sobota, 11 lipca 2015

13.

Miała tak uroczo uśmiechniętą twarz. W jej oczach tańczyły promyki; promyki oznaczające radość życia. Wreszcie nauczyła się ją wyłapywać z szarej - często pozornie - rzeczywistości. Szła pewnym, szybkim krokiem, poprawiając co chwila włosy - mimo wszystko pogodnie, bez cienia irytacji. W pełni chłonęła świat takim, jakim był, zaakceptowała wszelkie wady i niedogodności. Czuła się jego nierozerwalną częścią, co doskonale odzwierciedlał jej wygląd. Nie patrzyła już na ptaki spojrzeniem rozmarzonym, nostalgicznym czy nieobecnym; odnajdywała w nich braci, siostry, towarzyszy swojej drogi. Zdawało się, że - gdyby tylko chciała - mogłaby w każdej chwili wzlecieć i do nich dołączyć. W jej wnętrzu zapanowała niczym niezmącona harmonia, pewien rodzaj stałości, usytuowania we Wszechświecie.
Przyznam, że cieszyłem się tym widokiem jak nigdy dotąd; chciałem pamiętać każdy szczegół, szmer, błysk. Moje emocje zdecydowanie oderwały się od idyllicznej harmonii, przez co przemierzałem chodnik niczym ci wszyscy wypaleni ludzie. Bez celów, ambicji, określonego miejsca i roli na tym świecie. Rękoma sprawdzałem zawartość kieszeni, które - poza paroma centami - nie skrywały absolutnie nic, a wiatr nieznośnie targał mi czuprynę. Czułem narastającą irytację, której nie potrafiłbym uzewnętrznić bez przyznania się do porażki.
Wyglądaliśmy zdecydowanie jak para z jakiegoś filmu czy oklepanego wideoklipu. Ona - roześmiana, radosna, zarażająca chęcią życia i marzeniami, wręcz unosząca się nad ziemią. Opowiadała o czymś, ale nie potrafiłem słuchać. Brzmiała szczęśliwie i to mi w pełni wystarczało. Szła spowita złotą poświatą, którą została obdarzona przez Słońce. Pogłaskała mnie po ramieniu, zapewne w geście pocieszenia. Nie byłem jednak w stanie się uśmiechnąć.
Obok niej szedłem ja - w cieniu kolejno mijanych drzew, ze spuszczoną głową, nieobecnym, zagubionym spojrzeniem, którego i tak nie było widać przez włosy zakrywające połowę twarzy. Zgarbiony, powłóczący nogami niczym pilny student po oblaniu sesji. Porównanie to jednak nie jest do końca trafne, bo ja nie byłem nawet smutny. Nie byłem rozczarowany, zły, irytacja to też złe określenie. Na chwilę stałem się żywym trupem, pozbawionym zupełnie uczuć i wrażeń. Wzdychałem ciężko, ale na tyle cicho, żeby nikt nie usłyszał, a w szczególności ona.
Wydawało mi się, że to właśnie Adila jest tą niestabilną częścią naszego związku. Przeżywa wszystko o wiele mocniej i intensywniej niż przeciętny człowiek, mimiką perfekcyjnie, choć nie zawsze świadomie uzewnętrznia emocje, łatwo doprowadzić ją do płaczu. Nikt jednak chyba nie widzi, iż była i jest naprawdę silna. Znosiła docinki rówieśników, znosiła nawet moją chorobliwą zazdrość - mój błąd, przyznaję. Też się przy niej wiele uczę. Dla nas obu ta relacja jest pewnego rodzaju lekcją życia.
Przerosło ją, gdy dowiedziała się, że relacja jej rodziców nie była całkowicie normalna. Kiedy podstawą twojego życia jest rodzina, a z dnia na dzień dowiadujesz się, iż tak naprawdę relacje w niej znacząco odbiegają od ogólnie przyjętych norm, trudno jest nie stracić uśmiechu. W przypływie emocji uciekła z domu, nie myśląc zupełnie o rzeczach potrzebnych, ani odczuciach innych. Odniosłem dziwne wrażenie, że właśnie wtedy pierwszy raz skupiła się wyłącznie na sobie, swoich potrzebach, odczuciach. I dobrze.
Starała się porządkować swój świat, rozumieć pewne mechanizmy społeczne, patrzeć perspektywą różnych osób. Krótko mówiąc - zapłonęła w niej swoista chęć zmiany życia na przystępniejsze, spokojniejsze, względnie lepsze. Nie było to łatwe zadanie, a w szczególności wtedy, gdy zaczął śledzić ją Davignon. Do teraz człowiek ten wydaje mi się skończonym psychopatą, bez wyraźnych motywów, za to czerpiącym ogromną satysfakcję z gnębienia innych.
Przez przewrotny Los źle zrozumiała rozmowę ojca. Nikt nie powinien mieć do niej o to żalu - przecież idąc nocą przez niezbyt spokojną dzielnicę też co chwila oglądamy się za ramię, biorąc przemykającego wzdłuż kamienic kota za zagrożenie życia. Dla niej cała rzeczywistość była tylko wieloma kotami. Martwiła się o siebie, zachowanie ojca, reakcje matki. I wtedy poszła na most.
Nie mam pojęcia, czy tego chciała, czy przemyślała konsekwencje. Najprawdopodobniej podjęła taką decyzję pod wpływem impulsu - nie wiem, nie odważyłem się podjąć dokładniej tego tematu i szczerze wątpię, bym zrobił to w najbliższej przyszłości. Potrzebowała oparcia, przez cały czas potrzebowała tylko solidnego oparcia i poczucia, że komuś na niej zależy, że ma do kogo wracać. Kiedy odzyskała przytomność, miałem wrażenie, że była bardziej roztrzęsiona niż ja. Do niej dotarło, co chciała zrobić. Do mnie, że naprawdę mogłem ją stracić i ile ta strata by zmieniła. Nie mam tu nawet na myśli scenariusza ze śmiercią, a braku tego ciekawego świata spojrzenia, rozmyślań, śmiechu i wręcz dziecięcej niewinności. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy się nie załamał, a dopiero potem komentuje całe zajście.
Kiedy została sam na sam z Davignonem na tylko teoretycznie bezpiecznym i znanym jej terenie, stałem parę metrów dalej, uzbrojony w telefon z włączonym nagrywaniem. Czy było to z mojego teraźniejszego punktu widzenia rozsądne? Oczywiście, że nie, jednak nie o rozsądek tu chodziło. Bałem się tam podejść, zwyczajnie, po ludzku. Stchórzyłem, nie obroniłem jej. To przeze mnie Adili zostanie zapewne blizna.
W obliczu takiego zajścia poczułem się nikim. Bo od czego byłem? Miałem ją chronić, otoczyć opieką. Sam sobie wyznaczyłem tę misję, a tak łatwo było mi się z niej wycofać pod wpływem odrobiny strachu. Zawaliłem poważny egzamin z dojrzałości - a miałem dziwne wrażenie, że pięć lat po maturze człowiek jest już pewny, silny, odważny, dorosły. Jeżeli ja nie byłem w stanie myśleć racjonalnie, to co musiała czuć ona? Ile myśli przelatywało jej przez głowę? Ile wspomnień?
Prowadziłem teraz w milczeniu auto, naśladując ruchy pojazdów przede mną. Adila musiała wyczuć mój nastrój, bo też się nie odzywała - co jakiś czas jedynie obdarzała mnie zmartwionym spojrzeniem. Jestem ostatnią osobą, o którą powinna się martwić. Nie chcę tego, naprawdę, nie chcę. Docierało do mnie powoli też to, co miała na myśli, żaląc się, że pewnie jest dla mnie tylko ciężarem. To uczucie wykańcza.
Nie, Adila, nie jesteś. Chciałbym tylko widzieć, jak się uśmiechasz. Jak gryziesz końcówkę długopisu, bo nie masz pomysłu na esej. Jak zatracasz się w wyglądaniu za okno i pytasz, czy popatrzę z tobą.
Nie wiem tylko, jak ci to, do cholery, powiedzieć.
 Zaczynałem rozpoznawać też stan, który mi aktualnie towarzyszył. Najrozsądniej byłoby nazwać go frustracją w punkcie kulminacyjnym. Nie wiedziałem, co mogę robić - krzyczeć? Usiąść w milczeniu? Płakać? Ani to męskie, ani odważne, jednak przyzwyczaiłem się już do moich specyficznych zachowań. Szlajałem się po klubach przecież głównie po to, by zerwać z łatką inności.
Inność jest okej. Kufel piwa co prawda także, ale panienki na jedną noc już niezbyt.
Zdążyłem tylko otworzyć drzwi od domu i powiesić kurtkę, kiedy Adila zapytała, co się dzieje. Odmruknąłem coś niezrozumiałego. Potrzebowałem dłuższej chwili, by powrócić w pełni do rzeczywistości - rozmyślania tego rodzaju wcale nie były dla mnie czymś powszednim, dlatego tym bardziej zdziwiło mnie, że na chwilę zostałem odcięty od świata.
Miałbym jej powiedzieć wprost, że przestałem dawać sobie z czymkolwiek radę? Nie mogę spać i budzę się w nocy ze strachu o nią? Nie starcza mi siły na uśmiech do sprzedawcy, a najczęściej grana przeze mnie na fortepianie piosenka to dotychczas znienawidzone Hijo de la Luna? Dałbym jej w ten sposób jasno do zrozumienia, że zgubiłem się przez nią, a tymczasem właśnie ona została moim drogowskazem. To, że wywołała w pośrednim sensie mój aktualny nastrój, nic nie zmienia.
Wolałem milczeć, żeby nie zadrżał mi głos. Czy kiedykolwiek musiałem się o coś takiego martwić? Obmyślać rzeczy odrobinę bardziej skomplikowane niż to, jak wrócę z imprezy do domu? Jak widać, nadszedł czas zmian, wprowadzanych wręcz zbyt gwałtownie, choć nienarzucanych przez nikogo. Chciałem, by Adila pozostała teraz tak samo uśmiechnięta, jak wtedy, gdy szliśmy chodnikiem. Usiadłem na kanapie i podparłem twarz dłońmi. Co ja właściwie mam jej powiedzieć?
-Pascal, proszę, powiedz co się dzieje. - Dawno nie słyszałem takiej troski w głosie, kiedy ktoś do mnie mówił. Zaschło mi w gardle.
-Je m'abandonne*.
-Co chcesz przez to powiedzieć? Przepraszam, jeśli to przeze mnie. Naprawdę nie chcę... - zaczęła, patrząc na mnie smutno. Nie, Adila, nie! Ty masz się uśmiechać!
-Nie wiem. To ja przepraszam, naprawdę przepraszam. Nie umiem dobrać słów, więc pewnie nie zrozumiesz, o co mi chodzi, ale... - wiedziałem, jak to zabrzmi, jednak musiałem jakoś sformułować swoją prośbę. Dla jej spokoju. - Możesz... iść?
Ręce bezwładnie opadły jej wzdłuż ciała. Kołysała się lekko w przód i w tył, nie wiedząc, czy patrzeć za okno, czy może na mnie. Bolało ją to. Bolały ją moje słowa. Przestała oddychać przeponą na rzecz szybkich, urywanych wręcz oddechów, ale była jednocześnie niezrozumiale spokojna, jak gdyby doskonale wiedziała, co czuję. Nie byłem pewien, czy cierpi przeze mnie, czy za mnie.
-Oczywiście, że mogę - powiedziała płaskim, ale nie szorstkim głosem. Wyglądała jak zaniepokojona wychowawczyni klasy z problemami; starając się zachować neutralną minę, pokazywała więcej, niż by chciała. - Ale chciałabym, żebyś powiedział w końcu na głos, co cię dręczy. Proszę. O to chyba mogę? - zapytała z lekkim zawahaniem.
Lekkim zawahaniem? Kiedy zdążyłem poznać znaczenie tego tego słowa?
-Żyję w ciągłym strachu, bo boję się o ciebie. Zamiast chodzić do szkoły, włóczysz się po dworcach, chcesz skakać z mostów... Co ty robisz ze swoim życiem?! - Zdobyłem się tylko na dramatyczne podniesienie głosu. Byłem żałośnie nieszczery w tym, co mówiłem, bo wcale nie chciałem wytykać jej jakichkolwiek błędów. - Jak bardzo źle się czujesz?!
-A ty? Jak bardzo źle się czujesz? - zapytała, ale nie widziałem jej miny, bo wlepiłem wzrok w okno. Brakowało tylko kropel deszczu na szybie. Klucz ptaków szybował po niebie, drzewa kołysały się pod wodzą wiatru. Westchnąłem, a ona zrobiła to samo. - Jeśli wyjdę, będziesz szczęśliwszy?
-Na tory się panienka kieruje? - rzuciłem nie do końca świadomie, pochłonięty melancholią obrazu za oknem. Kiedy tylko zdałem sobie sprawę z wypowiedzianych słów, momentalnie odwróciłem głowę. - Jezu, ja nie...
Kąciki ust wygięły się delikatnie ku dołowi. Gdy mrugnęła, parę kropli ozdobiło jej twarz. Złączyła ręce z tyłu i dość znacznie pochyliła głowę, próbując się uspokoić. Prawie niezauważalnie kiwała głową na boki. Nie ona miała przepraszać, tylko ja! Czy muszę być aż takim idiotą, by odruchowo wplatać w wypowiedzi sarkazm?!
Stała nieruchomo przez jakieś pół minuty, jednak dla mnie była to wieczność. Wieczność, w czasie której mogłem jej tak wiele powiedzieć i wyjaśnić. Wieczność, w czasie której nie zrobiłem absolutnie nic. Adila, chciałem tylko, żebyś była szczęśliwa. Nie miałaś płakać! Nie miałaś!
-Jadę do ojca, sam mówiłeś, że chciał ze mną rozmawiać - rzuciła cicho w przestrzeń i otworzyła drzwi.
Właśnie wtedy powinienem nakreślić jej mój punkt widzenia, przestawić na pewno różną od jej perspektywę, opowiedzieć trochę więcej o tym, dlaczego jestem taki, a nie inny i czemu potrzebuję aż tylu zmian, a przede wszystkim zwyczajnie się uśmiechnąć.
Tak, zdecydowanie powinienem zrobić wtedy te wszystkie rzeczy. Problem tkwił w tym, że wyraz "siła" był mi teraz brutalnie obcy.  Łudząc się, że cokolwiek usłyszy, powiedziałem tylko głośno:
-Nic sobie nie zrób, błagam.
Nie było mnie stać na krzyk. Nie było mnie stać na cokolwiek. Usiadłem na podłodze i po raz drugi w życiu doświadczyłem uczucia "mokrej twarzy".
Adila, płaczę za tobą.
Uśmiechnij się.

