprawujący pieczę nad kimkolwiek to niezbyt dobry pomysł. Jego ironia potrafi wyzwolić bestię z wnętrza każdego, ilość zamawianych trunków skutecznie tę bestię powali, a okulary sprawiają, że wygląda on na niezwykle porządnego kolegę. Tym sposobem znów zgrabnie wracamy do powierzchownego wrażenia.
-Chodzi ci o te mistrzowsko wystylizowane, skołtunione loczki, subtelnie zaczerwienioną cerę i idealnie komponujące się z nią przekrwione ślepia? A może masz na myśli ostatni krzyk mody, który teraz nosisz, czyli ponadczasowa koszulka oversize, która oversizem stała się po pięćdziesiątym praniu? - zaczął swój popis Król Ironii.
-Raczej o to, co stwierdziłbyś o mnie, gdyby taki niedoszły hipster przewinął się gdzieś obok ciebie, powiedzmy na ulicy.
-Okej, pomyślmy - zaczął, dając tym samym znak, że opcja "sarcasm booster" została tymczasowo wyłączona. - Żyjesz w jakiejś niezbyt prestiżowej dzielnicy, może zajmujesz którąś z klitek na poddaszach Montmartre'u, ewentualnie ściskasz się ze studentami w starym bloku na przedmieściach. Nie masz dziewczyny, rodzina istnieje dla ciebie tylko podczas świąt, kiedy z grzeczności cię zapraszają. Masz dość swojego życia, ale bulwersujesz się w cholernie niedojrzały sposób; specjalnie szedłbym za tobą, by zobaczyć, jak z irytacją kopniesz jakiś kamyk. Patrząc na włosy i ubiór, nie należysz do najbogatszych. Czy masz jakąś pasję? Wątpię. Możliwe, że zagubiony wracasz jeszcze z jakiejś imprezy, bo od soboty nie miałeś okazji wytrzeźwieć. Jeśli ktokolwiek stanie ci na drodze, albo przewrócisz się na nieszczęśnika, albo złamiesz mu nos - trudno przewidzieć. Jesteś - krótko mówiąc - zupełnie niewykształconym społecznie, z co najwyżej złamanym groszem przy duszy, buntownikiem. Taki niemy postrach paryskich ulic, bo nie wiesz, czy idzie kupić bagietkę, czy upiększyć którąś z odrestaurowanych kamienic pięknym graffiti typu "Hollande przed sąd".
-Rozumiem, że do mojego prawdziwego charakteru mi daleko? - zapytałem, w sumie retorycznie. Różnice były kolosalne.
Ludzie się dziwią, dlaczego przyciągają niewłaściwe towarzystwo. Może jednak warto zapytać kogoś o takie pierwsze wrażenie, by nieświadomie nie udawać kogoś zupełnie innego? Doprawdy, serię "Złote Rady Pascala" czas zacząć. Coś czuję, że szykuje się parę wyjątkowo opasłych tomów.
-Powiem ci, że chyba lepiej byłoby dla ciebie pozbierać się jak najszybciej - stwierdził Karim. Teoretycznie to zdanie nic nie wniosło do mojej obecnej sytuacji, a jednak czasem potrzeba kogoś, kto w twarz powie coś, co oczywiste. Nawet jeśli jest to czczący sarkazm przyjaciel i współpracownik. Poklepał mnie po plecach. - Jakoś ci pomogę, spokojnie. Amen potrafi rozmawiać, ja - wbrew pozorom, o których właśnie rozprawiamy - także. A teraz zmień koszulkę i włóż głowę pod kran. Może zmienisz kolor na przyjemniejszy, a włosy przestaną wyglądać jak zmiażdżone zbyt dużą ilością żelu do stylizacji. - Jak to Karim, musiał coś dodać. Wbrew pozorom, jego pomysł nie był taki zły. - Potem idziemy oceniać ludzi, ewentualnie wczuwać się w rolę prawdziwych filozofów i być niesionymi przez sztukę.
-Czyli?
-Czyli idziemy łazić bez celu, geniuszu dedukcji. Głowa pod kran, może to ci włączy zdolność łączenia faktów i znikomej, bo znikomej, ale jakiejkolwiek umiejętności wyciągania wniosków.
Postanowiłem zastosować się do jego rady. Umyłem i nawet przeczesałem grzebieniem włosy, usuwając niezliczoną ilość małych kołtunów, znalazłem jakąś czystą, czarną koszulkę, a także wygrzebałem elegancko wyglądający szalik. Po odsączeniu wody w stylu Króla Lwa czułem się odrobinę lepiej. Pora wziąć oddech, tym razem bez alkoholu.
