Oglądałem to wszystko nieprzytomnie; jednak jeszcze trochę, a serce wyskoczyłoby mi z piersi. Co ona, do cholery, wyprawia?! Czy naprawdę wszyscy stoimy na moście razem z policją? Obok mnie dopchała się cała trójka: Paul, Namina i Salem. Żadne nie zachowało zimnej krwi. Każdy coś krzyczał, wrzeszczał, błagał. Jak można było taką zachować? Zaraz Adila może zderzyć się z wodą i nie chcieć wypłynąć. Jej kroki były dla mnie niezrozumiałe i jednocześnie wprawiające w zdumienie, dlatego stałem jak ostatni ciołek. Tłum nie był zresztą lepszy. Powietrze było równie chłodne, co panujące emocje, przynajmniej wnioski wyciągając z mimiki gapiów i wielu par rąk w kieszeniach. Nie wiem, czy brakowało im wyobraźni, czy empatii. I dlaczego nadal stałem jak oni.
Jej rozpuszczone, w tym świetle czarne włosy spokojnie powiewały na wietrze. Równie dobrze mógłby to być plan zdjęciowy jakiegoś teledysku do smutnej, refleksyjnej piosenki. Jarzeniowe żarówki latarni oświetlały granatową sukienkę - brakowało tylko operatorów światła. W lewej ręce kurczowo ściskała płaszcz, choć - sądząc po temperaturze - powinna go raczej założyć. Trzęsła się - trudno określić czy z zimna, czy może też z emocji. Pewnie jedno i drugie. Dramatyzmu dodawało narastające zamieszanie. Przecież ona w każdej chwili może skoczyć. Może skoczyć... Tak po prostu? Może? Nikt tego nie zabrania?
Ucichł wiatr. W takich momentach, jeśli grasz w grę na konsoli, już wiesz, że zaraz najadą na ciebie terroryści - w tej sytuacji także oczekiwałem czegoś spektakularnego. A w sumie - nie oczekiwałem, bo stałem tam z otwartymi ustami, niczym odmóżdżony zombie, bez emocji, bez myśli. Natura milczała, jak nagle zresztą rozemocjonowany jeszcze chwilę wcześniej tłum. Jakieś ptaki przecinały niebo długim, smętnym kluczem. Sprawiały wrażenie, jakby leciały ku księżycowi. Przemknęło mi przez myśl, że Adila też lubi na niego patrzeć.
Adila.
Na moście.
Boże.
Zrobiło się zupełnie cicho, dostojnie, podniośle, mrocznie. Zupełnie jakby ktoś kliknął wielki przycisk "wycisz" i przyciemnił obraz, podkręcając tylko Księżyc, który zaświecił mocniejszym światłem. Sylwetki rzucały wydłużone cienie. Scena z teledysku czy już horroru? Ktoś zrobił znak krzyża. Zaczęły się ciche szepty. Wszystko powoli do mnie docierało - możliwe konsekwencje, przyszły przebieg wydarzeń, przyczyna mojego pobytu tutaj. Najważniejsza dla mnie osoba może się zaraz zabić, a ja wiem, że nie powinienem podejść. Emocje. Wszechmogące emocje. Bałbym się, że skoczy z wrodzonej przekory, albo rozpaczy, jako swoista obrona przed próbą powstrzymania. Dlaczego musiałem rozmyślać o takich rzeczach?
Wrzask policjanta dotarł do wszystkich, przerywając milczenie. Każdy zrozumiał prosty przekaz. Namina wtuliła się w Salema, Paul odruchowo cofnął się o krok. Wszyscy wstrzymali oddech.
-Ona skacze!
Dwa słowa, a jednak potrafią zrujnować życie. Zauważyłem, że w charakterystyczny sposób ugina nogi. Ona nie skacze idioto, ona mdleje! Mdleje na krawędzi mostu...
Wyobraźnia zaczęła działać, podsuwając mi zbyt realistyczne i okropne obrazy. Były wręcz namacalne, aż zamrugałem, by upewnić się, że nie zmieniłem miejsca pobytu. Kolejne sceny w ekspresowym tempie odtwarzały się w moim umyśle niezależnie ode mnie.
Adila w czarnym worku.
Adila w kostnicy.
Adila w trumnie.
S t o p!
Miałem gdzieś to, ile osób staranowałem. Jak wiele jęknęło z powodu obicia. Mam sekundy, jeśli nie ich ułamki. Krok. Dwa. Trzy. Jak w tańcu. Ironiczne nawiązanie do naszej niedawnej rozmowy - taniec śmierci. Popchnąłem ostatniego członka tego dziwnego zgromadzenia. Złapałem Adilę pod ramiona. Była nieprzytomna, jak zresztą przypuszczałem i zimna z powodu niezałożenia płaszcza. Głowa bezwładnie opadła jej na prawe ramię. Poza pokutna. Dziewczyno, coś ty chciała zrobić?
-Jesteś bezpieczna - szepnąłem, po czym pogłaskałem ją po włosach.