*

Obudziło mnie energiczne pukanie - nie, przepraszam, walenie - do drzwi. Odruchowo poderwałem się i usiadłem na krawędzi łóżka, jednak szybki ruch ciała zrobił swoje, przez co na chwilę pole widzenia przysłoniły mi czarne, wyjątkowo irytujące plamy. Dookoła ramienia miałem owinięty kabel od słuchawek, oczywiście - jakże by inaczej - cały splątany. Zamrugałem i ciężkim krokiem zacząłem zmierzać w stronę drzwi, przy okazji parę razy odbijając się od ścian.
"Dlaczego ten korytarz jest taki wąski?" - pomyślałem, po raz kolejny walcząc z nieugiętą grawitacją.
Po otworzeniu drzwi do mieszkania weszły dwie postaci - czarnoskóry facet i trochę mniej czarnoskóry facet. Wyprostowałem się momentalnie, pomijając chwilę zamykania drzwi plecami, i przezornie, niby od niechcenia oparłem się ręką o szafę w przedpokoju. Przeczesałem włosy dłonią, jeszcze raz próbując udawać, że wszystko jest ok. Drzemię w dzień, baluję nocą, chodzę w zbyt dużym t-shircie i zawsze chętnie przyjmuję kumpli - taki ze mnie luzak. Pośpiech? Jaki pośpiech? Praca?
O ile Amen skierował się od razu do salonu, o tyle Karim parodiował moją pozycję na przeciwległej do mebla ścianie. Zwróciłem uwagę na to, że oboje byli jakoś bardziej elegancko ubrani. Oczywiście krawacik w przypadku tych panów nie mógł nawet marzyć o zagoszczeniu w garderobie, ale koszule mówiły same za siebie. Mniej czarnoskóry kumpel, przyjaciel, jak zwał, tak zwał, patrzył na mnie wzrokiem dość gniewnym, a ja pochwaliłem się w myślach, że wreszcie potrafię wychwycić takie rzeczy. Odchrząknął głośno, czemu zawtórował przeciągły kaszel Amena.
-Co ty odwalasz? - odezwał się wreszcie Karim, widocznie stwierdzając, że nie mam pojęcia, o co chodzi. I dobrze, bo nie miałem. -Powinieneś dziś być w studio. Wiesz, kocham świecić szkiełkami okularów przed artystami, że może jednak nagramy dany utwór następnego dnia, bo kolega nie przyszedł. - Zmarszczyłem brwi i odwróciłem wzrok, usilnie próbując odgrzebać w pamięci jakikolwiek przydatny w tej rozmowie fakt.
-Przecież mieliśmy nagrywać jutro - stwierdziłem spokojnie.
-Jest poniedziałek, Pascal. Mam ci przeliterować, czy może zacząć sylabizować? W jakim ty klubie byłeś, człowieku. Wyglądasz fatalnie - podkrążone oczy, jakaś stara, wyciągnięta koszulka, tłuste włosy. Ledwie trzymasz się na nogach.
Odszedłem na parę kroków i spojrzałem w lustro - nie był to jakoś wybitnie napawający nadzieją widok. Taki radykalny, klepiący biedę hipster, żeby nie powiedzieć bezdomny. Wzruszyłem ramionami, żeby podtrzymać iluzję super ziomka, ale mój mózg zaczął zadziwiająco sprawnie łączyć fakty. Sesja nagraniowa, studio, poniedziałek...
-Poniedziałek? - powiedziałem najbardziej zdziwionym tonem, na jaki mogłem się zdobyć. Dałbym sobie rękę uciąć, że mamy niedzielę. - Chodź, co będziemy stać obok drzwi - zaproponowałem dyskretnie przejście do salonu, bo kończyna, którą miałbym już amputowaną, zaczynała mi drętwieć.
Na szczęście przychylił się do mojej prośby. Kiedy przekroczył próg głównego pomieszczenia, powtórzył odruch Amena - zaczął nagle przeciągle kaszleć. Ten zaś rozsiadł się wygodnie w fotelu i obracał w ręce kartonową paczuszkę.
-Pascal, ty nie palisz - bardziej zapytał niż stwierdził, ale i tak spiorunował mnie wzrokiem. Wymienili spojrzenia.
-Skończyłeś z tym dawno. Wyszedłeś z domu w takim stanie? I to po papierosy?
-Nie, leżały za szafą i tak... - zanim dokończyłem zdanie, zdałem sobie sprawę, jak to zabrzmi, ale słowo się rzekło - ...pasowały do mojego nastroju i whisky.
Amen aż zwolnił fotel i zaczął rozglądać się po mieszkaniu. No cóż, Anthea Turner na pewno nie byłaby zadowolona z jego stanu, o zapachu nie wspominając. Pierwsze co zrobił, to otworzył okno - jedno, drugie, a nawet trzecie. Zamruczał coś pod nosem, zapewne o tym, jak to zatruwam siebie i swoich gości. Gdy wszedł do kuchni, natknął się na stertę naczyń, które zaczynały wychodzić ze zlewu - nawet samodzielnie. Pominę w tym opisie krajobrazu worek ze śmieciami nadający się tylko do wyniesienia w trybie pilnym. Przystanął na chwilę i cicho zagwizdał.
-Adila została radykalną feministką, czy popisałeś się umiejętnościami uwodzenia?
-Która godzina? - chciałem jak najszybciej zmienić temat.
-Piętnasta, jeśli cię to interesuje. No nie mów, że dopiero się obudziłeś.
-Jestem osłabiony, a nie pijany. Jutro to nagranie, tak? Z kim?
-Pascal, idioto - wtrącił się Karim tonem o dziwo wskazującym na współczucie - Patrząc na ciebie mogę stwierdzić jedynie, że jesteś w swój superspecyficzny sposób przygnębiony, co wskazuje nam już dwie cenne informacje: nie zawiniła Adila, bo byłbyś zły, ani ty jej nie zdradziłeś, bo odholowywalibyśmy cię przecież z jakiegoś klubu. W takim wypadku, jako dwóch twych towarzyszy oddanych, możemy rozważyć próbę jakieś pomocy dla ciebie, ale zastanów się poważnie, czy naprawdę jesteś na to gotowy.
-Jeżeli teraz nagle ją rzuci, będzie próbował wrócić do dawnego życia - coś jak efekt porzuconej diety. W każdej lasce postara się znaleźć cząstkę Adili, po czym wróci uniżony i rozczarowany, zobaczysz. A wtedy będzie już trochę za późno.
Poczułem się wykluczony z rozmowy, ale nie przeszkadzało mi to. Mają rację. Mają tę cholerną rację, a ja jedyne co potrafiłem zrobić, to zatruć sobie powietrze w domu dymem papierosowym. Nie lubię i nie lubiłem palić, przyznaję. Kiedyś, jako wzorowo zbuntowany i odrzucony nastolatek, zacząłem przygodę z tytoniem by pokazać, że nie odstaję od grupy. Tak, ten nieogarnięty Pascal też z wami pójdzie na fajkę, może nawet przynieść flaszkę! Pragnienie poczucia akceptacji, ale w trochę innym wydaniu. Teraz paliłem chyba tylko z bezsilności, żeby udowodnić sobie, jak bardzo jestem beznadziejny. Prawda jest taka, że mnie złapały podobne duszności - na filmach wszystko wychodzi jednak trochę inaczej. Najgorsze było to, że w szafie nadal leżały rzeczy Adili. Żadne z nas nie miało odwagi na podjęcie próby jakiegokolwiek kontaktu. Wiedziałem, że to nie może potrwać długo, ale i tak było mi niezręcznie. Już miałem chwycić za komórkę, kiedy olśniło mnie, że przecież ma szkołę i spore zaległości - jeżeli jeszcze dodać do tego problem z kimś takim jak ja, to będzie niezbyt przyjemnie.
-Niech wybierze siła wyższa - powiedziałem, wymownie kierując oczy ku sufitowi. Oczywiście odpowiedź była oczywista, ale trochę dramatyzmu nigdy nie zaszkodzi.
-Od kiedy jesteś taki wierzący? - zapytali prawie jednocześnie. Byliby niezłym chórkiem do niektórych utworów.
-Od kiedy jakimś cudem spotkałem dziewczynę, którą zamiast do kolejnego klubu, z własnej woli zabrałem na Champs de Mars - wydeklamowałem głębokim basem i oczywiście zepsułem nastrój, kaszląc.
Chyba było im mnie żal. Nie powiem, optymizmem nie zionąłem, a nad moją głową wisiały raczej smutne chmurki niż wesołe słoneczka i jednorożce. Patrząc z innej perspektywy, to mową ciała przekazywałem brak jakiegokolwiek nastroju - obojętność, dystans, wycofanie, pomimo usilnych starań nadrabiania miną. Te trzy określenia użyte w stosunku do mojej osoby brzmiały dziwnie, choć uwzględniając wydarzenia ostatnich miesięcy, wszystko, co dziwne, stało się normalne.
Musiałem wyjść, bo czułem, że tutaj się uduszę - dosłownie i w przenośni. Woń niewesołego wieczoru była naprawdę trudna do wywietrzenia, jakby chciała mnie jeszcze bardziej zdołować. O nie, ja się nie dam! Przetarłem oczy, żeby odgonić resztki senności. Oczywiście, że nie będzie łatwo, jestem w tym utwierdzany od początku. Wyzwanie "Lepszy Pascal" czas wznowić, acz mniej intensywnie - ci, którzy w programach treningowych ćwiczą swoje mięśnie doskonale wiedzą, jak łatwo jest o przetrenowanie czy naderwanie jakiegoś ścięgna. Ja właśnie próbowałem uporać się z nadwyrężonym umysłem oraz zbyt szybkimi zmianami usposobienia, które odbijały się dodatkowo na innych.
Najchętniej urządziłbym sobie jeszcze drugi taki wieczór, a może całą serię (oczywiście bez papierosów, nie włączajmy tak intensywnie zdrowia do tej potyczki), bo łatwiej, przyjemniej, bez odpowiedzialności. Jedynym problemem było to, że rozwiązania należało szukać gdzie indziej. Kwestię uciekania, tego od problemów także, mam już przerobioną bardzo dobrze. Każdy posiada bardzo złożone życie, a zupełne wycofanie się z niego jest niemożliwe, szczególnie tak szybko i bez wyraźnego powodu, szczególnie, kiedy nie jesteśmy skończonymi egoistami.
Chciałbym przeczytać czyjąś powierzchowną opinię na mój temat - pierwsze wrażenie, dedukcje, wysnute domysły. Nie zawsze zachowujemy się tak, jak byśmy chcieli. Otoczenie przypisuje nam nieodpowiednie cechy, kreuje zupełnie nieprawdziwy wizerunek, wyciąga pochopne, błędne wnioski. Warto jednak takich błędnych wniosków posłuchać, by spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Na przykład teraz - postrzegam się jako zagubionego chwilowo faceta, który patrzy w okno niczym w podręcznik obsługi hamulca ręcznego - próbuje coś wyczytać, ale balansuje na granicy snu i jawy. Według mnie, rozsiewam pewnego rodzaju melancholijny nastrój dookoła siebie - brakuje tylko burzy, parasola pod kolor obowiązkowego szala i ust ułożonych w podkówkę.
W większości pominąłem wygląd, mniej czy bardziej świadomie. Koncentruję się teraz głównie na odczuciach, przeżyciach, odbieraniu świata, nazywaniu emocji (i ogólnym ich wykrywaniu) po imieniu. Większość ludzi w dzisiejszych czasach, patrząc na przechodzącą studentkę, nie pomyśli: "Ach, jaka smutna dziewczyna. Pewnie ma natłok egzaminów, walczy ostatkami sił o stypendium i zasiłek dla rodziny, a teraz zapewne biegnie do pracy. Współczuję. Wygląda na taką, co zdaje sobie sprawę, że jest w grupie "tych niektórych, co mają gorzej" i nieprędko radykalnie to zmieni". Oni stwierdzą: "Matko, jakie ma podkrążone oczy. Korektora zabrakło? I co się tak śpieszysz, ludzi taranujesz, twój kochaś poczeka. Gracji więcej, gracji! Nie zasypia się na ulicy! Do nauki by się wzięła, tyle muzeów, galerii dookoła... Właśnie. Dawno nie byłem w Luwrze. Jak tylko ten plebs turystów się stamtąd wysypie, spróbuję jakoś zgrabnie ominąć kolejkę".
Sprytna wypowiedź, nieprawdaż? Jednocześnie można było biedne dziewczę skrytykować za wygląd, charakter, maniery i dowartościować siebie! Genialny zabieg psychologiczny. Oczywiście, nie chciałbym tutaj generalizować; wielu naprawdę empatycznych ludzi snuje się po ulicach, ale na nich nie zwracamy szczególnej uwagi. Szanują otoczenie, zagubionym turystom wskażą dobry kierunek, pomogą w zbieraniu rozsypanych monet (i zwrócą wszystkie!)... Od wielu lat wiemy, że łatwiej zapamiętać negatywne, niż pozytywne rzeczy, dlatego takie drobne gesty często umykają nam gdzieś pomiędzy coraz większym złem tego świata.
Właśnie tego typu rozważania spowodowały, że zapytałem głośno:
-Jak ja wyglądam? - Patrząc na kierunek, gdzie utkwiłem wzrok, pytanie skierowałem do telewizora. Sęk w tym, że wyłączonego.
Po szybkich oględzinach pokoju zobaczyłem, że Amen wyszedł. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim wnioskiem faktycznie przewinął mi się jego głos. Stwierdził mniej więcej, że już dostatecznie dużo namieszał, a teraz pieczę nade mną sprawować ma Karim.
Karim sprawujący pieczę nad kimkolwiek to niezbyt dobry pomysł. Jego ironia potrafi wyzwolić bestię z wnętrza każdego, ilość zamawianych trunków skutecznie tę bestię powali, a okulary sprawiają, że wygląda on na niezwykle porządnego kolegę. Tym sposobem znów zgrabnie wracamy do powierzchownego wrażenia.
-Chodzi ci o te mistrzowsko wystylizowane, skołtunione loczki, subtelnie zaczerwienioną cerę i idealnie komponujące się z nią przekrwione ślepia? A może masz na myśli ostatni krzyk mody, który teraz nosisz, czyli ponadczasowa koszulka oversize, która oversizem stała się po pięćdziesiątym praniu? - zaczął swój popis Król Ironii.
-Raczej o to, co stwierdziłbyś o mnie, gdyby taki niedoszły hipster przewinął się gdzieś obok ciebie, powiedzmy na ulicy.
-Okej, pomyślmy - zaczął, dając tym samym znak, że opcja "sarcasm booster" została tymczasowo wyłączona. - Żyjesz w jakiejś niezbyt prestiżowej dzielnicy, może zajmujesz którąś z klitek na poddaszach Montmartre'u, ewentualnie ściskasz się ze studentami w starym bloku na przedmieściach. Nie masz dziewczyny, rodzina istnieje dla ciebie tylko podczas świąt, kiedy z grzeczności cię zapraszają. Masz dość swojego życia, ale bulwersujesz się w cholernie niedojrzały sposób; specjalnie szedłbym za tobą, by zobaczyć, jak z irytacją kopniesz jakiś kamyk. Patrząc na włosy i ubiór, nie należysz do najbogatszych. Czy masz jakąś pasję? Wątpię. Możliwe, że zagubiony wracasz jeszcze z jakiejś imprezy, bo od soboty nie miałeś okazji wytrzeźwieć. Jeśli ktokolwiek stanie ci na drodze, albo przewrócisz się na nieszczęśnika, albo złamiesz mu nos - trudno przewidzieć. Jesteś - krótko mówiąc - zupełnie niewykształconym społecznie, z co najwyżej złamanym groszem przy duszy, buntownikiem. Taki niemy postrach paryskich ulic, bo nie wiesz, czy idzie kupić bagietkę, czy upiększyć którąś z odrestaurowanych kamienic pięknym graffiti typu "Hollande przed sąd".
-Rozumiem, że do mojego prawdziwego charakteru mi daleko? - zapytałem, w sumie retorycznie. Różnice były kolosalne.
Ludzie się dziwią, dlaczego przyciągają niewłaściwe towarzystwo. Może jednak warto zapytać kogoś o takie pierwsze wrażenie, by nieświadomie nie udawać kogoś zupełnie innego? Doprawdy, serię "Złote Rady Pascala" czas zacząć. Coś czuję, że szykuje się parę wyjątkowo opasłych tomów.
-Powiem ci, że chyba lepiej byłoby dla ciebie pozbierać się jak najszybciej - stwierdził Karim. Teoretycznie to zdanie nic nie wniosło do mojej obecnej sytuacji, a jednak czasem potrzeba kogoś, kto w twarz powie coś, co oczywiste. Nawet jeśli jest to czczący sarkazm przyjaciel i współpracownik. Poklepał mnie po plecach. - Jakoś ci pomogę, spokojnie. Amen potrafi rozmawiać, ja - wbrew pozorom, o których właśnie rozprawiamy - także. A teraz zmień koszulkę i włóż głowę pod kran. Może zmienisz kolor na przyjemniejszy, a włosy przestaną wyglądać jak zmiażdżone zbyt dużą ilością żelu do stylizacji. - Jak to Karim, musiał coś dodać. Wbrew pozorom, jego pomysł nie był taki zły. - Potem idziemy oceniać ludzi, ewentualnie wczuwać się w rolę prawdziwych filozofów i być niesionymi przez sztukę.
-Czyli?
-Czyli idziemy łazić bez celu, geniuszu dedukcji. Głowa pod kran, może to ci włączy zdolność łączenia faktów i znikomej, bo znikomej, ale jakiejkolwiek umiejętności wyciągania wniosków.
Postanowiłem zastosować się do jego rady. Umyłem i nawet przeczesałem grzebieniem włosy, usuwając niezliczoną ilość małych kołtunów, znalazłem jakąś czystą, czarną koszulkę, a także wygrzebałem elegancko wyglądający szalik. Po odsączeniu wody w stylu Króla Lwa czułem się odrobinę lepiej. Pora wziąć oddech, tym razem bez alkoholu.
Ubrałem kurtkę, rzeczony szal, a nawet kaszkiet, żeby wyglądać przyjaźniej (wizja postrachu ulic niezbyt do mnie przemawiała) i wyszedłem zaraz za Karimem. Pierwsze, co poczułem, to piasek w oczach - jak widać, wiatr zdecydował się być dziś wyjątkowo silny. Wszystko lepsze od bezczynnego siedzenia w czterech ścianach, ale przepraszam bardzo, oczekiwałem choć odrobiny przychylności od Losu. A chociażby pogody.
Szliśmy przed siebie, od czasu do czasu tylko przerywając milczenie jakimiś półsłówkami. Minęliśmy podejrzanie wiele moich sąsiadek - tych, które pamiętają mnie jeszcze jako małego chłopca, potem ucznia, potajemnego palacza, "tego, co ma studio", a jednocześnie trzeźwiejącego na jakiejś ławce. Po wszystkich niezbyt godnych aprobaty sytuacjach było mi wręcz głupio mówić im "Bonjour", ale kultura zobowiązuje. Wstyd pozostał - lecz to akurat dobre, kiedy wychodzi się na prostą.
Rzuciłem okiem na plac zabaw, który mijaliśmy. Lata świetności miał już dawno za sobą - teraz straszyły tam tylko zjeżdżalnie liźnięte rdzą, połowy ławek, wątpliwej solidności huśtawka i wyjątkowo duża, jednak z minimalną ilością piasku piaskownica. Żaden element nie zachował pierwotnego koloru; wszystko wyglądało naprawdę marnie, acz mimo to na ogrodzonym teraz terenie bawiła się czwórka dzieciaków. Robiły jakieś babki z piasku, zjeżdżały i uwieszały się na ławkach. Przypomniało mi to czasy, kiedy sam podejmowałem się karkołomnych wyzwań, jak zeskoczenie ze szczytu zjeżdżalni, a miejsce w wyścigu od drzewa do drzewa było moim jedynym problemem.
Niesamowite, jak trudny okazał się dla mnie powrót do tamtych wspomnień. Praktycznie nie mogłem odgrzebać w pamięci dni, gdy biegałem w spodenkach z szelkami i podkolanówkach, zabierałem koleżankom kamyki, które uzbierały i bałem się starszych pań z osiedla. Często mnie pouczały, czego wyjątkowo nie lubiłem. Co było złego w naszych zabawach? Czy komuś wadziliśmy? Nikt nie dostał kamieniem w okno (bo żaden z naszej bandy nie miał tak mocnego zamachu). Teraz wiem, że pretensje będą zawsze - nieraz słyszałem za sobą, że "to ten nieuk, co na studia nie poszedł". Nie poszedłem, prawda. Nikt nie patrzył na to, że kończyłem szkołę muzyczną i imałem się wielu zajęć, by zarobić na sprzęt producenta, choćby podstawowy.
Doszedłem do wniosku, że tak niszczy się większość pasji.
Ten, któremu zabrali piłkę, bo odbijał ją o ścianę bloku, mógł kiedyś zostać piłkarzem. Ta, która śpiewała na okrągło, a której wmówiono, że fałszuje, mogłaby teraz podbijać listy muzyczne. Ten, co go zaganiali do nauki matematyki, byłby teraz zapewne wyśmienitym artystą, ale ludzi postrzega się jak masę do ukształtowania; jedną, wielką kulę z plasteliny, z której nie wyciągniemy poszczególnych barw, a przynajmniej porzucamy ten pomysł już na początku.
Poczułem silne szarpnięcie za ramię.
-Pascal, od dobrych pięćdziesięciu metrów idziesz po trawie. Rozumiesz jeszcze podstawowe funkcje życiowe?
-Zamyśliłem się, patrząc na plac zabaw. Pamiętasz, jak było kiedyś, bez tych wszystkich problemów - odpowiedziałem, umiejętnie wracając na chodnik.
-Oczywiście, że pamiętam. Kiedyś mógłbyś dać Adili kamyk, jakiś ładny, może pręgowany, a od razu by ci wybaczyła. Sam zresztą też nie miałbyś się czym martwić, może poza tym, czy ktoś wyjdzie przed blok.
Zaśmiałem się bezgłośnie. Faktycznie, kamyk to dobry pomysł. Czemu nie.
-Jak myślisz, ona rozumie? - zapytałem, trochę pomijając rozwinięcie pytania. Karim, przestaw się na mój tok myślenia, bo inaczej ta wymiana zdań będzie problematyczna.
-A dlaczego nie? Wytrzymuje z tobą, ty wytrzymujesz z nią - samo to jest już niezwykłe, więc czemu miałaby nie rozumieć? Człowieku, przestań się zamartwiać. Albo jest dla ciebie, albo nie, proste. Możesz wpływać na Los, ale wątpię, czy aż w takim stopniu - nie zmienisz waszych osobowości. Jesteście dojrzali - krytycznie zmierzył mnie wzrokiem - i powinniście pojmować pewne rzeczy, a już na pewno to, że życie to nie eklerka z sosem czekoladowym. Związek tym bardziej. Odpowiedz sobie najpierw, czego oczekiwałeś. Dwie połówki jabłka otrzymasz tylko wtedy, gdy brutalnie rozetniesz jedno na środku, a ty blizn po szwach raczej nie masz - zadrwił, wydając z siebie cichy śmiech.
-Oczekiwałem jakiejś akceptacji, stałości, ciepła...
-No nie powiesz mi, że brak ci było akceptacji. Ciepło daje grzejnik czy koc, błagam cię. A stałość w twoim wypadku byłaby zbyt nużąca, chyba sam przyznasz.
-Tylko co mam teraz robić? Nadal włóczyć się chodnikami? - Spojrzałem na niego, oczekując poważnej odpowiedzi. Ta.
-Z pewnością lepiej chodnikami, niż trawnikami, nieprawdaż?
-Nie chcę drażnić ani Adili, ani jej ojca czy matki. Sam się z kolei wykończę.
Dostałem mocnego kuksańca w bok. Zabolało, ale nie dałem tego po sobie poznać.
-Pascal, do cholery! Zaśmiej się choć raz! Nie dziwię się, że wyszła od ciebie taka sfrustrowana. Gościu, to są najlepsze lata twojego życia, a ty marnujesz dni na bycie smętnym i wycofanym, bo przerosło cię bycie dobrym oparciem dla dziewczyny, którą z wzajemnością kochasz? Jesteś świadomy swojej sytuacji? Ona ma naprawdę niedługo maturę, a takimi zachowaniami wybijasz ją z rytmu. Daj jej czas na naukę, znajomych, ogarnięcie swojego życia, co? Nie bądźcie od siebie uzależnieni, bo to prowadzi do kontaktu z trawą. - Znów spojrzał się z ukosa, ale tym razem nie wytrzymałem i zacząłem się śmiać. - Co masz zrobić? Użyć komórki, bo te szare ostatnio gdzieś ci wyparowują.
-Trawa i opary to chyba niezbyt dobre połączenie, prawda? - podchwyciłem żart. Mam przyjaciół ze specyficznym poczuciem humoru.
-Biorąc pod uwagę nasze położenie i status nieszczęśliwych banlieusards*, raczej nie. Może w Kalifornii... stać cię na podróż?
-Mnie nawet na koszulkę nie-oversize nie stać, Karim, proszę cię.
-W takim razie ten kamień dla Adili był niegłupim pomysłem. Powiedz, że magiczny, talizman, amulet, zaklina duchy i pomyślności zsyła, a zobaczysz, że się ucieszy.
-Jak już o duchach, to może da ktoś jakiś znak, co powinienem zrobić? - powiedziałem zupełnie poważnie, patrząc na chmury zakrywające błękit nieba.
Karim jeszcze chwilę robił sobie ze mnie żarty, a ja próbowałem oszacować nasze położenie - przebyliśmy na tyle długą trasę, że nie od razu zrozumiałem, gdzie jestem. Po względnym rozpoznaniu paru budynków stwierdziłem, że mam sześć kilometrów do przejścia - i to w najlepszym przypadku. Liczyłem, że będę wracał z towarzyszem, ale nie - staliśmy obok parkingu, na którym zostawił samochód. Brawa, sam nie wymyśliłbym bardziej szatańskiego planu. Przynajmniej będę szedł z, a nie pod wiatr - aż jeden pozytyw. Szok.
-I co, zostawisz mnie tu teraz? - zapytałem czysto retorycznie. Mówimy przecież o Karimie.
-Oczywiście, ciebie i twoje rozmyślania. Masz czas poszukać w drodze powrotnej kamyczków - odparł, o dziwo bez cienia ironii. Sekundy później miejsce parkingowe było już puste.
Odwróciłem się na pięcie i, z powodu unoszącej się wszędzie mieszanki z pyłu oraz kurzu, zwiesiłem głowę. Wtedy zobaczyłem leżącą na środku chodnika białą różę. Kwiat do złudzenia przypominał ten, który kiedyś dałem Adili. Nie byłem pewien, czy ktokolwiek tamtędy przechodził, a brak było mi pomysłu, jak róża znalazła się pośrodku pustej jeszcze przed chwilą ścieżki. Ciekawe.
Dzięki Jahwe, Allahu, Kryszno, czy jak cię tam zwą. Po prostu dzięki.
Podniosłem kwiat i rozpocząłem mozolny spacer, od czasu do czasu spoglądając tylko z niedowierzaniem w niebo..