Ubrałem kurtkę, rzeczony szal, a nawet kaszkiet, żeby wyglądać przyjaźniej (wizja postrachu ulic niezbyt do mnie przemawiała) i wyszedłem zaraz za Karimem. Pierwsze, co poczułem, to piasek w oczach - jak widać, wiatr zdecydował się być dziś wyjątkowo silny. Wszystko lepsze od bezczynnego siedzenia w czterech ścianach, ale przepraszam bardzo, oczekiwałem choć odrobiny przychylności od Losu. A chociażby pogody.
Szliśmy przed siebie, od czasu do czasu tylko przerywając milczenie jakimiś półsłówkami. Minęliśmy podejrzanie wiele moich sąsiadek - tych, które pamiętają mnie jeszcze jako małego chłopca, potem ucznia, potajemnego palacza, "tego, co ma studio", a jednocześnie trzeźwiejącego na jakiejś ławce. Po wszystkich niezbyt godnych aprobaty sytuacjach było mi wręcz głupio mówić im "Bonjour", ale kultura zobowiązuje. Wstyd pozostał - lecz to akurat dobre, kiedy wychodzi się na prostą.
Rzuciłem okiem na plac zabaw, który mijaliśmy. Lata świetności miał już dawno za sobą - teraz straszyły tam tylko zjeżdżalnie liźnięte rdzą, połowy ławek, wątpliwej solidności huśtawka i wyjątkowo duża, jednak z minimalną ilością piasku piaskownica. Żaden element nie zachował pierwotnego koloru; wszystko wyglądało naprawdę marnie, acz mimo to na ogrodzonym teraz terenie bawiła się czwórka dzieciaków. Robiły jakieś babki z piasku, zjeżdżały i uwieszały się na ławkach. Przypomniało mi to czasy, kiedy sam podejmowałem się karkołomnych wyzwań, jak zeskoczenie ze szczytu zjeżdżalni, a miejsce w wyścigu od drzewa do drzewa było moim jedynym problemem.
Niesamowite, jak trudny okazał się dla mnie powrót do tamtych wspomnień. Praktycznie nie mogłem odgrzebać w pamięci dni, gdy biegałem w spodenkach z szelkami i podkolanówkach, zabierałem koleżankom kamyki, które uzbierały i bałem się starszych pań z osiedla. Często mnie pouczały, czego wyjątkowo nie lubiłem. Co było złego w naszych zabawach? Czy komuś wadziliśmy? Nikt nie dostał kamieniem w okno (bo żaden z naszej bandy nie miał tak mocnego zamachu). Teraz wiem, że pretensje będą zawsze - nieraz słyszałem za sobą, że "to ten nieuk, co na studia nie poszedł". Nie poszedłem, prawda. Nikt nie patrzył na to, że kończyłem szkołę muzyczną i imałem się wielu zajęć, by zarobić na sprzęt producenta, choćby podstawowy.
Doszedłem do wniosku, że tak niszczy się większość pasji.
Ten, któremu zabrali piłkę, bo odbijał ją o ścianę bloku, mógł kiedyś zostać piłkarzem. Ta, która śpiewała na okrągło, a której wmówiono, że fałszuje, mogłaby teraz podbijać listy muzyczne. Ten, co go zaganiali do nauki matematyki, byłby teraz zapewne wyśmienitym artystą, ale ludzi postrzega się jak masę do ukształtowania; jedną, wielką kulę z plasteliny, z której nie wyciągniemy poszczególnych barw, a przynajmniej porzucamy ten pomysł już na początku.
Poczułem silne szarpnięcie za ramię.
-Pascal, od dobrych pięćdziesięciu metrów idziesz po trawie. Rozumiesz jeszcze podstawowe funkcje życiowe?
-Zamyśliłem się, patrząc na plac zabaw. Pamiętasz, jak było kiedyś, bez tych wszystkich problemów - odpowiedziałem, umiejętnie wracając na chodnik.
-Oczywiście, że pamiętam. Kiedyś mógłbyś dać Adili kamyk, jakiś ładny, może pręgowany, a od razu by ci wybaczyła. Sam zresztą też nie miałbyś się czym martwić, może poza tym, czy ktoś wyjdzie przed blok.
Zaśmiałem się bezgłośnie. Faktycznie, kamyk to dobry pomysł. Czemu nie.
-Jak myślisz, ona rozumie? - zapytałem, trochę pomijając rozwinięcie pytania. Karim, przestaw się na mój tok myślenia, bo inaczej ta wymiana zdań będzie problematyczna.