Dręczył mnie tylko powód, bo tym razem stwierdziłem, że nie jest to moja wina. Z tego co wiem, ojciec pozostawał w pewnej odległości. Znajomi ze szkoły kontaktowali się nieliczni - ale jednak ci najbardziej zaufani. Byłem w kropce, bo skończyły mi się pomysły. Musiało być to coś wielkiego, strasznego, pozornie nie do rozwiązania. Kiedy ona mogła sobie stworzyć taki problem? W głowie rodziły mi się kolejne pytania, na razie bez odpowiedzi. Niech najpierw odzyska przytomność.
-Pokłóciliście się? - zapytał Paul, jak gdyby nie widział wcale nieprzytomnej siostry.
Nawet nie odpowiedziałem. Brak było mi sił, chęci, czegokolwiek. Mogła być smutna. Mogła uciec. Ale ona chciała się zabić. Czemu mi nie mówiła? Co dokładnie się stało i przede wszystkim - przez kogo? Mistrzyni masek. Potrafi świetnie udawać, że ma się bardzo dobrze. Powinienem coś zauważyć, tak, to prawda. Tylko ile razy ona jeszcze będzie chciała zwrócić na siebie uwagę? Jaki sposób wybierze następnym razem?
-Co z Akramem? Zgłosiłeś to gdzieś? - rzuciłem do Salema, starając się ogrzać nieprzytomną niedoszłą samobójczynię.
-Nie - mruknął, dzięki czemu napotkał mój rozwścieczony wzrok - Mama nie pozwoliła.
-Jeśli złodziej nie pozwoliłby ci zgłosić kradzieży, przebolałbyś stratę? - syknąłem.
Brawa za inteligencję oraz umiejętność ochrony rodziny. To oznaczało, że będę musiał się prędzej czy później tam wybrać. Jeśli chcesz coś zrobić, najlepiej zrób to osobiście, a to była sprawa niecierpiąca zwłoki i zapewne z drugim dnem. Nowe wcielenie: detektyw Monk. A chciałem tylko nosić słuchawki i na tym zarabiać. Niesprawiedliwe. Chociaż, perspektywa przygody brzmiała kusząco. Tak, mogłem pozwolić sobie w myślach na lekką ironię, ponieważ trzymałem Adilę na rękach, uniemożliwiając jej tym samym możliwość podjęcia jakichkolwiek nieprzemyślanych, desperackich działań.
Patrzyłem na jej twarz - przed chwilą zapewne wykrzywioną w grymasie wewnętrznej rozpaczy szukającej ujścia, a teraz tak podejrzanie spokojnej. Delikatnie pomoczone łzami włosy przykleiły się do ramion. Mimo tego, bił z niej jakiś niewytłumaczalny niepokój. Straciła w końcu świadomość przed ewentualnym... samobójstwem? Zostańmy na etapie, że to do mnie nie dociera. Zbladła, a wrażenie to potęgowało zimne światło padające z obu stron. Oddychała płytko, niespokojnie. Wyglądała trochę, jakby śnił jej się koszmar. Wzbudzała litość, jak niesłusznie oskarżone dziecko. Skazane przez Los.
Adila zamrugała oczami pełnymi łez. Była zdezorientowana, nie wiedziała, co właściwie się wokół niej dzieje. Ile razy jeszcze upadniesz i nie poprosisz o pomoc? Mógłbym stwierdzić krótko: niemądra licealistka, ale... Widziała za dużo, słyszała za dużo, odczuwa zbyt wiele. Czasem wewnętrzna bitwa emocji w człowieku osiąga ten poziom, że trzeba wybuchnąć. A jeśli przed możliwym wybuchem dobije cię jeszcze parę rzeczy, mało tego - wracasz myślami do przeszłości, to... cóż, spotkamy się na moście.
Instynktownie wiedziałem, gdzie była. To był jeden z tych momentów, kiedy pozwalasz się kierować przeczuciu. Coś mnie przywiodło na ten most i nie znajdowało to żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Czasem między ludźmi jest taka niewidzialna żyłka, dzięki której mówią to samo jednocześnie, w tym samym momencie wysyłają esemesa czy właśnie wpadają na siebie w różnych miejscach. Zupełnie jakbym szedł po nici. Pokuszę się nawet o mitologiczne porównanie - to tak, jak gdyby powtarzała sposób Ariadny. Przerwała moje górnolotne rozmyślania, bo pogłaskała moje ramię.
-Dlaczego chciałaś skoczyć? - wycedziłem przez zęby, starając się opanować nadmiar emocji.
-A dlaczego nie? Jestem najsłabszym ogniwem.
-Dla kogo?
Nie potrafiła odpowiedzieć, albo coś ukrywała. Osobiście obstawiałem tę drugą opcję. Nawet policzki jej się zaczerwieniły, a był to rzadki widok. Ostrożnie dobierała słowa, nie do końca wiedziała, co właściwie chce powiedzieć. Uważała, by nie przekazać zbyt dużo. Badała niepewny teren. Pociągnęła nosem.
-Jest coś, czego mi nie powiedziałeś?
-A czego miałbym ci nie mówić? - zmarszczyłem w geście niezrozumienia brwi.
-Nie wiem... Tylko...