__________
Je m'abandonne - poddaję się
banlieusard - mieszkaniec przedmieścia

niedziela, 31 maja 2015

12.

Z pewną trudnością przekręciłam klucz w zamku. Uparłam się, by Salem mi nie pomagał - chciałam pokazać, że potrafię sobie poradzić. Środki przeciwbólowe przestawały powoli działać, adrenalina zaś już dawno opadła. Oparłam głowę o nadal nieotwarte drzwi i westchnęłam ciężko. Starałam się trzymać ramiona luźno, ale to nie do końca pomagało. Zacisnęłam mocno powieki. Trzymaj się dziewczyno, pomyślałam i nacisnęłam wreszcie klamkę.
Swoje kroki skierowałam najpierw do szafy, by wziąć cokolwiek do przebrania. Ja - w przeciwieństwie do Pascala, jak widać - czułam opór przed noszeniem ubrań poplamionych krwią. Zastanawiałam się czy ubrać bluzkę, czy koszulę. Tą drugą zatuszowałabym szwy, ale będzie też ich dotykać... Raz się żyje. Wiedziałam, że zapewne pożałuję tej decyzji, ale za koszulą przemawiał jeszcze jeden, bardzo dla mnie ważny w tej chwili argument - nie trzeba było podnosić rąk, by ją ubrać.
Padło na dość cienki, szyfonowy materiał w brzoskwiniowym kolorze - pomimo wątpliwej grubości dość dobrze radził sobie z ukryciem szlaczka ze szwów. Przy okazji związałam włosy w wysoką kitkę - tak łatwiej jest funkcjonować, bo loki na wchodzą na twarz. By ocenić stan ogólny, poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Uniosłam z dezaprobatą brwi.
Pierwszy raz mogłam z czystym sumieniem stwierdzić, że mam zaczerwienioną twarz. Nigdy wcześniej tego osobiście nie widziałam, czasem tylko ktoś mówił "O, Adila, zaczerwieniłaś się!". Oprócz tego zauważyłam swojego rodzaju "maskę" z zaschniętych łez. Davignon, jak mogłeś? To by tłumaczyło lęk Jeana. Już wtedy mnie śledził? Stwierdziłam, że nie ma sensu zadręczać się tego typu pytaniami. Niedługo będzie siedział w areszcie, mnie pozostanie mała - mam nadzieję - blizna, a dziadek... cóż, wydawał się być szczęśliwy. Zrobiło mi się nieco cieplej na sercu - wszystko powoli wracało do normy. Pozostało odbębnić parę sesji u psychologa, wytrzymać docinki szkolnych znajomych i ułożyć jakoś sensownie życie towarzystkie. Właśnie, towarzyskie.
Davignon przecież mówił, że nie działał sam, ba - otrzymał pieniądze, by mnie "pogrążyć". Kto mógł być takim wrednym idiotą? Chlusnęłam wodą w twarz, licząc na oświecenie, które niestety nie nadeszło. Zszedł tylko makijaż, zmęczenie i zaschnięte pamiątki po płaczu. Przypomniałam sobie o wiadomości od Pascala. Nie powiem, w pierwszej chwili byłam naprawdę zła, ale przecież musi pracować w studio. Mało tego, taka praca najczęściej sprawia przyjemność. Musiałam się po prostu dostosować i nie pakować tak często w pokręcone sytuacje. Przeczuwałam jednak, że jedną z takich pokręconych sytuacji będzie właśnie spotkanie jego mamy. Adila, nie martw się na zapas. Obiecał, że przyjedzie szybko? Obiecał. Jakoś sobie poradzisz.
Usiadłam na kanapie i odchyliłam głowę do tylu, chcąc położyć ją na zagłówku. Mocno przeceniłam jednak swoje możliwości, a w rezultacie syknęłam przeciągle z bólu. Napięta, pozszywana skóra nie przynosi przyjemnych doznań. Wobec tego wyprostowałam się i włączyłam telewizję, by trochę oczyścić umysł oraz "zrelaksować" przed powrotem do szkoły. Jak zwykle nikt nie wysłał mi lekcji, podanie zeszytów przemilczając. Rzuciłam okiem na zegarek: pięć po jedenastej. Zaczęłam się robić głodna, bo rano ze stresu nie pomyślałam nawet o tym, żeby zjeść śniadanie. Na półmisku leżały truskawki, co mi odpowiadało, więc zaczęłam go z nich opróżniać. Świeże owoce, które nie są importowane - coś genialnego. We Francji większość nie uznaje czegoś takiego, jak żywność importowana. Z innego kraju? Kto by to tykał?
Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi i już wiedziałam, że to gość, o którego przyjściu uprzedzał mnie Pascal. Odwróciłam się zatem, naprawdę chcąc wyglądać przyjaźnie. Chciałam powiedzieć coś na przywitanie, ale głos ugrzązł mi w krtani. Żałowałam, że nie zmieniam się z wyglądu. Rozpoznała mnie, a ja ją. Cholera, miałam cichą nadzieję na zwykłą zbieżność nazwisk. Tym razem nie wyszło. Kobieta uśmiechnęła się i zaśmiała wymuszonym śmiechem. Ta scena była brutalnie przerysowana.
-Dzień dobry, pani Koeu - powiedziałam wreszcie ze zwieszoną głową, jak zawsze, kiedy do niej mówiłam.
-Dzień dobry, panno Sedraïo - odpowiedziała, może nie tak atakująco, jak tego oczekiwałam.
Patrzyłam na nią i nie mogłam się ruszyć. Rana zaczęła mocniej szczypać. Wyglądałam zapewne jak zahipnotyzowana, ewentualnie po bliskim spotkaniu z duchem. Ja jednak próbowałam tylko bezskutecznie odpychać wspomnienia. Mój umysł, wraz z duszą, wrócił jednak do tamtego dnia. Czwartek. Okropny czwartek.

Ciemnowłosa dziewczynka grzecznie siedzi w szkolnej ławce. Są one rozsunięte tak, by stały pojedynczo. Nie może się do nikogo odezwać, więc otwiera kołozeszyt. Gdzieś ponad nią krążą, trochę jak sępy, słowa nauczycielki. Nie fascynuje jej to. Jest daleka od oddawania się światu liczb. Znaki kojarzy tylko z napisów na ścianach, kto z kim równia się wieczna miłość. Mimo to zrobiła parę zadań, więc teraz nastała nuda. Nauczycielka nadal z uporem tłumaczy jakieś równanie, które już od ponad kwadransa jest w zeszycie Adili. 
Denerwuje ją to. Denerwują ją bezsensowne ogarniczenia i tylko jeden możliwy wynik. Drażniące rzędy cyferek wypełniają tablicę, którą co chwilę mażą dyżurni. Oni nie zdenerwowani, tylko się boją. Adila podziela ten stan, dlatego kołozeszyt zasłania piórnikiem. Nieśmiało rzuca spojrzenie ku biurku pedagoga. Nie zwraca na nią uwagi. Uff. Jest szansa dotrwać do końca lekcji we względnym spokoju. Bierze swój ulubiony srebrny długopis i zaczyna nim sunąć po kartce.
Linie, które zostawia, układają się w litery, słowa, zdania. W coś, co lubi, a wręcz kocha. Coś znajomego, pewnego, ale dowolnego. Tu nie ma jednego wyniku. To jest królestwo emocji, pomysłów, nastroju. Dziewczynka podpiera twarz dłonią i myśli nad kolejnym wersem. Szuka w głowie odpowiedniego słowa, które musi się też rymować. Nie sprawia jej to takiej trudności jak dzielenie czy mnożenie w pamięci. Po prostu chwyta odpowiedni balonik z chmury, która jest jej kreatywnością. Zaczyna trzecią strofę, ale czuje na sobie wzrok uczniów siedzących niedaleko. Wie, co to oznacza. Zakrywa jak tylko może swoją pracę i patrzy na tablicę. Szuka jak najszybciej może tego zadania w zeszycie. Bierze głęboki wdech, bo nie chce, by łamał jej się głos. 
-Wynik to siedemdziesiąt cztery kilogramy - mówi, licząc na uśpienie czujności nauczycielki.
-Dobrze - słyszy w odpowiedzi.
Jak gdyby nigdy nic wraca do swojej pracy. Wokół niej szaleje huragan sum, różnic, iloczynów i ilorazów, a ona mimo to pisze. Nie chce nawet się skupiać na lekcji - rozumie ten materiał w zadowalającym dla niej stopniu, na tyle, żeby utrzymać ocenę bardzo dobrą. Decyduje się zakończyć pracę na piątej strofie. Ostrożnie dobiera słowa, by zakończenie brzmiało sensownie. Nie widzi sensu pisania "tasiemców" - przelewa na kartkę aktualny rytm jej serca, które nigdy nie dostosuje się do języka matematycznego. Chce już przewrócić stronę zeszytu, by zacząć jakikolwiek rysunek i zabić pozostały do dźwięku dzwonka czas.
Słyszy szepty, co jest rzadkie. Zwykle wszyscy siedzą cicho i boją się choćby poruszyć. Do jej uszu dociera również miarowe postukiwanie czółenek. Za późno zrozumiała, że chce do niej podejść. Zastyga ze srebnym długopisem w ręce. Teraz może jedynie opuścić głowę i udawać, że nic się nie stało. Nie jest przerażona, może tylko na zapas smutna. Zmienia się to z chwilą, kiedy matematyczka szarpie ją za ramię.
Patrzy jej w oczy przez mniej niż dwie sekundy i odwraca wzrok. Dziewczynka nigdy nie widziała oczu tak pełnych złości i irytacji. Teraz naprawdę się boi. Nie może na to patrzeć. Wstaje, żeby uniknąć kolejnego szarpnięcia. Łączy ręce z tyłu i stoi ze wzrokiem wbitym w podłogę, czekając na krzyk. Zamiast tego nauczycielka bierze jej kołozeszyt.
"Nie" - przebiega dziewczynce przez głowę, ale co może zrobić? 
Kobieta kiwa głową - z niedowierzaniem, może irytacją, a może dezaprobatą. Uczennica tego nie widzi, bo nadal ogląda panele. Nie wie, że ta postawa jej zostanie. Wykształca właśnie odruchy na dalsze życie, a ten oto będzie jednym z nich. 
-No, panno Sedraïo, chodź na środek - mówi, po czym nie czekąjąc na reakcję, ciągnie Adilę za rękę. 
Stoją teraz obie na środku klasy. Trochę ponad dwadzieścia głów wpatruje się z przerażeniem w nie mniej wystraszoną koleżankę. Już i tak jest postrzegana jako trochę dziwny kujon, nie potrzeba jej kolejnego upokorzenia. Teraz dopiero rozpoczyna się międzyławkowa dyskusja, której nauczycielka zdaje się nie zauważać. Skupia teraz całą uwagę na nieposłusznym wychowanku, jakim jest ciemnowłose stworzenie. 
-Patrz mi w oczy - rząda, ale dziewczynka wydaje z siebie cichy pomruk i tylko odwraca głowę. 
Nie chce znów natrafić na ten chłód, obojętność i chorobliwą determinację. Przesadzona dyscyplina bije od kobiety na kilometr, wywołuje u większości szacunek oraz respekt. Poza tą większością znajduje się właśnie Adila. Zaczyna szybciej oddychać i mało brakuje, żeby zaczęła płakać. A przecież najgorsze ma nadejść. 
Pani Koeu nie stosuje kar fizycznych, jest to przecież zakazane. Dziewczynka wie, co kobieta zamierza zrobić i w jakim celu właśnie zakłada okulary. Przybliża kołozeszyt do twarzy.
-Zatem posłuchajcie, co wasza koleżanka robi na lekcjach matematyki - mówi i zaczyna czytać.
Adila wie, że już nie jest koleżanką, tylko dziwadłem. Dzwoni dzwonek, ale nauczycielka każe wszystkim pozostać na miejscach. Beznamiętnie czyta kolejne wersy, okrutnie obnażając jej stan, uczucia, emocje tak silne, że część trzeba wylać na papier. Dziewczynka zaciska pięści i myśli tylko o tym, że jeszcze rok. Jeszcze tylko rok z tymi ludźmi. Podświadomie wie jednak, iż się nie zmieni i kolejna klasa będzie ją zapewne postrzegać tak samo. Niezależnie od siebie płacze. Nauczycielka wciska jej zeszyt w ręce.
-Nigdy więcej nie chcę widzieć czegoś takiego, panno Sedraïo. Zresztą, to chore tak pisać. Życie ci niemiłe? Poza tym, dla filozofów nie ma pracy - mruknęła.
Chore? Uczennica myśli, że raczej ktoś inny jest tutaj chory. Lubi żyć, to głupie nie szanować takiego daru. To tylko pewnym osobom brak zdolności głębszej interpretacji pewnych słów. Kobieta sprawia wrażenie, jakby nie umiała też interpretować uczuć choćby uczniów. Dziewczynka w duchu współczuła jej synowi, bo wie o istnieniu takowego. Panno Sedraïo. Zawsze po nazwisku, chłodno, "służbowo", bez spoufalania.

-Proszę mówić mi po imieniu. Nie wiem, czy pani pamięta, jestem Adila - powiedziałam.