-A dlaczego nie? Wytrzymuje z tobą, ty wytrzymujesz z nią - samo to jest już niezwykłe, więc czemu miałaby nie rozumieć? Człowieku, przestań się zamartwiać. Albo jest dla ciebie, albo nie, proste. Możesz wpływać na Los, ale wątpię, czy aż w takim stopniu - nie zmienisz waszych osobowości. Jesteście dojrzali - krytycznie zmierzył mnie wzrokiem - i powinniście pojmować pewne rzeczy, a już na pewno to, że życie to nie eklerka z sosem czekoladowym. Związek tym bardziej. Odpowiedz sobie najpierw, czego oczekiwałeś. Dwie połówki jabłka otrzymasz tylko wtedy, gdy brutalnie rozetniesz jedno na środku, a ty blizn po szwach raczej nie masz - zadrwił, wydając z siebie cichy śmiech.
-Oczekiwałem jakiejś akceptacji, stałości, ciepła...
-No nie powiesz mi, że brak ci było akceptacji. Ciepło daje grzejnik czy koc, błagam cię. A stałość w twoim wypadku byłaby zbyt nużąca, chyba sam przyznasz.
-Tylko co mam teraz robić? Nadal włóczyć się chodnikami? - Spojrzałem na niego, oczekując poważnej odpowiedzi. Ta.
-Z pewnością lepiej chodnikami, niż trawnikami, nieprawdaż?
-Nie chcę drażnić ani Adili, ani jej ojca czy matki. Sam się z kolei wykończę.
Dostałem mocnego kuksańca w bok. Zabolało, ale nie dałem tego po sobie poznać.
-Pascal, do cholery! Zaśmiej się choć raz! Nie dziwię się, że wyszła od ciebie taka sfrustrowana. Gościu, to są najlepsze lata twojego życia, a ty marnujesz dni na bycie smętnym i wycofanym, bo przerosło cię bycie dobrym oparciem dla dziewczyny, którą z wzajemnością kochasz? Jesteś świadomy swojej sytuacji? Ona ma naprawdę niedługo maturę, a takimi zachowaniami wybijasz ją z rytmu. Daj jej czas na naukę, znajomych, ogarnięcie swojego życia, co? Nie bądźcie od siebie uzależnieni, bo to prowadzi do kontaktu z trawą. - Znów spojrzał się z ukosa, ale tym razem nie wytrzymałem i zacząłem się śmiać. - Co masz zrobić? Użyć komórki, bo te szare ostatnio gdzieś ci wyparowują.
-Trawa i opary to chyba niezbyt dobre połączenie, prawda? - podchwyciłem żart. Mam przyjaciół ze specyficznym poczuciem humoru.
-Biorąc pod uwagę nasze położenie i status nieszczęśliwych banlieusards*, raczej nie. Może w Kalifornii... stać cię na podróż?
-Mnie nawet na koszulkę nie-oversize nie stać, Karim, proszę cię.
-W takim razie ten kamień dla Adili był niegłupim pomysłem. Powiedz, że magiczny, talizman, amulet, zaklina duchy i pomyślności zsyła, a zobaczysz, że się ucieszy.
-Jak już o duchach, to może da ktoś jakiś znak, co powinienem zrobić? - powiedziałem zupełnie poważnie, patrząc na chmury zakrywające błękit nieba.
Karim jeszcze chwilę robił sobie ze mnie żarty, a ja próbowałem oszacować nasze położenie - przebyliśmy na tyle długą trasę, że nie od razu zrozumiałem, gdzie jestem. Po względnym rozpoznaniu paru budynków stwierdziłem, że mam sześć kilometrów do przejścia - i to w najlepszym przypadku. Liczyłem, że będę wracał z towarzyszem, ale nie - staliśmy obok parkingu, na którym zostawił samochód. Brawa, sam nie wymyśliłbym bardziej szatańskiego planu. Przynajmniej będę szedł z, a nie pod wiatr - aż jeden pozytyw. Szok.
-I co, zostawisz mnie tu teraz? - zapytałem czysto retorycznie. Mówimy przecież o Karimie.
-Oczywiście, ciebie i twoje rozmyślania. Masz czas poszukać w drodze powrotnej kamyczków - odparł, o dziwo bez cienia ironii. Sekundy później miejsce parkingowe było już puste.
Odwróciłem się na pięcie i, z powodu unoszącej się wszędzie mieszanki z pyłu oraz kurzu, zwiesiłem głowę. Wtedy zobaczyłem leżącą na środku chodnika białą różę. Kwiat do złudzenia przypominał ten, który kiedyś dałem Adili. Nie byłem pewien, czy ktokolwiek tamtędy przechodził, a brak było mi pomysłu, jak róża znalazła się pośrodku pustej jeszcze przed chwilą ścieżki. Ciekawe.
Dzięki Jahwe, Allahu, Kryszno, czy jak cię tam zwą. Po prostu dzięki.
Podniosłem kwiat i rozpocząłem mozolny spacer, od czasu do czasu spoglądając tylko z niedowierzaniem w niebo..

__________
Je m'abandonne - poddaję się
banlieusard - mieszkaniec przedmieścia