-Adi, coś się stało. Chciałaś się zabić, rozumiesz? Śmierć. Sześć pustych liter.
-Trzeba się uśmiechać do życia... - zaczęła, wywołując moje osłupienie. Nie rozumiałem absolutnie nic. Bredzi pod wpływem emocji? - ...ale ja chciałam zatańczyć ze śmiercią w masce niewinności. Śmierć nie osądza. Przychodzi i zabiera.
Przetarłem swoją twarz dłonią. O czym ona mówi? Naprawdę chciała ze sobą skończyć? Tak jak się spodziewałem - poleciało mi parę łez. Cholerne wizje powróciły. Jej usta wydały mi się bardziej sine. Adila, jesteś naprawdę niestabilną psychicznie istotą. Zapiszę cię do psychologa, może potrzebujesz osoby, która z tobą porozmawia, patrząc na inne aspekty. Boję się, ale ci tego nie powiem.
-Chciałaś śmierci? - ledwie przeszło mi przez gardło.
-Chciałam, żeby On wybrał - odpowiedziała bez wahania.
-Adila, zrozum, mnie też to boli. Czuję, że wszystko dzieje się pośrednio przeze mnie, a ja nie mam pojęcia, co poprawić. Jeśli jeszcze raz wywiniesz podobny numer, odejdę - wykrztusiłem. Oczywiście, że nie byłbym w stanie, ale mi też siądzie psychika, jeśli dalej tak to będzie wyglądać.
Zaczęła się trząść i szamotać. Miała nieregularny oddech. Naprawdę to powiedziałem? Czy mnie już zdrowo porąbało? Pascal psycholog - egzamin oblany. Grozić roztrzęsionej dziewczynie zerwaniem. Idioto. Ty głupi idioto. Spojrzała w moje oczy z wyrzutem. Drgała jej niekontrolowanie dolna warga. Objąłem ją mocno, chcąc naprawić swój błąd, ale znów nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać.
-Nie puszczę cię, póki nie będziesz spokojna. Jesteś pod wpływem silnych emocji, uspokój się.
-Nie pomagasz! Grozisz, że odejdziesz! Może lepiej byłoby, gdybym spadła... - spojrzała w dół, chyba uświadamiając sobie brutalny sens tych słów. Nie tylko ja mam aktywną wyobraźnię.
-Jedziemy do mnie, ochłoniesz.
-A co, jeśli nie?!
-Gdybyś spadła, pociągnęłabyś połowę mojej duszy na dno. Dusz twojego rodzeństwa. Rodziców. I nie mów, że tak nie jest. To sprawdza się w każdym przypadku. Nawet nie wiesz, ile osób docenia twoją obecność, ale Adila, żyj też przede wszystkim dla siebie. I nie rozdzielaj naszych wnętrz na ułamki - uśmiechnąłem się lekko, by dodać jej otuchy, ale nie wiedziałem, czy było to zachowanie na miejscu.
-A ty?
-A ja postaram się żyć dla ciebie.
Ostatni policjant wsiadł do radiowozu. Znów nastała cisza, tym razem pozbawiona tego okropnego napięcia. Troje rodzeństwa trzymało się z boku, bacznie nas obserwując. Ciekaw jestem, jak cała ta scena wyglądała dla osób trzecich. Osobiście chciałbym to wymazać z pamięci - ciekawe, czy w Paryżu mamy hipnotyzerów. Jeśli Google odpowie mi negatywnie, wcisnę się z Adilą do tego psychologa. Trzeba myśleć też ekonomicznie. Przymknąłem oczy i głęboko odetchnąłem. Co tu się właśnie stało? Ciekawe, czy jutrzejsze gazety będą o tym trąbić.
-Nie zamkniesz mnie w psychiatryku, prawda? - zapytała niepewnie, nadal się trzęsąc.
-Nie, ale znajdę ci psychologa, okej? Musisz też wrócić do szkoły, do ludzi. Skoro tak brakuje ci ułamków, najwyższy czas nadrabiać zaległości. Chyba, że wolisz od razu odwiedzić kogoś od wesołych tabletek psychoaktywnych, ale mam do ciebie duże zaufanie i myślę, iż na razie tego nie potrzebujesz.
Na wzmiankę o psychiatrze skrzywiła się. Branie dziwnych leków nie brzmi wesoło, ale boję się, że dostanie nakaz stawienia się w takowym gabinecie. Po co się truć podejrzanymi substancjami? Wystarczy wyprostować pewne sprawy i będzie miło, a czy z dziesięcioma, czy z żadną tabletką - to nie ma znaczenia.
-Dobrze, może to i dobry pomysł. Tylko pod jednym warunkiem.
-Nie stawiaj warunków - powiedziałem sucho. Jeszcze tego mi trzeba.
-Jednak postawię - stwierdziła, figlarnie się uśmiechając. Adila, nie zaczynaj. Ty możesz po takiej sytuacji?
-Jakiż to warunek?
-Nie zostawisz mnie - powiedziała jednym tchem, wnikliwie obserwując moją mowę ciała.