*
Jak zwykle niemo oglądałam zmieniające się za oknem krajobrazy, a właściwie budynki budowane w różnych stylach architektonicznych. Paryż to miasto kontrastów, podobnie jak barok. Różnica jest taka, że nasza paryska perła jest starannie oszlifowana przez liczne butiki, atrakcje turystyczne i - bądźmy szczerzy - wyolbrzymianie zalet. Krótko mówiąc, perła Paryża jest idealnie oszlifowana i wypolerowana, by elegancko wyglądać na folderach reklamowych. Bez miejsca na niekształtność - chyba że mówimy o wybiegach.
Wizyta mamy Pascala, wbrew moim przeczuciom, przebiegła bardzo miło. Od razu skojarzyła mnie z zaistniałą przed laty sytuacją i zwyczajnie przeprosiła, a przeprosiny wypowiedziane szczerze mają jednak wielką moc. Poczułam się lżej, jak gdybym zrzuciła ciężar jednych z przytłaczających mnie wspomnień. Ucieczka z więzienia przeszłości - misja rozpoczęta.
Wypytywała mnie o to, jak sobie radzę. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że mój obecny stan psychiczny raczej nie zasługuje na ocenę dobrą, może ledwie dostateczną - a to i tak dzięki wsparciu Pascala. Miałam dziwne wrażenie, iż kiedy nie daję znajomym spisywać zadań domowych, dla nich jestem niewidoczna. Już nikt nie dzwonił - zapewne rozniosła się sensacyjna wiadomość o próbie skoku z mostu. Najlepsze jest to, że będę musiała jutro stawić temu szkolnemu zgromadzeniu czoła. Jak zawsze sama.
Zapytała czy piszę. Piszę, a jakże; humaniści mają po prostu "we krwi" potrzebę wylewania nadziei i żali na papier, ewentualnie do dokumentu z końcówką ".doc". Chyba nie spodziewała się mojego liczbowego nawrócenia, a zadane pytanie było czysto retoryczne. Stwierdziła, że tak naprawdę podobał jej się tamten wiersz. Nadal czułam pewien rodzaj dyskomfortu, gdy wspominała o mojej pracy, ale było to miłe z jej strony. Powiedziała tylko, iż nie oczekiwała takich słów, choćby na kartce, ze strony uczennicy. Dziwne dzieci robią dziwne rzeczy. Ach, przepraszam, "nietypowe", tak się teraz mówi na niedorzeczności odstające od norm. Zatem byłam doprawdy nietypowym dzieckiem i dużo mi z tej nietypowości zostało.
Zaśmiałam się pod nosem, bo osoba, którą tak źle postrzegałam przez tyle lat, okazała się być naprawdę miła (i matką mojego chłopaka). Wzbudziła we mnie zaufanie, czego nie mogę odnieść do jej oblicza, jakie zapadło mi w pamięć za czasów wczesnoszkolnych. Była doskonałym przykładem na to, że ludzie się zmieniają, nie zawsze na gorsze. Nie zauważyła na szczęście szwów - chciałam wydać się normalna w jak największym stopniu. Wydać się - dobrze dobrane wyrażenie. Czy właśnie stwierdziłam, że bycie sobą czasem odstrasza ludzi? Adila, wyluzuj. Albo nie, masz chwilę na rozkołysanie nerwów, zanim pani psycholog zacznie pokazywać ci indyjskie mandale.
Pascal przyjechał chwilę po jej wyjściu. Był ewidentnie zirytowany - odgadnęłam, że albo zachowaniem kumpli, albo Amy. Ją co prawda widziałam tylko chwilę, ale nie wydała mi się osobą o dużej uprzejmości. Bardziej uważała, że wszyscy są na jej usługi. W tym spostrzeżeniu utwierdził mnie właśnie Pascal, jej zachowanie kwitując krótkim "Takiej rozkapryszonej baby jeszcze nie było".
Ogarnęły mnie wątpliwości. Chcę iść do psychologa? Muszę, ale... czy chcę? Co się robi na takich spotkaniach? Liczyłam na to, że kobieta okaże się chociaż miła i nie będzie potwierdzeniem popularnych stereotypów.
-Stresujesz się tą wizytą, prawda? - zapytał Pascal, korzystając z zatrzymania się na światłach.
-Trochę tak. Taka osoba, przynajmniej teoretycznie, potrafi się z błahych testów dowiedzieć o tobie praktycznie wszystkiego i to mnie odrobinę przeraża. Boję się też, że emocje wezmą górę i po prostu zacznę płakać przed kimś obcym. Takie sytuacje są krępujące.
W odpowiedzi pogłaskał mnie po ramieniu i obdarzył ciepłym uśmiechem, jak to Pascal. Mocniejsze światło słoneczne wpadło przez szybę po mojej stronie, co podkreśliło serdeczność tego gestu. Jak miło rozmyślać o tak nieskomplikowanych sprawach.
-Płaczu nie trzeba się wstydzić. Świadczy o sile, bo trzeba być silnym, żeby móc otwarcie uzewnętrzniać emocje. A ciebie, uwierz, wcale nie tak łatwo rozszyfrować - zaśmialiśmy się jednocześnie. - Zapomniałbym, twój tata chciałby dziś z tobą pomówić. Nie masz nic przeciwko?
Oczywiście, że mam. Mogłabym zacząć wymieniać bez końca, dlaczego nie zamierzam się zgodzić. Bo się boję. Bo nie chcę. Bo mnie zranił. Bo wyrzucił własną córkę z domu. Bo...
Ale jest moim ojcem. Moim ojcem, który mnie uczył, podrzucał, motywował, kiedyś często pocieszał. Moim zagubionym w monotonnym labiryncie życia tatą. Skoro spotkanie z osobą taką jak pani Koeu wypadło pozytywnie, czemu nie spróbować i tym razem? Już wiele razy doszłam do wniosku, że ludzie potrzebują drugiej szansy.
-Nie, co ty. Szykuje się ciekawa konwersacja - stwierdziłam, pomimo starań, lekko obojętnie i sarkastycznie.
Samochód zatrzymał się na parkingu przed dużym budynkiem. Było w nim parę gabinetów lekarskich - także psychologa. Zarysy czerwonej cegły prześwitywały przez zabrudzoną już beżową farbę. Przed drzwiami były dwa klomby z kwiatkami, które zaczynały odrobinę usychać. Niepostrzeżenie wylałam dużą część mojej wody na spragnione rośliny i weszłam do środka, modląc się w duchu o lepszy gust projektanta wnętrza.
-Hej, uśmiechnij się chociaż - powiedział Pascal, a mi nie przeszkodziły w tym nawet trochę przerażające bladozielone ściany.
Byłam już mentalnie przygotowana na jakąś kolejkę, choć tę Francuzi wytrzymują pewnie tylko w boulangerie. Cóż, czekanie naprawdę jest frustrujące. Pożera cenny, uciekający nieustannie czas - chyba, że czekamy na dobrej klasy jedzenie. To jedyne dobre usprawiedliwienie, bo przecież żyjemy, by jeść. No, przynajmniej w krajach średnio i trochę bardziej średnio bogatych.
Zgodnie z moimi przypuszczeniami, parę osób siedziało na drewnianych krzesłach - sądząc po kolorze, zapewne sosnowych. Pascal wziął mój płaszcz, po czym odwrócił głowę i pewnie zobaczył błysk w moim spojrzeniu. Podniósł brwi i niezauważalnie się uśmiechnął. Zapewne domyślił się, co w takim momencie może zaprzątać mi myśli. Czekać spokojnie, jak wychowanemu obywatelowi przystało? Nie, to takie niemodne, staromodne, nudne i nieprzydatne. O wiele milej jest zacząć wnikać.
Wnikać. Wchodzić głębiej w czyjąś historię, ale bez podsłuchiwania, jakichkolwiek interakcji. Wyczytać jak najwięcej z mimiki, stroju, mowy ciała. Może to brzmi trochę śmiesznie, strasznie czy zwariowanie. Dla mnie takie przewidywanie jest wyjątkowe, bo przecież zawsze istnieje szansa, że się trafi, albo wyobrazi alternatywną wersję przyszłości dla danej jednostki, jeśli zmieni choćby jeden wybór, a to z kolei jest możliwe pod wpływem rozmowy ze specjalistą, do którego w końcu pacjent czeka. Taka zabawa w odgadywanie myśli i podjętych ścieżek kogoś zupełnie obcego. Mimowolnie uniosłam kąciki ust. Zgodnie z filmowymi wzorcami powinnam jeszcze potrzeć o siebie dłonie w białych rękawiczkach, ale wolałam od razu przystąpić do, delikatnie mówiąc, dziwnych obserwacji.
Najbliżej mnie siedziała młoda kobieta, zainteresowana moją nowo przybyłą osobą przez ułamek sekundy, a może powinnam powiedzieć "przez jeden sygnał w telefonie", bo ten ściskała niczym własne dziecko. Odziany w nową, kolorową i błyszczącą obudowę rzadko odrywał się od jej ucha. Rozmawiała z kimś dość emocjonalnie, bo gestykulacja przybierała na sile. Jak widać, nie tylko ja potrzebuję mandali. A jeśli już jesteśmy przy dziecku, to takowe z beztroską biegało obok, szukając zainteresowania u innych ofiar kolejki. Coraz mniej uśmiechnięty chłopczyk powrócił do mamy, podejmując misję pod kryptonimem "Dźganie kolana", ponieważ nikt nie miał nastroju na zostanie chwilową niańką. Naprawdę lubię dzieci, ale teraz obserwowałam.
Bez podsłuchiwania miało być? Merde... No nic, powiedzmy, że kobieta rozmawiała na tyle blisko mnie, iż mogłam słyszeć niektóre słowa. Jakby się nad tym zastanowić, to byłam po prostu ciekawa tych wszystkich ludzi, jednak na jakimś wyższym poziomie. Matka Święta Telefonowa wyglądała na zmęczoną i smutną, a gorycz najwyraźniej przykleiła do jej dłoni szatańskie urządzenie. Drugą podpierała starannie omieciony pudrem i różem policzek. Tym nienagannym makijażem oraz strojem typowej, dobrze ubranej paryżanki chciała coś ukryć. Z jej osoby bił jakiś niewyjaśniony tristesse*. Spod warstwy korektora (swoją drogą, pewnie jednego z droższych) przebijały fioletowe żyłki. Typowa paryżanka zmęczona życiem. Spojrzała w moją stronę, może dlatego, że po prawicy miałam okno. Wtedy mnie olśniło - jej spojrzenie jest dziwnie wypłowiałe, bez tej charakterystycznej iskierki.
Miłość. Straciła miłość.
W tym momencie pomiędzy malcem, a zajętą rozmową kobietą nawiązał się dialog, który wyjaśnił wszystko. Po wypowiedzeniu jednego prostego zdania natychmiastowo odłożyła telefon, wzięła chłopczyka na kolana i otworzyła szerzej oczy, by uniemożliwić choć trochę łzom wydostanie się na zewnątrz.
-Mamo, to gdzie jest w końcu tata?
-W niebie, kochanie.
Jedyną osobą, w której stronę mogłam teraz spojrzeć, był Pascal. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie obojętnego, ale widziałam, że jest tak samo zdziwiony. Wcisnął ręce w kieszenie i odwrócił wzrok w przeciwną stronę. Przeczesał niespokojnie włosy ręką. Ja zaś musiałam wziąć głęboki wdech. W sekundzie poczułam się fatalnie - zawroty głowy, uczucie zimna... Mój towarzysz niedoli podszedł uprzejmie i spytał, co się dzieje. Odparłam zgodnie z prawdą, że nic. Bo co się działo? Wstrząsnął mną los kobiety siedzącej parę metrów dalej, tyle. Parę głosów stwierdziło, że jestem blada, inne proponowały szklankę wody. Naprawdę wyjątkowo mili ludzie, nikt nie wzruszał z ignorancją ramionami. Skuliłam się na krześle.
-Przepraszam - szepnęłam niemo w stronę obserwowanej przeze mnie jednostki.
Zrobiło mi się głupio, po prostu jawnie głupio. Jak łatwo ocenić kogoś powierzchownie i niewłaściwie. Na pierwszy rzut oka - nieodpowiedzialna matka, całymi dniami rozmawiająca przez telefon, mająca głęboko w poważaniu swojego małego synka, za to dbająca o nienaganny wygląd. Podczas rozmowy ustalała datę odwiedzin grobu na cmentarzu, a na czarne barwy jej stroju po prostu nie zwróciłam uwagi. Wiele rzeczy się tym sposobem pomija. Widziałam, że coś jest nie tak, ale i tak chętniej przyjęłam oskarżycielską postawę. Tak było łatwiej oraz wygodniej wewnętrznie, bo przecież można połechtać tym jeszcze swoje ego - "ja bym się w ten sposób na pewno nie zachowała". Nieprawda. Potykam się zapewne więcej razy niż ona, to samo tyczy się chwil słabości. I to ja mam prawo ją oceniać? Ktokolwiek ma?
Poczułam, że ktoś mnie objął i nie musiałam podnosić głowy, by ocenić autora tego gestu. Szepnął, że mam się nie martwić. Wyglądałam na zmartwioną? Chorą, mdlejącą, okej - ale zmartwioną? Szczególnie za zasłoną z włosów mógł odgadnąć wiele, patrząc na mimikę. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę zna mnie już tak dobrze, czy po prostu fartem odgadł mój nastrój.
Wstałam, bo tak nakazał. Miałam teraz siłę wyłącznie na wykonywanie mechanicznych rozkazów. Trochę się rozwaliłam wewnętrznie. A jeszcze teraz czeka mnie świetna rozmowa... Co mnie napadło, żeby wchodzić na ten pieprzony most? "Nie co, a kto" - pomyślałam i uśmiechnęłam się pod nosem, jakoś niezbyt przełamując ponurą aurę roztaczającą się aktualnie nade mną. Przyjęłam do wiadomości, że nastąpiła moja kolej. By wejść do gabinetu, musiałam przejść obok kobiety będącej obiektem moich rozmyślań. Nie wiem co mnie napadło, naprawdę.
-On i tak pani pomoże. Proszę się nie załamywać. Na pewno nie chciałby, żeby chodziła Pani z pochyloną głową - powiedziałam, kładąc jej rękę na ramieniu i weszłam do gabinetu, zostawiając ją z lekka osłupiałą, ale dyskretnie uśmiechniętą.
-Merci - usłyszałam cichy szept. Po kolejnym głębokim wdechu zamknęłam drzwi.
Przez krótką chwilę miałam dość silne wrażenie, że pomyliłam gabinety, a nawet budynki. Przez sterylną biel każdej rzeczy w tym pomieszczeniu - poza paroma roślinami i trzema fotelami - poczułam się przytłoczona stereotypową wizją owianego złą sławą psychiatryka. Nawet okleina biurka została prowizorycznie maźnięta farbą, którą spisali zapewne na straty po pomalowaniu sufitu. Nie wiedziałam co prawda czego oczekiwać od takiego miejsca, ale oczami wyobraźni widziałam je jako trochę bardziej przytulne. Po odwróceniu głowy w prawo zobaczyłam jeszcze parę zdjęć w szklanych oprawach. Przedstawiały kolejno zachód słońca w Paryżu, jakieś kwiaty (odniosłam dziwne wrażenie, że to lotosy, a co za tym idzie, nieme nawiązanie do hinduizmu) oraz wybrzeże, zdecydowanie nie francuskie. Cóż, pomimo tych starań nadal nie było przytulnie. Po kroku dalej wyczułam pod stopami puszysty dywan, jak się okazało, czerwony. Zupełnie nie pasował do pomieszczenia, ale przestałam zwracać na to uwagę. Spojrzałam wreszcie w stronę kobiety siedzącej za biurkiem, której sylwetka (a właściwie połowa) była oświetlona słabym światłem wdzierającym się przez rolety.
Miała ciemne blond włosy, o dziwo upięte z tyłu w luźnego koka, szare, dosyć duże oczy i delikatnie pociągłą, zaróżowioną twarz. Widziałam tylko jej tułów, bo siedziała. Ubrana była w granatową bluzkę z pokaźnym dekoltem i - o zgrozo - białą marynarkę. Wyglądała na solidnie zniechęconą swoją pracą, będącą w stanie powstrzymać opad powiek tylko paroma filiżankami kawy. Tusz do rzęs zostawił czarny szlaczek na powiekach omiecionych jasnym cieniem. Była elegancka, grubo po czterdziestce, lekko otyła i pozbawiona entuzjamu. Ja zresztą również nie wykazywałam szczególnej euforii, stojąc na środku źle dobranego dywanu oraz nieświadomie wodząc wzrokiem po pomieszczeniu. Usiadłam na w miarę wygodnym fotelu, ale nie miałam pojęcia, czy w chwilach tej nieświadomości rzuciłam "Bonjour", choć przecież było już popołudnie. Łamiemy zasady, a co.
-Bonjour - odpowiedziała. Czyli jednak rzuciłam. W przeciwnym razie wyraziłaby się poprawnie.
Rozpoczęła wyjątkowo nudny wywiad, począwszy od tego, jak się nazywam (co miała przecież zanotowane w swoim notatniku), ile mam lat (to także), jakie mam stosunki z rówieśnikami, kończąc na tym, czy moi rodzice są razem. Tak, są, choć nie zawsze jest to dla nich dobre. Ale skończyło się oczywiście na nerwowym skinieniu głową, po co zagłębiać się w takie sprawy na pierwszej wizycie. Po co w ogóle się zagłębiać. "Bo to psycholog" - przemknęło mi przez myśl. Faktycznie. Trochę w tym racji.
Zamknęła notatnik, odłożyła do organizera biały (!) długopis i spojrzała na mnie w celu rozpoczęcia jakiegoś sensowniejszego dialogu. Nie miała złego spojrzenia, jednak preferowałam kontakt wzrokowy z paprocią stojącą na szafce.
-Zacznijmy zatem od początku. Nazywam się Mathilde Boulain i będę twoim psychologiem. Z czym zatem do mnie przychodzisz? - widząc moje wzruszenie ramionami, dodała - Może inaczej, kto cię tu zapisał?
-Mój chłopak, w porozumieniu z moimi rodzicami - powiedziałam, równocześnie zdając sobie sprawę z tego, jak to dziwnie brzmi. Uniosła idealnie wyregulowane brwi. Bienvenue au Paris*.
-Chłopak, powiadasz - stwierdziła i już wiedziałam, kogo dotyczyć będzie głównie nasza najbliższa konwersacja. - A co go do tego skłoniło?
-Pewnie to, że zastał mnie na moście - stwierdziłam lakonicznie, bo wyczułam w jej tonie ironię. Tym już się zaciekawiła.
-A co się na taką decyzję złożyło? I dlaczego ostatecznie nie skoczyłaś?
Jak dla mnie tą wypowiedzią dała wyraz swojej niekompetencji. Dlaczego nie skoczyłaś. Niby logiczne pytanie, ale z drugiej strony mogłabym w tym momencie nie zajmować tego miejsca, a podziemną drewnianą kwaterę. Trudno o bycie bardziej niedelikatnym.
Przeszedł mnie dreszcz. Ta paproć naprawdę wydawała się przyjazna.
-Wiele niedomówień, złych zbiegów okoliczności i człowiek, który teraz jest pewnie już w policyjnym areszcie - odpowiedziałam ogólnikowo. Co do Davignona - taką informację przekazał mi Pascal. Cieszę się, nie powiem. Tylko dziadka mi nadal szkoda. - Nie skoczyłam, bo ze stresu zemdlałam, a on mnie złapał.
-Dzielny - skwitowała z takim uśmieszkiem, że dobił mnie on mimo to, iż nie patrzyłam dokładnie na jej twarz.
-Czy może pani nie wyrażać się o nim z taką pogardą, skoro nawet go pani nie zna?
-Oczywiście, tylko, wybacz, ale takie związki licealistów mnie odrobinę śmieszą, są brutalnie niedojrzałe. Nie mówię tu oczywiście o tobie, ale...
-Pascal ma dwadzieścia trzy lata i mieszkam u niego z powodu skomplikowanej sytuacji rodzinnej. Nie jestem łatwą do zniesienia osobą, więc go podziwiam, że ze mną wytrzymuje. Uciekłam z domu, chciałam się zabić, a w sumie ostatecznie do niego trafiłam, kiedy zemdlałam przed klubem. W środku nocy. Tak, jestem w pełni świadoma swoich wad. Może nie jest to typowy związek, ładniej wyglądałoby to w przypadku trzydziestolatków, ale nie widzę tu brutalnej niedojrzałości, o której pani mówi.
Spojrzała na mnie z widocznym osłupieniem i zaczęła porządkować fakty. Brwi znów powędrowały ku górze. Kobieto, czy ty się nie kontrolujesz?
-Czyli facet jest od ciebie pięć lat starszy, udostępnia ci mieszkanie i akceptuje twoje wahania hormonów. Musicie się znać od stosunkowo niedawna, więc albo jest naprawdę zakochany, albo ma inny powód - tu posłała mi kolejne oceniające spojrzenie. Tak Mathildo, szanuję się. Nie myśl sobie zbyt wiele.
Ale.
Jakieś ale zawsze musi być, prawda? Tu także. Zaczęłam analizować naszą znajomość i to, jak wszystko szybko się potoczyło, tak naprawdę przez serię zbiegów okoliczności. To wyjście do klubu, występ, omdlenie. Jak dziwne zrządzenie losu. I tu właśnie wkracza sławietne "ale". Po co tak chętnie wyszłam z nim z klubu? Mógł być każdym - złym typem, przestępcą, kimkolwiek kto siał niepokój, a nawet facetem w rodzaju "casanovy", o czym zresztą później sam mówił. A okazał się Pascalem. Trochę innym niż wcześniej Pascalem.
Akcja z moim zamieszkaniem u niego też była szalona. Może nie nigdy więcej, ale w najbliższym czasie nie przewiduję wypadów do klubów z koleżankami, a szczególnie zakrapianych alkoholem. To, że zgodził się po mnie przyjechać, było jednocześnie urocze i niedorzeczne. Przeżył też starcie z moim ojcem. Za to należą mu się gromkie brawa.
Niedługo kończę osiemnastkę, będę mogła sama decydować o miejscu swojego pobytu. Ale... (znowu) czy to wszystko nie stało się za szybko? A skoro tak - czy tak szybko się nie wypali?
Tylko po co zamartwiać się na przyszłość? Jeżeli teraźniejszość jest w porządku, to przyszłość także. Przynajmniej ta najbliższa. Dla mnie oznaczała głównie multum zaległych sprawdzianów, dla niego - montowanie płyty Amy. Dla nas - kto wie. Coś się zobaczy, zagra, napisze. Bo nie należy planować życia. To po prostu pozbawia je pewnego uroku, magii.
-Przepraszam Adilo, poniosło mnie. Wiesz zapewne, że większość licealistów jest taka sama - na to stwierdzenie skinęłam głową. - Wspomniałaś coś o trudnej sytuacji w domu i mężczyźnie w areszcie.
Zaczęłam opowiadać i tym sposobem upłynęło pozostałe czterdzieści minut. Wstałam, podziękowałam, wyszłam.
I tak jakoś lżej było. Milej. Wiedziałam, że zaraz czeka mnie spotkanie z ojcem, ale liczyłam na dobrą passę. Uśmiechnęłam się do Pascala, a ten wręczył mi kartonik.
-Makaroniki. Na jeszcze lepszy humor.
Zaśmiałam się i przytuliłam go. Będę gruba. I szczęśliwa. Okej, może być.
____
*tristesse - smutek
*Bienvenue au Paris - Witamy w Paryżu

wtorek, 12 maja 2015

11.

Oglądałem to wszystko nieprzytomnie; jednak jeszcze trochę, a serce wyskoczyłoby mi z piersi. Co ona, do cholery, wyprawia?! Czy naprawdę wszyscy stoimy na moście razem z policją? Obok mnie dopchała się cała trójka: Paul, Namina i Salem. Żadne nie zachowało zimnej krwi. Każdy coś krzyczał, wrzeszczał, błagał. Jak można było taką zachować? Zaraz Adila może zderzyć się z wodą i nie chcieć wypłynąć. Jej kroki były dla mnie niezrozumiałe i jednocześnie wprawiające w zdumienie, dlatego stałem jak ostatni ciołek. Tłum nie był zresztą lepszy. Powietrze było równie chłodne, co panujące emocje, przynajmniej wnioski wyciągając z mimiki gapiów i wielu par rąk w kieszeniach. Nie wiem, czy brakowało im wyobraźni, czy empatii. I dlaczego nadal stałem jak oni.
Jej rozpuszczone, w tym świetle czarne włosy spokojnie powiewały na wietrze. Równie dobrze mógłby to być plan zdjęciowy jakiegoś teledysku do smutnej, refleksyjnej piosenki. Jarzeniowe żarówki latarni oświetlały granatową sukienkę - brakowało tylko operatorów światła. W lewej ręce kurczowo ściskała płaszcz, choć - sądząc po temperaturze - powinna go raczej założyć. Trzęsła się - trudno określić czy z zimna, czy może też z emocji. Pewnie jedno i drugie. Dramatyzmu dodawało narastające zamieszanie. Przecież ona w każdej chwili może skoczyć. Może skoczyć... Tak po prostu? Może? Nikt tego nie zabrania?
Ucichł wiatr. W takich momentach, jeśli grasz w grę na konsoli, już wiesz, że zaraz najadą na ciebie terroryści - w tej sytuacji także oczekiwałem czegoś spektakularnego. A w sumie - nie oczekiwałem, bo stałem tam z otwartymi ustami, niczym odmóżdżony zombie, bez emocji, bez myśli. Natura milczała, jak nagle zresztą rozemocjonowany jeszcze chwilę wcześniej tłum. Jakieś ptaki przecinały niebo długim, smętnym kluczem. Sprawiały wrażenie, jakby leciały ku księżycowi. Przemknęło mi przez myśl, że Adila też lubi na niego patrzeć.
Adila.
Na moście.
Boże.
Zrobiło się zupełnie cicho, dostojnie, podniośle, mrocznie. Zupełnie jakby ktoś kliknął wielki przycisk "wycisz" i przyciemnił obraz, podkręcając tylko Księżyc, który zaświecił mocniejszym światłem. Sylwetki rzucały wydłużone cienie. Scena z teledysku czy już horroru? Ktoś zrobił znak krzyża. Zaczęły się ciche szepty. Wszystko powoli do mnie docierało - możliwe konsekwencje, przyszły przebieg wydarzeń, przyczyna mojego pobytu tutaj. Najważniejsza dla mnie osoba może się zaraz zabić, a ja wiem, że nie powinienem podejść. Emocje. Wszechmogące emocje. Bałbym się, że skoczy z wrodzonej przekory, albo rozpaczy, jako swoista obrona przed próbą powstrzymania. Dlaczego musiałem rozmyślać o takich rzeczach?
Wrzask policjanta dotarł do wszystkich, przerywając milczenie. Każdy zrozumiał prosty przekaz. Namina wtuliła się w Salema, Paul odruchowo cofnął się o krok. Wszyscy wstrzymali oddech.
-Ona skacze!
Dwa słowa, a jednak potrafią zrujnować życie. Zauważyłem, że w charakterystyczny sposób ugina nogi. Ona nie skacze idioto, ona mdleje! Mdleje na krawędzi mostu...
Wyobraźnia zaczęła działać, podsuwając mi zbyt realistyczne i okropne obrazy. Były wręcz namacalne, aż zamrugałem, by upewnić się, że nie zmieniłem miejsca pobytu. Kolejne sceny w ekspresowym tempie odtwarzały się w moim umyśle niezależnie ode mnie.
Adila w czarnym worku.
Adila w kostnicy.
Adila w trumnie.
S t o p!
Miałem gdzieś to, ile osób staranowałem. Jak wiele jęknęło z powodu obicia. Mam sekundy, jeśli nie ich ułamki. Krok. Dwa. Trzy. Jak w tańcu. Ironiczne nawiązanie do naszej niedawnej rozmowy - taniec śmierci. Popchnąłem ostatniego członka tego dziwnego zgromadzenia. Złapałem Adilę pod ramiona. Była nieprzytomna, jak zresztą przypuszczałem i zimna z powodu niezałożenia płaszcza. Głowa bezwładnie opadła jej na prawe ramię. Poza pokutna. Dziewczyno, coś ty chciała zrobić?
-Jesteś bezpieczna - szepnąłem, po czym pogłaskałem ją po włosach.
Dręczył mnie tylko powód, bo tym razem stwierdziłem, że nie jest to moja wina. Z tego co wiem, ojciec pozostawał w pewnej odległości. Znajomi ze szkoły kontaktowali się nieliczni - ale jednak ci najbardziej zaufani. Byłem w kropce, bo skończyły mi się pomysły. Musiało być to coś wielkiego, strasznego, pozornie nie do rozwiązania. Kiedy ona mogła sobie stworzyć taki problem? W głowie rodziły mi się kolejne pytania, na razie bez odpowiedzi. Niech najpierw odzyska przytomność.
-Pokłóciliście się? - zapytał Paul, jak gdyby nie widział wcale nieprzytomnej siostry.
Nawet nie odpowiedziałem. Brak było mi sił, chęci, czegokolwiek. Mogła być smutna. Mogła uciec. Ale ona chciała się zabić. Czemu mi nie mówiła? Co dokładnie się stało i przede wszystkim - przez kogo? Mistrzyni masek. Potrafi świetnie udawać, że ma się bardzo dobrze. Powinienem coś zauważyć, tak, to prawda. Tylko ile razy ona jeszcze będzie chciała zwrócić na siebie uwagę? Jaki sposób wybierze następnym razem?
-Co z Akramem? Zgłosiłeś to gdzieś? - rzuciłem do Salema, starając się ogrzać nieprzytomną niedoszłą samobójczynię.
-Nie - mruknął, dzięki czemu napotkał mój rozwścieczony wzrok - Mama nie pozwoliła.
-Jeśli złodziej nie pozwoliłby ci zgłosić kradzieży, przebolałbyś stratę? - syknąłem.
Brawa za inteligencję oraz umiejętność ochrony rodziny. To oznaczało, że będę musiał się prędzej czy później tam wybrać. Jeśli chcesz coś zrobić, najlepiej zrób to osobiście, a to była sprawa niecierpiąca zwłoki i zapewne z drugim dnem. Nowe wcielenie: detektyw Monk. A chciałem tylko nosić słuchawki i na tym zarabiać. Niesprawiedliwe. Chociaż, perspektywa przygody brzmiała kusząco. Tak, mogłem pozwolić sobie w myślach na lekką ironię, ponieważ trzymałem Adilę na rękach, uniemożliwiając jej tym samym możliwość podjęcia jakichkolwiek nieprzemyślanych, desperackich działań.
Patrzyłem na jej twarz - przed chwilą zapewne wykrzywioną w grymasie wewnętrznej rozpaczy szukającej ujścia, a teraz tak podejrzanie spokojnej. Delikatnie pomoczone łzami włosy przykleiły się do ramion. Mimo tego, bił z niej jakiś niewytłumaczalny niepokój. Straciła w końcu świadomość przed ewentualnym... samobójstwem? Zostańmy na etapie, że to do mnie nie dociera. Zbladła, a wrażenie to potęgowało zimne światło padające z obu stron. Oddychała płytko, niespokojnie. Wyglądała trochę, jakby śnił jej się koszmar. Wzbudzała litość, jak niesłusznie oskarżone dziecko. Skazane przez Los.
Adila zamrugała oczami pełnymi łez. Była zdezorientowana, nie wiedziała, co właściwie się wokół niej dzieje. Ile razy jeszcze upadniesz i nie poprosisz o pomoc? Mógłbym stwierdzić krótko: niemądra licealistka, ale... Widziała za dużo, słyszała za dużo, odczuwa zbyt wiele. Czasem wewnętrzna bitwa emocji w człowieku osiąga ten poziom, że trzeba wybuchnąć. A jeśli przed możliwym wybuchem dobije cię jeszcze parę rzeczy, mało tego - wracasz myślami do przeszłości, to... cóż, spotkamy się na moście.
Instynktownie wiedziałem, gdzie była. To był jeden z tych momentów, kiedy pozwalasz się kierować przeczuciu. Coś mnie przywiodło na ten most i nie znajdowało to żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Czasem między ludźmi jest taka niewidzialna żyłka, dzięki której mówią to samo jednocześnie, w tym samym momencie wysyłają esemesa czy właśnie wpadają na siebie w różnych miejscach. Zupełnie jakbym szedł po nici. Pokuszę się nawet o mitologiczne porównanie - to tak, jak gdyby powtarzała sposób Ariadny. Przerwała moje górnolotne rozmyślania, bo pogłaskała moje ramię.
-Dlaczego chciałaś skoczyć? - wycedziłem przez zęby, starając się opanować nadmiar emocji.
-A dlaczego nie? Jestem najsłabszym ogniwem.
-Dla kogo?
Nie potrafiła odpowiedzieć, albo coś ukrywała. Osobiście obstawiałem tę drugą opcję. Nawet policzki jej się zaczerwieniły, a był to rzadki widok. Ostrożnie dobierała słowa, nie do końca wiedziała, co właściwie chce powiedzieć. Uważała, by nie przekazać zbyt dużo. Badała niepewny teren. Pociągnęła nosem.
-Jest coś, czego mi nie powiedziałeś?
-A czego miałbym ci nie mówić? - zmarszczyłem w geście niezrozumienia brwi.
-Nie wiem... Tylko...
-Adi, coś się stało. Chciałaś się zabić, rozumiesz? Śmierć. Sześć pustych liter.
-Trzeba się uśmiechać do życia... - zaczęła, wywołując moje osłupienie. Nie rozumiałem absolutnie nic. Bredzi pod wpływem emocji? - ...ale ja chciałam zatańczyć ze śmiercią w masce niewinności. Śmierć nie osądza. Przychodzi i zabiera.
Przetarłem swoją twarz dłonią. O czym ona mówi? Naprawdę chciała ze sobą skończyć? Tak jak się spodziewałem - poleciało mi parę łez. Cholerne wizje powróciły. Jej usta wydały mi się bardziej sine. Adila, jesteś naprawdę niestabilną psychicznie istotą. Zapiszę cię do psychologa, może potrzebujesz osoby, która z tobą porozmawia, patrząc na inne aspekty. Boję się, ale ci tego nie powiem.
-Chciałaś śmierci? - ledwie przeszło mi przez gardło.
-Chciałam, żeby On wybrał - odpowiedziała bez wahania.
-Adila, zrozum, mnie też to boli. Czuję, że wszystko dzieje się pośrednio przeze mnie, a ja nie mam pojęcia, co poprawić. Jeśli jeszcze raz wywiniesz podobny numer, odejdę - wykrztusiłem. Oczywiście, że nie byłbym w stanie, ale mi też siądzie psychika, jeśli dalej tak to będzie wyglądać.
Zaczęła się trząść i szamotać. Miała nieregularny oddech. Naprawdę to powiedziałem? Czy mnie już zdrowo porąbało? Pascal psycholog - egzamin oblany. Grozić roztrzęsionej dziewczynie zerwaniem. Idioto. Ty głupi idioto. Spojrzała w moje oczy z wyrzutem. Drgała jej niekontrolowanie dolna warga. Objąłem ją mocno, chcąc naprawić swój błąd, ale znów nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać.
-Nie puszczę cię, póki nie będziesz spokojna. Jesteś pod wpływem silnych emocji, uspokój się.
-Nie pomagasz! Grozisz, że odejdziesz! Może lepiej byłoby, gdybym spadła... - spojrzała w dół, chyba uświadamiając sobie brutalny sens tych słów. Nie tylko ja mam aktywną wyobraźnię.
-Jedziemy do mnie, ochłoniesz.
-A co, jeśli nie?!
-Gdybyś spadła, pociągnęłabyś połowę mojej duszy na dno. Dusz twojego rodzeństwa. Rodziców. I nie mów, że tak nie jest. To sprawdza się w każdym przypadku. Nawet nie wiesz, ile osób docenia twoją obecność, ale Adila, żyj też przede wszystkim dla siebie. I nie rozdzielaj naszych wnętrz na ułamki - uśmiechnąłem się lekko, by dodać jej otuchy, ale nie wiedziałem, czy było to zachowanie na miejscu.
-A ty?
-A ja postaram się żyć dla ciebie.
Ostatni policjant wsiadł do radiowozu. Znów nastała cisza, tym razem pozbawiona tego okropnego napięcia. Troje rodzeństwa trzymało się z boku, bacznie nas obserwując. Ciekaw jestem, jak cała ta scena wyglądała dla osób trzecich. Osobiście chciałbym to wymazać z pamięci - ciekawe, czy w Paryżu mamy hipnotyzerów. Jeśli Google odpowie mi negatywnie, wcisnę się z Adilą do tego psychologa. Trzeba myśleć też ekonomicznie. Przymknąłem oczy i głęboko odetchnąłem. Co tu się właśnie stało? Ciekawe, czy jutrzejsze gazety będą o tym trąbić.
-Nie zamkniesz mnie w psychiatryku, prawda? - zapytała niepewnie, nadal się trzęsąc.
-Nie, ale znajdę ci psychologa, okej? Musisz też wrócić do szkoły, do ludzi. Skoro tak brakuje ci ułamków, najwyższy czas nadrabiać zaległości. Chyba, że wolisz od razu odwiedzić kogoś od wesołych tabletek psychoaktywnych, ale mam do ciebie duże zaufanie i myślę, iż na razie tego nie potrzebujesz.
Na wzmiankę o psychiatrze skrzywiła się. Branie dziwnych leków nie brzmi wesoło, ale boję się, że dostanie nakaz stawienia się w takowym gabinecie. Po co się truć podejrzanymi substancjami? Wystarczy wyprostować pewne sprawy i będzie miło, a czy z dziesięcioma, czy z żadną tabletką - to nie ma znaczenia.
-Dobrze, może to i dobry pomysł. Tylko pod jednym warunkiem.
-Nie stawiaj warunków - powiedziałem sucho. Jeszcze tego mi trzeba.
-Jednak postawię - stwierdziła, figlarnie się uśmiechając. Adila, nie zaczynaj. Ty możesz po takiej sytuacji?
-Jakiż to warunek?
-Nie zostawisz mnie - powiedziała jednym tchem, wnikliwie obserwując moją mowę ciała.
Czym zasłużyłem na twoją miłość i zaufanie? Czemu tak bardzo chcesz mojej obecności? Przytuliłem ją mocniej i pogłaskałem po plecach. To urocze, a jednocześnie trochę przerażające. Znów jest zdołowana. Westchnąłem. Skomplikowana dziewczyna. Moja dziewczyna.
-Nie zostawię - potwierdziłem, myśląc co może jeszcze wymyślić do końca nocy i czym zabezpieczyć drzwi, by nie uciekła.
-Trzymam za słowo. Ja też cię już nie zawiodę - powiedziała, a ja w myślach stwierdziłem, że łączy nas jeszcze sposób myślenia oraz wzajemne zrozumienie.