Czym zasłużyłem na twoją miłość i zaufanie? Czemu tak bardzo chcesz mojej obecności? Przytuliłem ją mocniej i pogłaskałem po plecach. To urocze, a jednocześnie trochę przerażające. Znów jest zdołowana. Westchnąłem. Skomplikowana dziewczyna. Moja dziewczyna.
-Nie zostawię - potwierdziłem, myśląc co może jeszcze wymyślić do końca nocy i czym zabezpieczyć drzwi, by nie uciekła.
-Trzymam za słowo. Ja też cię już nie zawiodę - powiedziała, a ja w myślach stwierdziłem, że łączy nas jeszcze sposób myślenia oraz wzajemne zrozumienie.
*
Rzuciłem puszkę po kolorowym, lepkim napoju do kosza. Już trzecią zresztą - nie od dziś wiadomo, że energetyki wciągają. Oczywiście zabrakło mi celności, a trzęsące się z przemęczenia ręce to marny dodatek do umiejętności. Nie mogłem zasnąć ze strachu o Adilę. Kto wie, co mogło strzelić jej do głowy. Po wczorajszych wydarzeniach spodziewałem się dosłownie wszystkiego.
Prawie zasypiałem, nawet chodząc. Wylałem wodę ze szklanki, chcąc ją podnieść. Musiałem być twardy, ale próba oszukania organizmu to syzyfowa praca, na nic zdadzą się wszelkie działania. Pozostało napocząć kolejną puszkę. Cukier to przecież energia, prawda? I te zapewnienia o kofeinie, wyciągach z guarany czy innych rzeczy z podejrzanymi nazwami krzyczące na etykietach. A może ja tylko próbuję nie zasnąć pośrodku kuchni? Na co mi supersłodki, superowocowy smak?
Psycholog umówiony na 15, dobrze, jeszcze parę godzin. Wszystko było ustalone - miała być nas cała piątka. Liczyłem na to, że rozmowa ze specjalistą coś jej da i uświadomi. Bo jeśli nie, co mogę jeszcze zrobić? Mam inne możliwości? Z tym będzie ciężko. Przemyłem wodą twarz, teraz jednak ostrożnie dobierając temperaturę. Byłem tak zmęczony, że nie zauważyłem nawet przeciskającej się obok mojego ramienia Adili. Skojarzyłem fakty, gdy usłyszałem jej głos. Oparłem się ręką o furtynę drzwi - wygodne oparcie, szczególnie gdy bardziej odpowiednia od stania byłaby drzemka.
-Dlaczego zamknąłeś drzwi na dodatkowy zamek? - zapytała jednocześnie zdziwiona i zdenerwowana. Położyłem rękę na jej ramieniu, uwalniając framugę od mojego ciężaru.
-Bałem się, że coś wymyślisz - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Powina przecież zrozumieć.
-Dzięki za zaufanie - prychnęła, ale zaraz wbiła wzrok w podłogę. - Przepraszam, naprawdę, nie mam pojęcia co we mnie wstąpiło.
-Widzisz, ty też dajesz ponieść się emocjom - powiedziałem z uśmiechem. Sytuacja się odwróciła, panienko.
-Nie wiesz do końca, co wczoraj zaszło... - zaczęła, zdobywając moje zainteresowanie, ale spojrzała na zegarek i ponownie przeszła do tematu drzwi. Stała już w kurtce. - Otworzysz? Muszę wyjść.
Posłusznie wypełniłem polecenie, dając jej na pożegnanie buziaka. Zamknąłem drzwi i zacząłem intensywnie myśleć, gdzie może chodzić taka licealistka o dziewiątej rano, z kim oraz właściwie po co. Jako że żadna konkretna okoliczność nie nasuwała mi się na myśl, szybko wyszedłem z mieszkania, biorąc tylko telefon. Liczyłem, że świeże powietrze choć trochę mnie rozbudzi.
Wsiadła do taksówki. Ja czekałem chwilę w aucie, by nie skojarzyła, że jadę za nią. Była to zwykła troska, a nie zazdrość czy cokolwiek tego rodzaju. Jeśli o to chodzi, całkowicie jej ufałem. Bałem się jednak w tym momencie o jej bezpieczeństwo. Z kim ma się spotkać i dlaczego mi tego nie mówi? Powinienem od razu zapytać, jak bardzo jest niebezpieczny?
Przyznam, że taksówkarz znał dobrze umiejscowienie pedału gazu. Jak na prawdziwego Francuza przystało, złamał większość przepisów dyktujących jazdę po rondzie i przez przejścia dla pieszych. Obyło się bez ofiar śmiertelnych. Albo jemu, albo jej bardzo zależało na czasie. Mijaliśmy kolejne skrzyżowania w zatrważającym tempie. Nie było czasu na podziwianie zmieniającej się co chwilę panoramy.