*
Rzuciłem puszkę po kolorowym, lepkim napoju do kosza. Już trzecią zresztą - nie od dziś wiadomo, że energetyki wciągają. Oczywiście zabrakło mi celności, a trzęsące się z przemęczenia ręce to marny dodatek do umiejętności. Nie mogłem zasnąć ze strachu o Adilę. Kto wie, co mogło strzelić jej do głowy. Po wczorajszych wydarzeniach spodziewałem się dosłownie wszystkiego.
Prawie zasypiałem, nawet chodząc. Wylałem wodę ze szklanki, chcąc ją podnieść. Musiałem być twardy, ale próba oszukania organizmu to syzyfowa praca, na nic zdadzą się wszelkie działania. Pozostało napocząć kolejną puszkę. Cukier to przecież energia, prawda? I te zapewnienia o kofeinie, wyciągach z guarany czy innych rzeczy z podejrzanymi nazwami krzyczące na etykietach. A może ja tylko próbuję nie zasnąć pośrodku kuchni? Na co mi supersłodki, superowocowy smak?
Psycholog umówiony na 15, dobrze, jeszcze parę godzin. Wszystko było ustalone - miała być nas cała piątka. Liczyłem na to, że rozmowa ze specjalistą coś jej da i uświadomi. Bo jeśli nie, co mogę jeszcze zrobić? Mam inne możliwości? Z tym będzie ciężko. Przemyłem wodą twarz, teraz jednak ostrożnie dobierając temperaturę. Byłem tak zmęczony, że nie zauważyłem nawet przeciskającej się obok mojego ramienia Adili. Skojarzyłem fakty, gdy usłyszałem jej głos. Oparłem się ręką o furtynę drzwi - wygodne oparcie, szczególnie gdy bardziej odpowiednia od stania byłaby drzemka.
-Dlaczego zamknąłeś drzwi na dodatkowy zamek? - zapytała jednocześnie zdziwiona i zdenerwowana. Położyłem rękę na jej ramieniu, uwalniając framugę od mojego ciężaru.
-Bałem się, że coś wymyślisz - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Powina przecież zrozumieć.
-Dzięki za zaufanie - prychnęła, ale zaraz wbiła wzrok w podłogę. - Przepraszam, naprawdę, nie mam pojęcia co we mnie wstąpiło.
-Widzisz, ty też dajesz ponieść się emocjom - powiedziałem z uśmiechem. Sytuacja się odwróciła, panienko.
-Nie wiesz do końca, co wczoraj zaszło... - zaczęła, zdobywając moje zainteresowanie, ale spojrzała na zegarek i ponownie przeszła do tematu drzwi. Stała już w kurtce. - Otworzysz? Muszę wyjść.
Posłusznie wypełniłem polecenie, dając jej na pożegnanie buziaka. Zamknąłem drzwi i zacząłem intensywnie myśleć, gdzie może chodzić taka licealistka o dziewiątej rano, z kim oraz właściwie po co. Jako że żadna konkretna okoliczność nie nasuwała mi się na myśl, szybko wyszedłem z mieszkania, biorąc tylko telefon. Liczyłem, że świeże powietrze choć trochę mnie rozbudzi.
Wsiadła do taksówki. Ja czekałem chwilę w aucie, by nie skojarzyła, że jadę za nią. Była to zwykła troska, a nie zazdrość czy cokolwiek tego rodzaju. Jeśli o to chodzi,  całkowicie jej ufałem. Bałem się jednak w tym momencie o jej bezpieczeństwo. Z kim ma się spotkać i dlaczego mi tego nie mówi? Powinienem od razu zapytać, jak bardzo jest niebezpieczny?
Przyznam, że taksówkarz znał dobrze umiejscowienie pedału gazu. Jak na prawdziwego Francuza przystało, złamał większość przepisów dyktujących jazdę po rondzie i przez przejścia dla pieszych. Obyło się bez ofiar śmiertelnych. Albo jemu, albo jej bardzo zależało na czasie. Mijaliśmy kolejne skrzyżowania w zatrważającym tempie. Nie było czasu na podziwianie zmieniającej się co chwilę panoramy.
Wysiadła w miejscu, którego naprawdę nie przewidziałem, a mianowicie - przed jej domem. Nikt z rodzeństwa nie czekał przed drzwiami. Ona, zamiast wejść do środka, przeszła na tyły. Zastanowiłem się, czy w ogóle warto wychodzić z samochodu, skoro przyjechała po prostu do swojego domu, ale coś mnie tknęło. Instynkt, przeczucie - jak zwał, tak zwał. Ważne, że odczuwałem to bardzo silnie, tak samo jak rosnący niepokój. Czyżby moja podświadomość uznała nagle ogródek za miejsce skrajnie niebezpieczne? Nie wiem, czy połknięcie środków uspokajających jest dozwolone po takiej ilości napojów energetycznych. Pożyjemy, zobaczymy.
Wysiadłem najciszej, jak się dało. Adila i tak by nie usłyszała - dawno przeszła na tyły domu. Dawno - całe pięć minut temu. Z początku nie zamierzałem się nawet skradać (poza wyjściem z auta w stylu nieuchwytnego ninja), ale zobaczyłem drugą postać. Przykucnąłem zatem i szedłem dalej, tyle że za krzakami. Usłyszałem męski głos, który zupełnie nie przypominał barwy jej ojca. Postanowiłem wyjrzeć - ryzyko zostania zauważonym było niskie.
Stał tam dość potężny mężczyzna, na oko czterdziestoparoletni. Czarny, błyszczący, pewnie niesamowicie drogi garnitur opinał mu ramiona. Musiał mieć bardzo dobrze płatną pracę. Z postawy wywnioskowałem, że to dość nadęty bufon. Dlaczego więc tam stoi? Nosił okulary przeciwsłoneczne, pomimo braku konieczności. Podejrzany facet. Stał zdecydowanie za blisko Adili. Rozmawiali w dość nieprzyjemnym tonie, ale stałem za daleko, by rozumieć słowa. Wyciągnąłem telefon i - tym razem już dyskretnie - przeszedłem bliżej nich.
Na parę sekund zdjął okulary. Miał chłodne, pozbawione emocji spojrzenie, jak gdyby coś go zniszczyło. Szukał zemsty, to pewne. Jeśli nawet ja widzę takie rzeczy, jego zachowanie musiało być wyjątkowo wymowne. Szybko włączyłem funkcję aparatu i zrobiłem zdjęcie. Dzięki Bogu, dźwięki systemu były wyłączone. Adilę widziałem trochę gorzej, bo w tym położeniu stała do mnie tyłem. Zsiniały jej dłonie - chyba nie do końca miała nad nimi kontrolę, bo zauważalnie drżały.
Takie typy jak ten zawsze grają w filmach czarne charaktery, a życie bywa podobne. Co zmusiło ją do tego, by tu przyjść? Szczególnie po wczorajszych wydarzeniach. Nie odpowiadała mi ta sytuacja. Intensywność rozmowy przybierała na sile. Podejrzany typ prawie krzyczał. Oj, gościu, nie ryzykuj.
-Pan Davignon?! - powiedziała podniesionym głosem, wyraźnie wystraszona. Znane nazwisko, ale nie z półświatka.
-A kogo się panienka spodziewała? Wczoraj chyba ci adrenalina skoczyła, nieprawdaż? - naigrywał się. Bezczelny.
-Na pewno nie pana... Czemu? - łamał się jej głos.
-Pieniążki kochanie, pieniążki. Mamona, hajs, zielone, sałata, niepotrzebne skreślić. Jesteście mi winni sporą sumkę.
-Nie jest pan przecież szczególnie biedny.
-Dzięki wam nie jestem też szczególnie bogaty. Sto tysięcy, moja droga. Okrągłe sto. A ty, jak już wiesz, jesteś najsłabszym ogniwem. Mało tego, dostałem od pewnej osoby cztery tysiące ekstra za pogrążenie ciebie.
Najsłabszym ogniwem? Więc o tego idiotę chodziło. Prawie doprowadził do jej śmierci, wymyśla sobie niebotyczne długi i jeszcze grozi. Boże, widzisz i nie grzmisz. Jak tacy ludzie mogą jeszcze szczęśliwie, dostatnio żyć. Fakt, życie jest niesprawiedliwe, ale żeby aż tak? Tak smutne, że aż śmieszne. Chciałoby się prychnąć i rzeczywiście wejść na jakiś most.
-Za co aż sto tysięcy? - zapytała, nieudolnie próbując powstrzymać płacz.
-Połowę pożyczyłem twojemu ojcu, jego możesz dopytać, jeśli oczywiście się nie boisz - zadrwił. Doskonale znał jej czułe punkty. Kim on jest?! - A drugie pięćdziesiąt poszło na leczenie twojego dziadka. Byłoby więcej, ale twoi rodzice powiedzieli, że nie mogą zapłacić.
-Jak to więcej - powiedziała tonem niewskazującym na pytanie.
-Tak to, moja droga. Oni zakończyli obietnice o wynagrodzeniu, ja zaś leczenie.
Przesunąłem się, by widzieć chociaż jej profil. Zacisnęła dłonie w pieści. Wzięła głęboki oddech. Jej twarz przybrała wściekły grymas. Ze świstem wciągnęła powietrze, cała się trzęsąc.
-Zabiłeś go?! - ryknęła. Davignon aż cofnął się o krok, ale nie odpowiedział. W - tak myślę - przypływie furii i adrenaliny chwyciła go za marynarkę.
-Powiedz to, śmieciu! Zabiłeś go?!
Uśmiechnął się psychopatycznie. To był ostatni moment, żeby się wycofała. Stała jednak niewzruszona. Puściła marynarkę. Wytrzeszczała oczy ze strachu, zapewne nieświadomie. Trzęsła się bardziej niż wcześniej. Zbladła.
-Tak. Żyłby, gdybyście umieli wywiązywać się z obietnic. Ty za to już niedługo - powiedział niewzruszony. - Jeśli nie fizycznie, to wykończę cię psychicznie.
Trzasnęła go w twarz. Dopiero po chwili pojęła, co zrobiła i odsunęła się trochę więcej niż parę metrów. Chciała uciec, widziałem to w jej oczach. Kiedy się odwróciła, złapał ją za włosy. Podbiegłem bliżej, by móc w razie czego zareagować. Robiłem kolejne zdjęcia. Stwierdziłem, że warto będzie włączyć nagrywanie - policja lubi takie rzeczy.
-Dobrze, chciałem psychicznie. Wybrałaś jednak drugą opcję - powiedział i wyjął nóż. Chciałem go powstrzymać, ale byłem bez broni. Wiedziałem, że jej nie zabije. A może byłem tchórzem? Wolę mieć wytłumaczenie. Obrócił ją przodem do siebie. Miała twarz zalaną łzami.
Tego widoku nie wytrzymałem. Wybiegłem z krzaków i stanąłem za nim. Zdążył jednak zrobić płytkie, acz długie cięcie na linii obojczyków. Wiedziałem, że to moja wina. Trzasnąłem mu z pięści w głowę.
-Jeśli chcesz, to spieprzaj. I tak cię znajdą - wysyczałem do niego. Może to głupie, ale wolałem, żeby uciekł. Wtedy mógłbym się w spokoju zająć Adilą.
Uciekał w szybkim tempie, ale mam zdjęcia, nagranie, a nawet znamy jego tożsamość. Krew sączyła się z jednak nie tak płytkiej rany. Od razu było widać, że będzie potrzebne szycie. Tylnymi drzwiami wyszedł Salem i podbiegł do nas.
Głaskałem Adilę po włosach, a ona płakała. Po prostu płakała. Wątpię czy była świadoma tego, że została ranna. W takich chwilach nie czuje się bólu.
-Zabił go, zabił - szeptała drżącym głosem. Wtuliłem się w nią, plamiąc koszulkę.
-Zawieź ją do szpitala - powiedziałem Salemowi. Nie trzeba było mu powtarzać. Od razu wziął ją na ręce i zaczął zmierzać do auta.
-Zabił go, zabił...
-Adila, spokojnie, będzie dobrze - powiedział. - To tylko niegroźne nacięcie.
Spojrzała w dół i zobaczyła ranę. Odwróciła głowę. Coś innego zaprzątało teraz jej myśli.
-Zabił go, zabił...
-Porozmawiam z twoim ojcem, Adila - rzuciłem.
-On mnie nie kocha. Mówił to wczoraj przez telefon. Takich jak ja są tysiące - powiedziała z zaciśniętymi powiekami. Zapewne adrenalina zaczęła spadać. - Davignon go zabił, zabił... - znów powtórzyła.
-Daj znać, jak wygląda sprawa - poprosiłem Salema i skierowałem kroki ku drzwiom ich domu. Czas zmierzyć się z Akramem. Wątpię, by jej nie kochał, ale trzeba tę pomyłkę wyjaśnić. Kolejny czynnik, który zawiódł ją na krawędź mostu? Zapewne tak.
Teraz ja też się bałem. Czułem jakiś respekt przed tym człowiekiem. Nie wiedziałem, jak się zachowa i czy nie wyładuje później swojej frustracji na żonie. Znów stanąłem przed drzwiami tego dziwnego domu.
Zdecydowanie zapukałem w masywne, dębowe drzwi. Nie byłem pewien, co właściwie mam robić i jakie skutki przyniesie moje działanie, ale odczuwałem taką wewnętrzną potrzebę. Ta była na tyle silna, bym stał we właśnie tym miejscu. Z początku było okej - może dlatego, że nikt nie otwierał. Akurat kiedy miałem elegancko się odwrócić i wrócić do auta, usłyszałem dźwięk przekręcanego zamka. Uświadomiłem sobie, że swoista ucieczka nie byłaby dobrym wyjściem - miałem porozmawiać o Adili. Rzecz w tym, że z jej ojcem.
Właśnie gwiazdor wieczoru - a sądząc po porze dnia, poranka - otworzył mi drzwi. Patrzył na mnie trochę zmęczonym wzrokiem. Faktycznie, nie mamy weekendu, Pascal, brawo. Inni ludzie chodzą do normalnej pracy, geniuszu. A jednak Akram miał jakimś dziwnym trafem dziś wolne. Zmierzył mnie bez słowa wzrokiem od góry do dołu i skrzywił się. Z początku nie skojarzyłem o co może chodzić, ale przypomniałem sobie o koszulce ze śladami krwi. No, zdarza się. Sam wyglądał nienagannie, zgodnie z korporacyjnym dress codem, pomimo dnia wolnego. Takim ludziom w żyłach płyną dane podatkowe. Ten osobnik jednak miał - wnioskując po minie - plany, żeby odespać zarwane zapewne nad papierkową robotą noce. Przez gościa w przebraniu masarza mu to nie wyszło. Pech.
-Czego chcesz? - zapytał, choć w nie tak zirytowanym tonie, jakiego oczekiwałem.
-Przyszedłem porozmawiać - stwierdziłem, wywołując kpiący uśmiech na jego twarzy. - O Adili. - Tu już spoważniał.
-Wejdź - stwierdził zrezygnowany, więc wypełniłem polecenie. Dopiero teraz pojąłem, że nie jest on do końca zmęczony. Raczej... zmartwiony? - Co z nią?
Spojrzałem na poplamioną koszulkę. Przypomniałem sobie wczorajszą wieczorną sytuację. Oczami wyobraźni dokładnie widziałem jej często występujące łzy. Tajemniczość, momentami niepokojącą. Wiersze, w jakiejś mierze dotyczące właśnie Akrama. I ten dialog sprzed chwili - "On mnie nie kocha".
-Dużo, niekoniecznie dobrego - powiedziałem i zaobserwowałem jego smutne spojrzenie.
Przeszedł do salonu i usiadł na fotelu. Uczyniłem to samo, tyle że naprzeciwko. Oparł łokcie o kolana oraz podparł twarz, wyraźnie nad czymś rozmyślając. Odchrzkąnłem, by jakoś zacząć go uświadamiać, ale on pierwszy zadał pytanie.
-Gdzie teraz jest?
-W szpitalu z Salemem - odpowiedziałem, wywołując zmianę zmartwienia na przerażenie.
-W szpitalu? Ale po co? - kiwał z niedowierzaniem głową.
-Na szycie rany - stwierdziłem krótko, by potem rozwinąć wątek.
-Ciętej? - tym razem zostałem obdarzony wzrokiem złowrogim.
-I to zadanej nożem - widząc jego ćwiartujące mnie spojrzenie, dodałem - przez gościa o nazwisku Davignon. Mówi to coś panu? Ponoć jest lekarzem - od kiedy nazywałem go "panem"?
-Tak, leczył mojego ojca... Cholera jasna, jestem mu winien pieniądze. Mówił coś o tym?
-Wspomniał o stu tysiącach, ale ja bym się najpierw zajął tym, żeby wsadzić go do więzienia. Groził Adili śmiercią.
-Mogę mu teraz co najwyżej dać jakąś mniejszą kwotę. Boże, sto tysięcy, mógł przyjść, a nie terroryzuje mi rodzinę... - Zaśmiałem się na ironię użycia tych słów. - Ale oni go przecież nie wsadzą tylko za groźby.
Przełknąłem ciężko ślinę. Od początku wiedziałem, że ta rozmowa nie będzie łatwa, ale jak przekazać komukolwiek taką informację? Do tego będę musiał wymóc na nim jakieś wizyty w poradni czy nawet leczenie psychiatryczne. I niby ja nie panuję nad emocjami?
-Nie tylko za groźby. Do zakończenia leczenia przy ciężkiej chorobie jest potrzebny podpis świadczący o tym, że to życzenie rodziny... - zacząłem, ale nie mogłem wydobyć z gardła więcej słów. Nie wiem co ja bym zrobił, gdybym dowiedział się, że lekarz materialista zabił mi ojca i próbował córkę.
-Czy ty coś sugerujesz? - spojrzał na mnie, oczekując zapewne, że zaprzeczę. Prawda była niestety naprawdę okrutna.
-Podrobił ten podpis, ze względu na niepokrywanie kosztów terapii. Zabił panu ojca - ostatnie słowa wybrzmiały rozpaczliwie, cicho. Musiałem wziąć głęboki wdech. On zaś ukrył twarz w dłoniach.
-A ją zranił nożem? Czego, do cholery, ten psychopata chce?!
-Mówił, że tylko pieniędzy, ale ja bym najpierw poszedł to zgłosić. I... pana stosunki z Adilą chyba nie są najlepsze. Mówiła, że pan jej nie kocha. Ponoć powiedział to wczoraj pan przez telefon.
Zdziwił się dość mocno, momentalnie zmarszczył brwi. Podniósł głowę i zaczął wnikliwie obserwować gładką powierzchnię sufitu, usilnie próbując sobie coś takiego przypomnieć. Zaśmiał się pod nosem.
-Ona to ma interpretacje. Musiała usłyszeć, jak na mieście rozmawiałem ze współpracownikiem. Krążyły niedorzeczne plotki, że zakochałem się w nowej sekretarce szefa i dlatego odeszła z pracy po tygodniu. Stwierdziłem, że takich jak ona są tysiące, więc łatwo będzie ją zastąpić.
Naprawdę? Tak wygląda ta układanka? Sieć utkana gęsto z fatalnych zbiegów okoliczności, niedopowiedzeń i nieprzemyślanych ludzkich zachowań? Pozostawała jeszcze sprawa przyszłego więźnia, ale Akram usilnie tego tematu unikał. Dowiedział się przecież, że mógłby mieć jeszcze ojca. Wszystkie te przyczyny złożyły się na sytuację, która spędzała mi sen z powiek, a której mój rozmówca zdecydowanie nie był świadomy.
-Na pana miejscu nie śmiałbym się - spoważniałem, jeśli w ogóle było to możliwe. Znów zmarszczył brwi, ewidentnie zaskoczony moją wypowiedzią. - Wczoraj chciała skoczyć z mostu.
Zamrugał, po czym wytrzeszczył oczy. Zatkało go, tak samo jak mnie, kiedy ją wtedy zobaczyłem. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale usłyszałem tylko cichy świst. Nie mógł mówić normalnym tonem. Chyba wreszcie ścisnęło go serce i gdy zobaczył, jak wygląda życie bez córki, zrozumiał, że naprawdę mógł ją stracić. Zaufanie zresztą już do końca zaprzepaścił. Mała, samotna kropla spłynęła mu po policzku. Zaczynałem dostrzegać jego lepszą stronę i powoli wymazywać z pamięci nasze pierwsze spotkanie. Ciągnąłem dalej.
-Powinien też pójść pan na terapię. Samokontrola to ważna rzecz. Może nawet wyjechać do jakiegoś ośrodka...
-Ale co ja robię nie tak? - zapytał, czym stworzył wrażenie kompletnego imbecyla.
-Normalnie nie rzuca się żoną o ścianę. Wszelkie siniaki i opuchlizny też wypadają słabo. Adila się pana zwyczajnie boi - sądzę zresztą, że nie tylko ona.
-Myślisz, że mi wybaczy?
-Nie do końca, ale na pana miejscu zacząłbym od Inai. Cud, że jeszcze nie poszła na policję. Polecam zacząć od zwykłego "przepraszam", a potem jakoś pójdzie.
-Dobrze - stwierdził zamyślony - przeproszę, pójdę do terapeuty, zgłoszę jeszcze dziś Davignona. Ale... Pascal?
-Tak? - zapytałem zaciekawiony i zdziwiony, że pamięta moje imię.
-Przyprowadziłbyś ją dziś tutaj? Chciałbym z nią porozmawiać. Spokojnie. Jak ojciec z córką. Jej też przecież należą się przeprosiny. - W zaistniałej sytuacji stwierdziłem, że wiersze przemilczę.
-Jasne, przyda wam się to.
-I... jeszcze jedno. - Odwróciłem głowę, ponieważ już stałem przy drzwiach. - Dziękuję. Otworzyłeś mi oczy.
-Proszę. Powodzenia w załatwianiu tego wszystkiego - rzuciłem i zamknąłem za sobą drzwi.
Ufff, było ciężko. Siedząc już w aucie sprawdziłem telefon. Dwie wiadomości, no ładnie. Ale wam się ludzie na pisanie zebrało.
Pierwszy był od Salema, czego mogłem się spodziewać.

"Zdezynfekowali, zszyli, stwierdzili, że jest ok. Zawieźć ją do ciebie?"

Szybko stukałem w klawisze, by wystosować odpowiedź. Że też musiałem jechać do studia. Lepsze to niż praca według ścisłego grafiku, ale zawsze przeszkadza.

"To dobrze, cieszę się. Tak, zawieź, ma klucze."

Pozostał mi jeszcze drugi esemes. Na przeczytanie nadawcy zareagowałem histerycznym uśmiechem. Mama? Serio?

"Wpadnę dziś do ciebie o 11."

Żeś się kobieto rozpisała. Cholera, ale tak w porze obiadowej? Nie szanuję tej sławietnej godzinnej przerwy na posiłek,
lecz ona zwykle tak. Wiedziała, że nie zastanie mnie samego, a ja miałem dziwne wrażenie, że nie przypadną sobie z Adilą do gustu. Jeszcze gorsze było to, że będzie z nią sama. Nie ma szans, muszę dziś skończyć nagrania do albumu Amy, bo Karim znów zawiódł.

"Okej, jak chcesz, ale w domu będzie tylko Adila." - odpisałem, choć wiedziałem, że to ją co najwyżej zachęci. Teraz pozostała jeszcze wiadomość do biednej pokrzywdzonej.

"Uważaj, bo pewnie wpadnie moja mama. Muszę jechać do studia, ale postaram się wrócić z odsieczą jak najszybciej."

Wysłano. Dawno tyle nie pisałem. Całe zamieszanie przez kaprys pewnej kobiety. Wystarczyło powiedzieć "przedstaw mi swoją dziewczynę", proszę bardzo, przedstawiłbym. Do teraz po prostu nie było okazji. Cóż, Adila na pewno będzie zadowolona, że pokaże się z pokaźnym zasobem szwów. Przeciągle nacisnąłem klakson. Jedźcie, narodowe ślimaki. Też chciałbym jechać dłużej niż dwadzieścia sekund prędkością powyżej 40km/h. Paryżu, piękny jesteś, nie ma co.
Rondo.
Boże, oszczędź.




poniedziałek, 4 maja 2015

10.

Chłodny, gwałtowny podmuch wiatru zmroził moją zalaną łzami twarz. Patrzyłam nieprzytomnie przed siebie, nie wiedząc do końca, na czym skupić wzrok i czy w ogóle go skupiać. Sens? Jaki sens? To nie ma sensu. Niedorzeczność. Kręciło mi się w głowie, nie łykałam przecież tabletek - a pewnie lepiej byłoby, gdybym połknęła ich o wiele za dużo. Znów zwiesiłam głowę - standardowa postawa tchórza uciekającego przed życiem. Niegodnego radości. Miłości.
Dygotałam z przeszywającego zimna oraz strachu, który mnie wypełniał. To było zresztą zrozumiałe. Jeszcze chwila, jeszcze tylko moment, parę najgorszych minut, a może nawet sekund twojego życia i będzie po wszystkim. Absolutnie wszystkim. Tak po prostu. Chciało mi się wyć, wymiotować, leżeć, krzyczeć i tupać jednocześnie - zamiast tego cicho westchnęłam. Jak mnie zapamiętają? Czy żyłam wystarczająco dobrze, by zasłużyć na coś więcej? Jestem godna? Pochyliłam się do przodu i zobaczyłam swoje odbicie w tafli. Lustro wody mąciły tylko moje spadające co chwila łzy. Gorzkie. Puste. Ostatnie...
-Schodź stamtąd natychmiast! Adila! Ty idiotko! Adila!
Głuchy krzyk uleciał w przestrzeń, nie mając o co się odbić. Zacisnęłam pięści i przygryzłam wargę. Bądź odważna, dziewczyno, dzielna choć ten jeden raz. Sparaliżowało mnie, nie mogłam się ruszyć. Nie chciałam się ruszyć. Słyszałam narastające za mną zamieszanie. Cyk aparatu. Uprzejmość ludzka naprawdę nie zna granic - zostawcie mnie choć teraz. Pozwólcie być uczciwie samotnym, spojrzeć wgłąb siebie, zrozumieć. Zostało tak niewiele czasu. A księżyc niestrudzenie świecił, dzięki czemu byłam teraz spowita jasnym, srebrzystym blaskiem. Zapamiętaj swoje dziecko. Choć ty jeden.
Mama. Ciekawe co pomyśli i od kogo się dowie. Pozbieranie może jej zająć trochę czasu, ale ma przecież jeszcze trójkę dzieci - któreś ją pocieszy. Będzie musiała żyć dalej. Przeżyłyśmy razem wiele pięknych chwil - główne te z wczesnego dzieciństwa. W głowie rozbrzmiewał mi śmiech, dziecięce tupanie, beztroski uśmiech. Wszyscy przyjaciele z przedszkola, miła wychowawczyni, śmieszne, hawajskie występy. Śpiew. Już wtedy śpiew. Szkoła. Cierpliwe znoszenie afer o nic, pocieszanie, motywowanie do nauki oraz lepszych ocen. Była ze mną w tych najgorszych i najlepszych momentach - a ja? Jak zwykle w tych dramatycznych chwilach musiałam zawieść, stchórzyć. To samo robię zresztą teraz - zwyczajnie tchórzę. Mamo, nie tak mnie wychowywałaś, wiem. Powinnam być innym człowiekiem, tego chciałaś, tego oczekiwałaś. Charakteru nie da się jednak do końca wyrzeźbić pod swoje upodobania. Ideały też mają wady i ciemniejsze strony osobowości. Każdy kiedyś zawinił, każdy obraził. Nikt nie może rzucić kamieniem. Przepraszam, mamo. Przepraszam.
Tata. Mój tata. Kierowca, autorytet, nauczyciel i przyjaciel w jednym - przynajmniej kiedyś. Na falach życia ludzie często spotykają przeszkody wydające się nie do pokonania - wtedy następują zmiany. Często gruntowne, pochopne, niewłaściwe. Pod wpływem chwili można zrobić wiele rzeczy, na przykład stać tu, gdzie ja teraz. Może i mnie nie kochasz, tato. Może nikt nie uczył cię, jak w ogóle kochać. Skąd mam to wiedzieć? Twoim obowiązkiem było nauczyć mnie tych rzeczy, a ty zawaliłeś. Po paru latach zacząłeś zawalać. Wszystko - rodzinę, miłość, uśmiech. Zawaliłeś test na osobowość - stałeś się szarym, zirytowanym przez wszystko osobnikiem gatunku ludzkiego. Suniesz z kamienną, jakby już martwą twarzą bez emocji po ulicach, nie wnikając w sytuacje, momenty, uczucia innych. Życzę ci powodzenia, tato. Naprawdę, bo nic innego mi nie pozostało. Odnajdź ten uśmiech, tę radość, empatię. Znajdź wreszcie wewnętrzną miłość, nie tylko do żony i dzieci, ale także świata. Stań się szczęśliwy, tato. Proszę.
Pascal. Stał za mną i dobrze to wiedziałam. Krzyczał przecież rozpaczliwie, ale nie odważył się podejść. Byłam już martwym, kamiennym posągiem ponad tłumem gapiów i nim. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jak teraz wygląda. Kiedy jakiś kwadrans temu rzuciłam okiem, był sparaliżowany jak ja. Równie zagubiony. Niemiło się tak czuć, prawda? Wiedział, że jeśli on się zbliży, ja zrobię to samo w stosunku do krawędzi. Nie każdy by to pojął bez słów. Możesz być z kim chcesz, kochany. Tobie też powinnam podziękować za wspaniałe momenty, próby zrozumienia, pocieszanie i częściowe wniknięcie w moją osobowość. A to wszystko tak szybko, wręcz od razu. Byłeś mi pisany, byłeś mi potrzebny. Po co używam czasu przeszłego? Jesteś. Jesteś i zawsze będziesz. Kocham cię, Pascal. Teraz ty musisz pamiętać.
W głowie mieszały mi się głosy, obrazy, wspomnienia, melodie. Wrażenia wzrokowe odbierałam na znacznie ograniczonym poziomie - zlewające się plamy barwne, piękne, fakt, acz nienaturalne i trochę frustrujące. Białą był księżyc, drugą białą - jego odbicie, małymi kołami tej samej barwy były zaś świecące o tej porze latarnie. Poza tym zlewające się odcienie granatu i czerń. Szum rozmów, który wydobywał się zza mnie. Zostawiam to. Słyszycie? Zostawiam! Zło, choroby, bóle, udręki... Nie będę nikomu wchodzić w drogę, bierzcie co i kogo chcecie. Usłyszałam głosy Paula, Salema i Naminy. Próbowali chyba uświadomić mi to, co parę chwil wcześniej Pascal. Nie byłam w stanie słuchać czy myśleć. Ostatnie bezmyślne sekundy.
Krok do przodu. Pochyliłam się, stając twarzą w twarz z ostatecznym bólem.
Nie mogłam tego zrobić. Po prostu nie mogłam. Zacisnęłam mocno powieki.
"Dalej, dziewczyno, pośpiesz się. Wieczny spokój czeka"
Zmarszczyłam brwi i westchnęłam ciężko. Jeszcze raz. I jeszcze.
-Ona skacze! - krzyknął jeden z mundurowych.
Do przodu. Spokojnie. Już na ciebie czekają.
Stojąc na krawędzi mostu, zemdlałam.