Wysiadła w miejscu, którego naprawdę nie przewidziałem, a mianowicie - przed jej domem. Nikt z rodzeństwa nie czekał przed drzwiami. Ona, zamiast wejść do środka, przeszła na tyły. Zastanowiłem się, czy w ogóle warto wychodzić z samochodu, skoro przyjechała po prostu do swojego domu, ale coś mnie tknęło. Instynkt, przeczucie - jak zwał, tak zwał. Ważne, że odczuwałem to bardzo silnie, tak samo jak rosnący niepokój. Czyżby moja podświadomość uznała nagle ogródek za miejsce skrajnie niebezpieczne? Nie wiem, czy połknięcie środków uspokajających jest dozwolone po takiej ilości napojów energetycznych. Pożyjemy, zobaczymy.
Wysiadłem najciszej, jak się dało. Adila i tak by nie usłyszała - dawno przeszła na tyły domu. Dawno - całe pięć minut temu. Z początku nie zamierzałem się nawet skradać (poza wyjściem z auta w stylu nieuchwytnego ninja), ale zobaczyłem drugą postać. Przykucnąłem zatem i szedłem dalej, tyle że za krzakami. Usłyszałem męski głos, który zupełnie nie przypominał barwy jej ojca. Postanowiłem wyjrzeć - ryzyko zostania zauważonym było niskie.
Stał tam dość potężny mężczyzna, na oko czterdziestoparoletni. Czarny, błyszczący, pewnie niesamowicie drogi garnitur opinał mu ramiona. Musiał mieć bardzo dobrze płatną pracę. Z postawy wywnioskowałem, że to dość nadęty bufon. Dlaczego więc tam stoi? Nosił okulary przeciwsłoneczne, pomimo braku konieczności. Podejrzany facet. Stał zdecydowanie za blisko Adili. Rozmawiali w dość nieprzyjemnym tonie, ale stałem za daleko, by rozumieć słowa. Wyciągnąłem telefon i - tym razem już dyskretnie - przeszedłem bliżej nich.
Na parę sekund zdjął okulary. Miał chłodne, pozbawione emocji spojrzenie, jak gdyby coś go zniszczyło. Szukał zemsty, to pewne. Jeśli nawet ja widzę takie rzeczy, jego zachowanie musiało być wyjątkowo wymowne. Szybko włączyłem funkcję aparatu i zrobiłem zdjęcie. Dzięki Bogu, dźwięki systemu były wyłączone. Adilę widziałem trochę gorzej, bo w tym położeniu stała do mnie tyłem. Zsiniały jej dłonie - chyba nie do końca miała nad nimi kontrolę, bo zauważalnie drżały.
Takie typy jak ten zawsze grają w filmach czarne charaktery, a życie bywa podobne. Co zmusiło ją do tego, by tu przyjść? Szczególnie po wczorajszych wydarzeniach. Nie odpowiadała mi ta sytuacja. Intensywność rozmowy przybierała na sile. Podejrzany typ prawie krzyczał. Oj, gościu, nie ryzykuj.
-Pan Davignon?! - powiedziała podniesionym głosem, wyraźnie wystraszona. Znane nazwisko, ale nie z półświatka.
-A kogo się panienka spodziewała? Wczoraj chyba ci adrenalina skoczyła, nieprawdaż? - naigrywał się. Bezczelny.
-Na pewno nie pana... Czemu? - łamał się jej głos.
-Pieniążki kochanie, pieniążki. Mamona, hajs, zielone, sałata, niepotrzebne skreślić. Jesteście mi winni sporą sumkę.
-Nie jest pan przecież szczególnie biedny.
-Dzięki wam nie jestem też szczególnie bogaty. Sto tysięcy, moja droga. Okrągłe sto. A ty, jak już wiesz, jesteś najsłabszym ogniwem. Mało tego, dostałem od pewnej osoby cztery tysiące ekstra za pogrążenie ciebie.
Najsłabszym ogniwem? Więc o tego idiotę chodziło. Prawie doprowadził do jej śmierci, wymyśla sobie niebotyczne długi i jeszcze grozi. Boże, widzisz i nie grzmisz. Jak tacy ludzie mogą jeszcze szczęśliwie, dostatnio żyć. Fakt, życie jest niesprawiedliwe, ale żeby aż tak? Tak smutne, że aż śmieszne. Chciałoby się prychnąć i rzeczywiście wejść na jakiś most.
-Za co aż sto tysięcy? - zapytała, nieudolnie próbując powstrzymać płacz.
-Połowę pożyczyłem twojemu ojcu, jego możesz dopytać, jeśli oczywiście się nie boisz - zadrwił. Doskonale znał jej czułe punkty. Kim on jest?! - A drugie pięćdziesiąt poszło na leczenie twojego dziadka. Byłoby więcej, ale twoi rodzice powiedzieli, że nie mogą zapłacić.
-Jak to więcej - powiedziała tonem niewskazującym na pytanie.
-Tak to, moja droga. Oni zakończyli obietnice o wynagrodzeniu, ja zaś leczenie.
Przesunąłem się, by widzieć chociaż jej profil. Zacisnęła dłonie w pieści. Wzięła głęboki oddech. Jej twarz przybrała wściekły grymas. Ze świstem wciągnęła powietrze, cała się trzęsąc.
-Zabiłeś go?! - ryknęła. Davignon aż cofnął się o krok, ale nie odpowiedział. W - tak myślę - przypływie furii i adrenaliny chwyciła go za marynarkę.
-Powiedz to, śmieciu! Zabiłeś go?!
Uśmiechnął się psychopatycznie. To był ostatni moment, żeby się wycofała. Stała jednak niewzruszona. Puściła marynarkę. Wytrzeszczała oczy ze strachu, zapewne nieświadomie. Trzęsła się bardziej niż wcześniej. Zbladła.
-Tak. Żyłby, gdybyście umieli wywiązywać się z obietnic. Ty za to już niedługo - powiedział niewzruszony. - Jeśli nie fizycznie, to wykończę cię psychicznie.
Trzasnęła go w twarz. Dopiero po chwili pojęła, co zrobiła i odsunęła się trochę więcej niż parę metrów. Chciała uciec, widziałem to w jej oczach. Kiedy się odwróciła, złapał ją za włosy. Podbiegłem bliżej, by móc w razie czego zareagować. Robiłem kolejne zdjęcia. Stwierdziłem, że warto będzie włączyć nagrywanie - policja lubi takie rzeczy.
-Dobrze, chciałem psychicznie. Wybrałaś jednak drugą opcję - powiedział i wyjął nóż. Chciałem go powstrzymać, ale byłem bez broni. Wiedziałem, że jej nie zabije. A może byłem tchórzem? Wolę mieć wytłumaczenie. Obrócił ją przodem do siebie. Miała twarz zalaną łzami.
Tego widoku nie wytrzymałem. Wybiegłem z krzaków i stanąłem za nim. Zdążył jednak zrobić płytkie, acz długie cięcie na linii obojczyków. Wiedziałem, że to moja wina. Trzasnąłem mu z pięści w głowę.
-Jeśli chcesz, to spieprzaj. I tak cię znajdą - wysyczałem do niego. Może to głupie, ale wolałem, żeby uciekł. Wtedy mógłbym się w spokoju zająć Adilą.
Uciekał w szybkim tempie, ale mam zdjęcia, nagranie, a nawet znamy jego tożsamość. Krew sączyła się z jednak nie tak płytkiej rany. Od razu było widać, że będzie potrzebne szycie. Tylnymi drzwiami wyszedł Salem i podbiegł do nas.
Głaskałem Adilę po włosach, a ona płakała. Po prostu płakała. Wątpię czy była świadoma tego, że została ranna. W takich chwilach nie czuje się bólu.
-Zabił go, zabił - szeptała drżącym głosem. Wtuliłem się w nią, plamiąc koszulkę.
-Zawieź ją do szpitala - powiedziałem Salemowi. Nie trzeba było mu powtarzać. Od razu wziął ją na ręce i zaczął zmierzać do auta.
-Zabił go, zabił...
-Adila, spokojnie, będzie dobrze - powiedział. - To tylko niegroźne nacięcie.
Spojrzała w dół i zobaczyła ranę. Odwróciła głowę. Coś innego zaprzątało teraz jej myśli.
-Zabił go, zabił...
-Porozmawiam z twoim ojcem, Adila - rzuciłem.
-On mnie nie kocha. Mówił to wczoraj przez telefon. Takich jak ja są tysiące - powiedziała z zaciśniętymi powiekami. Zapewne adrenalina zaczęła spadać. - Davignon go zabił, zabił... - znów powtórzyła.
-Daj znać, jak wygląda sprawa - poprosiłem Salema i skierowałem kroki ku drzwiom ich domu. Czas zmierzyć się z Akramem. Wątpię, by jej nie kochał, ale trzeba tę pomyłkę wyjaśnić. Kolejny czynnik, który zawiódł ją na krawędź mostu? Zapewne tak.
Teraz ja też się bałem. Czułem jakiś respekt przed tym człowiekiem. Nie wiedziałem, jak się zachowa i czy nie wyładuje później swojej frustracji na żonie. Znów stanąłem przed drzwiami tego dziwnego domu.
Zdecydowanie zapukałem w masywne, dębowe drzwi. Nie byłem pewien, co właściwie mam robić i jakie skutki przyniesie moje działanie, ale odczuwałem taką wewnętrzną potrzebę. Ta była na tyle silna, bym stał we właśnie tym miejscu. Z początku było okej - może dlatego, że nikt nie otwierał. Akurat kiedy miałem elegancko się odwrócić i wrócić do auta, usłyszałem dźwięk przekręcanego zamka. Uświadomiłem sobie, że swoista ucieczka nie byłaby dobrym wyjściem - miałem porozmawiać o Adili. Rzecz w tym, że z jej ojcem.
Właśnie gwiazdor wieczoru - a sądząc po porze dnia, poranka - otworzył mi drzwi. Patrzył na mnie trochę zmęczonym wzrokiem. Faktycznie, nie mamy weekendu, Pascal, brawo. Inni ludzie chodzą do normalnej pracy, geniuszu. A jednak Akram miał jakimś dziwnym trafem dziś wolne. Zmierzył mnie bez słowa wzrokiem od góry do dołu i skrzywił się. Z początku nie skojarzyłem o co może chodzić, ale przypomniałem sobie o koszulce ze śladami krwi. No, zdarza się. Sam wyglądał nienagannie, zgodnie z korporacyjnym dress codem, pomimo dnia wolnego. Takim ludziom w żyłach płyną dane podatkowe. Ten osobnik jednak miał - wnioskując po minie - plany, żeby odespać zarwane zapewne nad papierkową robotą noce. Przez gościa w przebraniu masarza mu to nie wyszło. Pech.