*
dzień wcześniej

Wyszłam ze studia sama, bo Pascal musiał posklejać melodię w całość, ja zaś - się przewietrzyć. Potrzebowałam kofeiny i to nie tej z tabletek przeciwbólowych. Oczami wyobraźni już widziałam tę parującą w białej filiżance kawę, może też jakieś ciastko. Trzeba będzie jakoś spalić te kalorie, ale o tym na razie nie myślałam, bo po co zaprzątać sobie głowę takimi błahymi sprawami. Świat wydawał się milszy, ptaki ćwierkały, a drzewa rzucały na chodnik przyjemny cień. Czas deszczu najwyraźniej dobiegł końca. Pięknie, po prostu pięknie. Jakiś biedniejszy przechodzień odbierał w kawiarni "zawieszoną" kawę - swoją drogą, to bardzo dobry pomysł. Podczas mojej wędrówki, cóż, dość krótkiej, często proponowano mi "zawieszone" posiłki. Niektórzy, gdy dowiedzieli się, że normalnie rozmawiałam z bezdomnymi, komentowali to w dość nieprzyjemny sposób - a to przecież też ludzie, tylko ludzie.
Pomimo kołyszących się liści drzew nie czułam zupełnie wiatru. Grzywka trzymała się na swoim miejscu, a to najlepsze, co mogło mnie spotkać. Nie ma nic gorszego niż iść pod wiatr i co chwila poprawiać włosy. Mogłam spokojnie oddychać paryskim, zanieczyszczonym powietrzem. Była w tym jednak jakaś magia, nutka romantyzmu. Na ulicach mieszały się narodowości, osobowości, pokolenia. Zachwycająca różnorodność Paryża.
Szłam szybkim tempem, wyjątkowo bez słuchawek. Czasem trzeba odpocząć i posłuchać tych dźwięków, które rozbrzmiewają wokół. Może nie mają dobrych basów, chwytliwego beatu czy melodyjnego wokalu, ale coś w nich jest. Strzępki rozmów, śmiechy, szum, klaksony kierowców, co jakiś czas rzucane "Pardon!". Uśmiechnęłam się pod nosem, lecz średnio pasowało to do mojego wizerunku. Dłonie miałam wciśnięte w kieszenie granatowego, grubego płaszcza, głowę lekko zwieszoną, w sumie nawet nieświadomie. Szłam wyprostowana tylko wtedy, gdy przypominałam sobie o konieczności prawidłowej postawy. Skórzane, czarne baleriny rytmicznie stukały o wyremontowany niedawno chodnik.
Bałam się czegoś. Niezależnie, podświadomie. Nie umiałam wyjaśnić ani czego, ani czemu - po prostu narastał we mnie niewytłumaczalny strach. Coś przeczuwałam - to było pewne. Przed przejściem dla pieszych czekałam wyjątkowo dwa razy dłużej, a i tak prawie wpadłam pod samochód, który zatrzymał się dopiero będąc w połowie pasów. Odruchowo odskoczyłam w bok - jeżeli przechodzisz przez jezdnię w Paryżu, musisz mieć refleks lepszy niż do gier wideo. Zagubiony kierowca o dziwo okazał się kulturalny. Krzyknął "pardon!", trochę niczym mantrę. Takie sytuacje nie są niczym niezwykłym - każdy paryżanin może opowiadać anegdotki, jak to ledwo uszedł z życiem podczas tak prozaicznej czynności, jaką jest kroczenie na zielonym świetle po "zebrze".
Po tych "chwilach grozy" bezpiecznie dowlokłam się do najbliższej kawiarni. Przełożyłam włosy na jedną stronę i weszłam do przyjemnie ciepłego pomieszczenia. Usiadłam przy jednym ze stolików stojących obok ściany z cegieł pomalowanych na biało. Reszta była w kolorze gorzkiej czekolady, którą pił teraz po drugiej stronie sali jakiś student skrzętnie piszący coś na laptopie. Do tego oprawione w ramki zdjęcia Paryża - stare, czasem zrobione nocą. Klimat był, przyznaję. Z głośników cicho płynęła jakaś muzyka klasyczna. Ciemnobrązowe krzesło okazało się nadzwyczaj wygodne. Po chwili podeszła kelnerka, ubrana w spódnicę za kolana, koszulę i staromodny fartuszek. Niezły lokal. Wolę testować takie miejsca niż kluby, zdecydowanie.
-Co podać? Dziś polecamy duże espresso, tylko 3 euro.
-Dobrze, niech będzie, dziękuję.
Tu płaciło się od razu, bo zanotowano parę przypadków ucieczki nieuczciwych klientów, więc nie chcąc wyciągać karty, szybko przeszukałam kieszenie płaszcza i pieniądze podałam kelnerce. Pięć euro, czyli napiwek w wysokości prawie połowy. No, Adila, hojny dzień. Teraz należało tylko cierpliwie czekać. Stukałam cicho palcami o stolik w rytm muzyki. W myślach układałam opis tulipana stojącego przede mną w podłużnym, szklanym wazonie. Czerwony, można by powiedzieć karminowy, o soczyście żółtych końcówkach płatków...
Moje pseudoliterackie rozmyślania przerwał dźwięk otwieranych drzwi i podmuch wiatru, który wpadł do pomieszczenia. Czyli jednak wietrznie. Tu było jednak ciepło, więc ostatecznie zdjęłam płaszcz. Odwróciłam głowę ku wejściu, by zbadać wzrokiem nowego gościa kawiarni. Była nim dziewczyna w moim wieku. Zdjęła skórzaną kurtkę i spojrzała na mnie. Ja siedziałam zahipnotyzowana, ona stała wryta.
Długie, proste, jasne włosy opadały jej na ramiona. Nawet z daleka widziałam zieleń jej oczu. Podejrzanie jasna cera. Była bardzo chuda, tak jak kiedyś. Prosta grzywka prawie zasłaniała jej brwi. Zaśmiała się pod nosem. Ten sam śmiech. Ona się nie zmieni, na pewno. Pomachała do mnie, ja zaś wskazałam ręką, by się dosiadła. Wiedziałam, że zaraz nadejdzie ten moment, kiedy makijaż mi się rozmaże, a chusteczka będzie potrzebna. Akurat kelnerka przyniosła moją kawę i zapytała się o zamówienie przybyszki.
-To samo - wydukała ze śmiechem.
Usiadła już trochę mniej pewnie. Oczywiście, że się poznałyśmy. To ja przecież się nie zmieniam, a ją było łatwo rozpoznać. Mogłam lepiej obejrzeć jej twarz - charakterystyczny pieprzyk obok oka. Zaczęłam się śmiać. Serio? To było absurdalne i zarazem genialne zrządzenie losu. Złapała moje ręce. Żadna z nas nie wypowiedziała ani słowa, ale obie wiedziałyśmy, że dużo przed nami. Odbudowywania straconych lat. Spotkań. Śmiechu.
-Cześć, Marie - powiedziałam, uśmiechając się zapewne tak szeroko jak Joker do ofiar.
-Adila... nie spodziewałam się, że cię spotkam - obie jeszcze byłyśmy w szoku. - Co tu robisz?
-Siedzę. Wpadłam ze studia, nie chciałam przeszkadzać w pracy. A ty? Jak to możliwe, że przez tyle lat się nie widziałyśmy?
-Ze studia? - ta część zdania chyba zainteresowała ją najbardziej. - Ja w sumie szłam od rodziców, ale coś kazało mi tu wejść. To dziwne, że się nie spotkałyśmy. Najpierw jakaś siła nas od siebie odpycha, a potem łączy. Nie sądzisz, że to anormalne?
-Nietypowe na pewno. Jak wasze relacje z rodzicami? Poprawiły się?
-Tak, tak, jest o wiele lepiej. Mama dostała dobrą pracę, fakt, w efekcie starych znajomości, ale to pozwoliło nam stanąć na nogi. A u ciebie? Jak znam życie, tak samo dobrze. I nadal nie odpowiedziałaś, o co chodzi ze studiem - spojrzała na mnie podejrzliwie i uśmiechnęła się lekko. Wypuściłam ze świstem powietrze.
-W żadnym wypadku nie jest tak samo dobrze - zaśmiałam się nerwowo. - Mam nadzieję, że mogę ci ufać. Problemy w domu i to dość potężne. Jako że tylko ja już mieszkam z rodzicami, rodzeństwo nie do końca rozumie. A co do studia - mój chłopak jest producentem i to u niego teraz mieszkam - ostatnie słowa wypowiedziałam ciszej, z wahaniem. Marie to Marie - takie osoby się nie zmieniają... tak sądzę. Obym miała rację.
-Adila, matko, przecież byłaś z nimi taka zżyta... Nie będę cię zmuszać, byś opowiadała wszystko ze szczegółami, bo to pewnie bolesne, ale to coś poważnego, tak? Uciec od rodziców to odważna decyzja, tym bardziej do chłopaka.
-Lepiej tak, niż uciekać przed wszystkimi - mruknęłam, dając do zrozumienia, że nie mam nastroju na jakiekolwiek kazanie. Marie zmarszczyła brwi.
-Wszystkimi? Adi, co ty za głupstwo zrobiłaś?
-Uciekłam.
-Po prostu uciekłaś?
-Tak, ale spanie na stacji metra to nienajlepsze doświadczenie życiowe.
Pogłaskała mnie po ramieniu. Była wyraźnie w szoku - kiedyś to przecież ona miała problemy, a ja kochającą się rodzinę, wcale nie taką biedną zresztą. Teraz żyłam w strachu przed ojcem, zadręczałam się o mamę, podejmowałam starania jako takiego życia z Pascalem - ale było to trudne, naprawdę. Ponoć dzieciom rozwodników trudniej dobierać się w pary, bo mają spaczony wzór miłości. Moi rodzice byli nadal razem, ale ja nie widziałam sensu tego ciągnąć. Podświadomy strach przed mężczyznami wykształcił mi się dość dobrze, a po dwóch awanturach ze strony mojego wybranka zaczął być widoczny. Chciałam ufać, ale nie potrafiłam do końca. Kochałam, ale z akompaniamentem strachu. Radości tłamszonej często smutkiem. Marie obserwowała tylko moją zamyśloną twarz, doskonale wiedziała, kiedy się odzywać.
-Ja się sama zadręczam - stwierdziłam i rozpoczęłam misję "spływający makijaż". Upiłam trochę kawy, była jeszcze w miarę gorąca. Dobrze, nie stygnie tak szybko.
-Jeśli tak, to przecież musisz mieć powód. Widać, że jesteś rozsądna. Zawsze byłaś. Wina na pewno nie leży tylko po twojej stronie.
-Ja jej nie pomogłam, a jeśli on jeszcze raz tak postąpi... - szybko oddychałam, a Marie i tak nie rozumiała sensu mojej wypowiedzi, bo przecież skąd mogła znać bliżej sytuację. - Mój ojciec pobił mamę. A ja po prostu wyszłam.
-Bałaś się o siebie, to zrozumiałe.
-To egoistyczne.
-Mogłaś przecież zawsze poprosić swojego chłopaka...
-Pascal też nie jest bez winy - wtrąciłam. - Ja tym bardziej. Z jakiegoś powodu w końcu klasa mnie nie trawi.
-Nie wszyscy muszą cię lubić, tylko szanować. Ważne, że masz osoby, dla których się liczysz. Wiesz, że myślałam ostatnio jak sobie radzisz?
-A co, jeśli ktoś nie zasługuje na szacunek?
-Każdy zasługuje. Jeśli nie za osobowość, to pracę, poświęcenie czy dokonania. Za krótkie, miłe chwile. Nikt nie jest w pełni zły, tak samo jak i dobry.
Wbiłam wzrok w kawę. Mam wybaczać? To jest ten klucz do szczęścia? Każdy zasługuje na drugą szansę, kłamałabym, gdybym powiedziała, że nie. Większość ludzi potrafi się zmienić. Niektórzy, fakt, te szanse marnują, ale jest to tylko niewielki odsetek, bo trudno jest o takowe poprosić. Uniżyć się, schować swoje niekiedy wygórowane ego. Uznać błąd.
-Miłość też nigdy nie jest idealna, ale jest miłością ze względu na szczęśliwe chwile, uśmiechy. Ludzie mają wady, więc relacje też, to naturalne. Na pewno jest bardzo miły i docenia cię, jaka jesteś.
-Sprawiam mu problemy. Jestem sama dla siebie przygnębiająca. Poza tym, mieszkam u niego. Doceniam jego poświęcenie, ale czy naprawdę jestem tego warta?
-To już jemu oceniać - zaśmiała się, wywołując mój uśmiech. - Przedstawisz mi go kiedyś, prawda?
-Jasne. A ty? Masz chłopaka?
-Mam, ale co tu dużo opowiadać. Jesteśmy szczęśliwi i tyle. Nie idealni, szczęśliwi.
Sama podczas pierwszego spotkania z Pascalem stwierdziłam, że nikt nie jest idealny. To była prawda, dzięki której można kroczyć dzielnie przez życie, nie zawodząc się tak często. A zresztą, jeden zawód nie przekreśla innych ludzi. Jest nas parę miliardów, skąd pewność, że akurat ten ktoś powtórzy błędy jakiejś jednostki?
Przypomniałam sobie o SMSie, który przyszedł do mnie w studio. Wyjęłam telefon i uśmiechnęłam się przepraszająco. Nie znałam tego numeru, czyli albo ktoś ze znajomych ma inną kartę, albo to reklama, ewentualnie pomyłka. Kliknęłam odpowiedni przycisk. Po przeczytaniu pierwszego zdania, pochyliłam a ze zdziwienia głowę. Na drugie zmarszczyłam brwi. Pokiwałam głową.

"Nie masz prawa z nim być. Do niczego nie masz prawa. Jesteś słaba tak samo, jak twoja rodzinka. Wynoś się"

Zablokowałam ekran i wcisnęłam telefon do kieszeni płaszcza. Marie wnikliwie obserwowała moją mimikę, przez co już wiedziała, że coś jest nie tak. Trzęsły mi się lekko ręce, więc żeby to zatuszować, podniosłam filiżankę z kawą.
-Kto pisał?
-Jakaś pomyłka - powiedziałam pewnie. Wspominałam już, że nie lubię kłamać?
Kolejne wibracje telefonu. Bałam się go wyciągnąć, ale przecież nie mogłam tego okazać. Wyglądałoby to nienaturalnie, a na pewno nie jak reakcja po SMSie wysłanym pod nieodpowiedni numer. Znów klik. Tym razem inny numer. Sprytne.

"Nie siedź tak pewnie w tej kawiarni. To, że jesteś wśród ludzi, wcale nie czyni cię bardziej bezpieczną"

Wytrzeszczyłam oczy i zaczęłam się nerwowo rozglądać. Nadal tylko ten student, ale on nawet nie spojrzał w naszym kierunku. Kto to może być? I dlaczego? To już nie była taka błahostka jak niespodziewana wizyta Amena z ostrzeżeniem. Zastanawiałam się, czy nie podciągnąć tego pod groźby, ale z półświatkiem lepiej nie zadzierać. Pascal. On musi mi to wyjaśnić. Ale... nie, nie mogę mu powiedzieć. Widziałam przecież jego reakcję na informację o spotkaniu moim i Amena. Poza tym, może coś ukrywa, a ja wolę tego nie wiedzieć. Już i tak jestem świadoma wielu rzeczy, nie zawsze miłych.
-Czyżby znowu pomyłka? Adi, co się dzieje?
-Nic, tym razem reklama od sieci - odpowiedziałam głosem, który przypominał barwę chłopca w czasie mutacji - nie trzymał się jednego dźwięku. Drżał, pomimo moich usilnych starań. - Muszę iść, podaj mi swój numer. Tym razem nie pozwolę, żebyśmy siebie zgubiły - zaśmiałam się trochę wymuszenie.
-Jasne. Daj komórkę, wpiszę, będzie łatwiej.
Podałam jej telefon. Już po chwili miałam nowy kontakt, "Marie". Jak miło.
-Do zobaczenia - powiedziałam i odniosłam filiżankę po espresso.
-Do zobaczenia. Trzymaj się jakoś.
Wyszłam, nadal nerwowo szukając wzrokiem ewentualnego nadawcy wiadomości. Standardowy tłum, nic specjalnego, rzucającego się w oczy. Dlaczego? Oddychałam głęboko, by znów nie zacząć płakać z bezsilności. A może to faktycznie pomyłka? Logiczne wytłumaczenie - ja przecież nikomu nie zawiniłam na tyle, by posunął się do takiego kroku. Wypuściłam ze świstem powietrze. No ładnie. Kończymy jeden problem, zaczynamy drugi.
Zza chmur wyszło wreszcie słońce, dlatego też płaszcz niosłam w ręce. Pogoda nie sprzyjała mojemu nastrojowi. Usiadłam na najbliższej ławce i obserwowałam delikatne, jeśli nie żadne ruchy liści w koronach drzew, tak pięknie oświetlanych teraz przez promienie. Przemyślenia pośrodku hałasu? Czemu nie. Zawsze to jakieś przemyślenia, ukojenie, poukładanie niektórych spraw. A że huki - można wsłuchać się w siebie bardziej. To był zasadniczy plus.
Tak, to ja byłam źródłem swoich problemów. Fakt, nie wszystkich, nie do końca "mea culpa", ale w znacznym stopniu właśnie przez wymuszony pesymizm zamartwiałam się czy płakałam. Źle mi, okropnie, smutno - okej, czemu nic z tym nie robisz? Trzeba wziąć się czasem w garść, ogarnąć, pozbierać, otrzepać, zadrzeć wysoko podbródek i przejść dzielnie przez tłum, trochę obijając innych.
Sprawa jednak przestawia się tak, że nigdy taka nie będę. Bo tak i już. Mam zupełnie inną naturę oraz sposób bycia - z tym się nie walczy, po prostu. Mogę próbować, bo brak jest przecież przeciwwskazań, ale czemu, skoro i tak wrócę do swoich przyzwyczajeń, nawyków, poglądów. Zmiany na siłę są bez sensu. To sztuczne, na pokaz, tymczasowa maska. Swoją drogą - trochę śmieszna.
Mogę spotykać się z przyjaciółmi, wpadać częściej do studia i towarzyszyć Pascalowi, odwiedzać mamę, ale to trudne. Awykonalne? Przesada. Po prostu naprawdę trudne. Nie potrafię odciąć ani swojej, ani czyjejś przeszłości. Oczekuję uczuć, jednak je odrzucam, przytulenia, ale odpycham od siebie Pascala. Gdzie logika? Kobiety są bardzo dziwne - chyba mogę uznać, że coś o tym wiem.
Poczułam na sobie spojrzenie, więc momentalnie wstałam i szybkim krokiem zaczęłam zmierzać przed siebie - byle dalej od anonimowego wariata. Wibracje telefonu. Dwie wiadomości. Kolejny nieznany numer i Pascal. Zacznijmy od niego, będzie milej.

"SMS od: Pascal
Gdzie jesteś? Długo cię nie ma. Skończyłem tę melodię, wyszła dość dobrze - kiedy przyjdziesz, liczę, że ocenisz :)"

Uśmiechnęłam się. Coś pchało mnie jednak do rodzinnego domu - tata powinien być w pracy, więc problemu brak. Wystukałam szybko odpowiedź, niech nie czeka za długo przy telefonie.

"SMS do: Pascal
Chodzę po mieście, chyba idę odwiedzić mamę. Zgraj na coś efekty swojej pracy, bo wrócę późno. Potem chętnie posłucham :)"

Dobrze, obowiązek spełniony, wszyscy zadowoleni, z bananem na twarzy, jedna sprawa załatwiona. Teraz czas na niezbyt przyjemny gwóźdź programu - tajemniczy sms od nieznanego człowieka, który - tak przynajmniej myślę - mnie śledzi.

"Jeszcze dzisiaj mnie usłyszysz. Idź, idź do swojego domu, może czegoś się dowiesz"

Stałam na uboczu, nikt nie mógł zajrzeć mi przez ramię. Przewidział moje plany? I co znaczy, że go usłyszę? Ta sytuacja zaczynała się robić naprawdę dziwna i niepokojąco podobna do słabej creepypasty. A ja - cóż, taki gust - creepypast szczerze nie trawię.
Gdzieś pośród głów paryskich dżentelmenów zobaczyłam mojego tatę - jak zwykle idącego z kamienną twarzą, wyglądającego starzej niż powinien, zmęczonego życiem. Postanowiłam iść za nim.
Bliżej domu zadzwonił mu telefon. Prawie od razu odebrał. Kiedy ja dzwonię, zwykle muszę powtarzać tę procedurę parę razy. Miłe, nie powiem. Taka tam ukochana córeczka.
-Hej stary! Co? Nie, nadal bez zmian - korporacyjna gadka. Nic ciekawego, a jednak dokładnie go słuchałam. - A, ona? Co ty, wyszła bez słowa. Nie zależy mi na niej. Szary człowiek, takich jak ona są tysiące. To, że brak jej trzeźwego myślenia, to już nie mój problem.
-Ale... tato... - szepnęłam do siebie, mając już łzy w oczach.
Szary człowiek? Tysiące? Nie zależy ci na mnie? Myślałam, że jestem w miarę dobrą córką, starałam się. Byłam posłuszna, miła, przynosiłam dobre oceny. Jak widać, nie każdemu można dogodzić.
Czy mama sądzi to samo? Momentalnie zabrakło mi odwagi, by zapytać osobiście. Czekałam na dalszy rozwój nietypowej rozmowy. Tylko dlaczego mnie tak postrzegasz, tato?
-Co mówisz? Ha, nie bądź śmieszny. Ja? Ja miałbym ją kochać? Skąd takie wnioski, gościu. Nie przesadzaj.
Stanęłam pośrodku chodnika. Nie mogłam się ruszyć, płakać czy nawet pisnąć. Mój własny ojciec. Mój własny ojciec powiedział, że mnie nie kocha. Czy to się dzieje naprawdę? Dawaj, dalej, powiedz mi to w twarz! Mimo mojego niemego krzyku, szedł niewzruszenie dalej. Jak gdyby nigdy nic schował telefon i zniknął gdzieś między innymi smutnymi, szarymi garniturami przymierzającymi ulice.
Chciałam się odwrócić i uciec. Gdzie? Gdziekolwiek, gdzieś daleko, na odludzie. Z drugiej strony - raz już wałęsałam się po Paryżu. Nie, drugiego podejścia nie będzie. Niespodziewanie poczułam zimny, urywany oddech na karku. Wytrzeszczyłam oczy. Zamarłam. Przecież nikt mi nie pomoże, obojętność jest brutalnie wygodna dla przypadkowych przechodniów.
-Jeżeli się odwrócisz, mój nóż zamiast w torbie, grzecznie spocznie na środku twoich pleców - wysyczał mężczyzna gardłowym głosem.
Nie byłam pewna, czy blefuje. Sprawdzenie tego byłoby fatalnym pomysłem. Ciężko przełknęłam ślinę i czekałam na rozwój wydarzeń. Zabije mnie? W biały dzień? Na jednej z głównych ulic? Nadal martwym wzrokiem patrzyłam przed siebie.
-Powinieniem zresztą to zrobić. Mam swoje interesy.
-Jakie i dlaczego ja - wypowiedziałam te słowa tak cicho, że nie byłam pewna, czy faktycznie wyszły z moich ust. A może tylko myślałam?
-Grubsza sprawa, panienko. Chodzi nie tylko o ciebie. Mam pogrążyć twoją rodzinkę, wiesz? I to nie bez powodu. A ty... cóż, jesteś najsłabszym ogniwem. Chyba sama słyszałaś - naigrywał się.
-Zrób to, skoro tak ci zależy - załkałam.
Niepotrzebne są mojej rodzinie dodatkowe cierpienia. Niech chociaż rodzeństwo będzie bezpieczne. I mama. Tylko tyle, proszę, błagam. Zły Losie, a może też Boże, posłuchaj mnie chociaż raz. Możesz poświęcić jednostkę dla ogółu.
Zaczęłam sobie wyobrażać jeden z takich czarnych scenariuszy. Służba zdrowia, policja, dziennikarze pędzący na miejsce zbrodni. Pobranie odcisków palców, obrysowanie ciała, ogrodzenie terenu taśmą. Płyty chodnika zabrudzone częściowo już zaschniętą czerwoną mazią. Przerażeni ludzie, żółte nagłówki w wiadomościach, patrole na mieście...
-Nie. To byłoby zbyt mało zabawne. Przyjdź jutro do ogrodu na tyłach twojego domu - powiedział, przerywając tym samym moje rozmyślania.
-Sprawia ci to satysfakcję? Gnębienie i straszenie śmiercią ludzi?
-Nawet nie wiesz jaką - odpowiedział.
Wiedziałam, że się uśmiecha. To można było bez trudu wyczuć. Skąd ten psychopata mnie zna? I co takiego zrobiła moja rodzina?
Najsłabsze ogniwo.
Szary człowiek.
Brak prawa do czegokolwiek.
Koniec. Dosyć. Tak nie będzie.
-Już niedługo - załkałam jak zwykle do siebie i skierowałam kroki na dobrze mi znany Pont Neuf.