-Czego chcesz? - zapytał, choć w nie tak zirytowanym tonie, jakiego oczekiwałem.
-Przyszedłem porozmawiać - stwierdziłem, wywołując kpiący uśmiech na jego twarzy. - O Adili. - Tu już spoważniał.
-Wejdź - stwierdził zrezygnowany, więc wypełniłem polecenie. Dopiero teraz pojąłem, że nie jest on do końca zmęczony. Raczej... zmartwiony? - Co z nią?
Spojrzałem na poplamioną koszulkę. Przypomniałem sobie wczorajszą wieczorną sytuację. Oczami wyobraźni dokładnie widziałem jej często występujące łzy. Tajemniczość, momentami niepokojącą. Wiersze, w jakiejś mierze dotyczące właśnie Akrama. I ten dialog sprzed chwili - "On mnie nie kocha".
-Dużo, niekoniecznie dobrego - powiedziałem i zaobserwowałem jego smutne spojrzenie.
Przeszedł do salonu i usiadł na fotelu. Uczyniłem to samo, tyle że naprzeciwko. Oparł łokcie o kolana oraz podparł twarz, wyraźnie nad czymś rozmyślając. Odchrzkąnłem, by jakoś zacząć go uświadamiać, ale on pierwszy zadał pytanie.
-Gdzie teraz jest?
-W szpitalu z Salemem - odpowiedziałem, wywołując zmianę zmartwienia na przerażenie.
-W szpitalu? Ale po co? - kiwał z niedowierzaniem głową.
-Na szycie rany - stwierdziłem krótko, by potem rozwinąć wątek.
-Ciętej? - tym razem zostałem obdarzony wzrokiem złowrogim.
-I to zadanej nożem - widząc jego ćwiartujące mnie spojrzenie, dodałem - przez gościa o nazwisku Davignon. Mówi to coś panu? Ponoć jest lekarzem - od kiedy nazywałem go "panem"?
-Tak, leczył mojego ojca... Cholera jasna, jestem mu winien pieniądze. Mówił coś o tym?
-Wspomniał o stu tysiącach, ale ja bym się najpierw zajął tym, żeby wsadzić go do więzienia. Groził Adili śmiercią.
-Mogę mu teraz co najwyżej dać jakąś mniejszą kwotę. Boże, sto tysięcy, mógł przyjść, a nie terroryzuje mi rodzinę... - Zaśmiałem się na ironię użycia tych słów. - Ale oni go przecież nie wsadzą tylko za groźby.
Przełknąłem ciężko ślinę. Od początku wiedziałem, że ta rozmowa nie będzie łatwa, ale jak przekazać komukolwiek taką informację? Do tego będę musiał wymóc na nim jakieś wizyty w poradni czy nawet leczenie psychiatryczne. I niby ja nie panuję nad emocjami?
-Nie tylko za groźby. Do zakończenia leczenia przy ciężkiej chorobie jest potrzebny podpis świadczący o tym, że to życzenie rodziny... - zacząłem, ale nie mogłem wydobyć z gardła więcej słów. Nie wiem co ja bym zrobił, gdybym dowiedział się, że lekarz materialista zabił mi ojca i próbował córkę.
-Czy ty coś sugerujesz? - spojrzał na mnie, oczekując zapewne, że zaprzeczę. Prawda była niestety naprawdę okrutna.
-Podrobił ten podpis, ze względu na niepokrywanie kosztów terapii. Zabił panu ojca - ostatnie słowa wybrzmiały rozpaczliwie, cicho. Musiałem wziąć głęboki wdech. On zaś ukrył twarz w dłoniach.
-A ją zranił nożem? Czego, do cholery, ten psychopata chce?!
-Mówił, że tylko pieniędzy, ale ja bym najpierw poszedł to zgłosić. I... pana stosunki z Adilą chyba nie są najlepsze. Mówiła, że pan jej nie kocha. Ponoć powiedział to wczoraj pan przez telefon.
Zdziwił się dość mocno, momentalnie zmarszczył brwi. Podniósł głowę i zaczął wnikliwie obserwować gładką powierzchnię sufitu, usilnie próbując sobie coś takiego przypomnieć. Zaśmiał się pod nosem.
-Ona to ma interpretacje. Musiała usłyszeć, jak na mieście rozmawiałem ze współpracownikiem. Krążyły niedorzeczne plotki, że zakochałem się w nowej sekretarce szefa i dlatego odeszła z pracy po tygodniu. Stwierdziłem, że takich jak ona są tysiące, więc łatwo będzie ją zastąpić.
Naprawdę? Tak wygląda ta układanka? Sieć utkana gęsto z fatalnych zbiegów okoliczności, niedopowiedzeń i nieprzemyślanych ludzkich zachowań? Pozostawała jeszcze sprawa przyszłego więźnia, ale Akram usilnie tego tematu unikał. Dowiedział się przecież, że mógłby mieć jeszcze ojca. Wszystkie te przyczyny złożyły się na sytuację, która spędzała mi sen z powiek, a której mój rozmówca zdecydowanie nie był świadomy.
-Na pana miejscu nie śmiałbym się - spoważniałem, jeśli w ogóle było to możliwe. Znów zmarszczył brwi, ewidentnie zaskoczony moją wypowiedzią. - Wczoraj chciała skoczyć z mostu.
Zamrugał, po czym wytrzeszczył oczy. Zatkało go, tak samo jak mnie, kiedy ją wtedy zobaczyłem. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale usłyszałem tylko cichy świst. Nie mógł mówić normalnym tonem. Chyba wreszcie ścisnęło go serce i gdy zobaczył, jak wygląda życie bez córki, zrozumiał, że naprawdę mógł ją stracić. Zaufanie zresztą już do końca zaprzepaścił. Mała, samotna kropla spłynęła mu po policzku. Zaczynałem dostrzegać jego lepszą stronę i powoli wymazywać z pamięci nasze pierwsze spotkanie. Ciągnąłem dalej.
-Powinien też pójść pan na terapię. Samokontrola to ważna rzecz. Może nawet wyjechać do jakiegoś ośrodka...
-Ale co ja robię nie tak? - zapytał, czym stworzył wrażenie kompletnego imbecyla.
-Normalnie nie rzuca się żoną o ścianę. Wszelkie siniaki i opuchlizny też wypadają słabo. Adila się pana zwyczajnie boi - sądzę zresztą, że nie tylko ona.
-Myślisz, że mi wybaczy?
-Nie do końca, ale na pana miejscu zacząłbym od Inai. Cud, że jeszcze nie poszła na policję. Polecam zacząć od zwykłego "przepraszam", a potem jakoś pójdzie.
-Dobrze - stwierdził zamyślony - przeproszę, pójdę do terapeuty, zgłoszę jeszcze dziś Davignona. Ale... Pascal?
-Tak? - zapytałem zaciekawiony i zdziwiony, że pamięta moje imię.
-Przyprowadziłbyś ją dziś tutaj? Chciałbym z nią porozmawiać. Spokojnie. Jak ojciec z córką. Jej też przecież należą się przeprosiny. - W zaistniałej sytuacji stwierdziłem, że wiersze przemilczę.
-Jasne, przyda wam się to.
-I... jeszcze jedno. - Odwróciłem głowę, ponieważ już stałem przy drzwiach. - Dziękuję. Otworzyłeś mi oczy.
-Proszę. Powodzenia w załatwianiu tego wszystkiego - rzuciłem i zamknąłem za sobą drzwi.
Ufff, było ciężko. Siedząc już w aucie sprawdziłem telefon. Dwie wiadomości, no ładnie. Ale wam się ludzie na pisanie zebrało.
Pierwszy był od Salema, czego mogłem się spodziewać.
"Zdezynfekowali, zszyli, stwierdzili, że jest ok. Zawieźć ją do ciebie?"
Szybko stukałem w klawisze, by wystosować odpowiedź. Że też musiałem jechać do studia. Lepsze to niż praca według ścisłego grafiku, ale zawsze przeszkadza.
"To dobrze, cieszę się. Tak, zawieź, ma klucze."
Pozostał mi jeszcze drugi esemes. Na przeczytanie nadawcy zareagowałem histerycznym uśmiechem. Mama? Serio?
"Wpadnę dziś do ciebie o 11."
Żeś się kobieto rozpisała. Cholera, ale tak w porze obiadowej? Nie szanuję tej sławietnej godzinnej przerwy na posiłek,
lecz ona zwykle tak. Wiedziała, że nie zastanie mnie samego, a ja miałem dziwne wrażenie, że nie przypadną sobie z Adilą do gustu. Jeszcze gorsze było to, że będzie z nią sama. Nie ma szans, muszę dziś skończyć nagrania do albumu Amy, bo Karim znów zawiódł.
"Okej, jak chcesz, ale w domu będzie tylko Adila." - odpisałem, choć wiedziałem, że to ją co najwyżej zachęci. Teraz pozostała jeszcze wiadomość do biednej pokrzywdzonej.
"Uważaj, bo pewnie wpadnie moja mama. Muszę jechać do studia, ale postaram się wrócić z odsieczą jak najszybciej."
Wysłano. Dawno tyle nie pisałem. Całe zamieszanie przez kaprys pewnej kobiety. Wystarczyło powiedzieć "przedstaw mi swoją dziewczynę", proszę bardzo, przedstawiłbym. Do teraz po prostu nie było okazji. Cóż, Adila na pewno będzie zadowolona, że pokaże się z pokaźnym zasobem szwów. Przeciągle nacisnąłem klakson. Jedźcie, narodowe ślimaki. Też chciałbym jechać dłużej niż dwadzieścia sekund prędkością powyżej 40km/h. Paryżu, piękny jesteś, nie ma co.
Rondo.
Boże, oszczędź.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz