wtorek, 24 marca 2015

6.


Spoczął na mnie jego rozgniewany wzrok. Był purpurowy ze złości, a przecież ludziom o oliwkowej karnacji prawie się to nie zdarza. Scenariusz dosyć pospolity, a szkoda. Naprawdę szkoda. Kiedyś był inny i głęboko wierzę, że gdzieś w sercu ma jeszcze cząstkę starej empatii.
-I co? Może jeszcze powiesz, że ucieczka tej gówniary to moja wina?! - jego głos wypełnił mieszkanie. To prawda, od tygodnia nie było z Adilą kontaktu. Mimo wszystko, jego zachowanie... Cóż, pozostawiało wiele do życzenia. Jak zwykle zresztą.-Nie nazywaj jej gówniarą, Akram. To nasza córka.-Dzieci się zachciało?! Dwóch synów mam, to najważniejsze, a Namina przynajmniej się wyprowadziła... Ale nie! Tej pyskatej dziewuchy musimy pilnować!Położyłam ręce na kolanach, czekając jak się zachowa. Miałam parę przypuszczeń – ta sztuka przewidywała różne, w zależności od dnia, zakończenia. Podniósł rękę. Boże, nie. Kolejny raz tego nie zniosę. Głuchego trzasku, zmieszania z błotem jednym ruchem, no i opuchlizny. Błagam. Odruchowo odchyliłam się w lewo.Dotknęłam dłonią lekko fioletowego policzka. Tak jak myślałam, nadal bolał. Piękna pamiątka po ostatniej awanturze. Może i lepiej, że Adili nie ma teraz w domu? Musiałaby na to wszystko patrzeć, a ja nie chcę... Czuję się w obowiązku przedstawiać jej dobry model rodziny, na tyle, na ile jest to możliwe. Niestety, Akram mi w tym nie pomaga, a nawet przeszkadza.Tak, jesteśmy rodziną imigrantów. Obcych. On przyjechał z Algierii, ja mam zaś korzenie indyjskie. Rodzice wyemigrowali do Francji przed moimi narodzinami, poszukując lepszego życia. Indie to bieda bez praw. Tego chcieli dla mnie uniknąć. Wyszło połowicznie.Mama go lubi, a to nie pomaga. W Algierii uderzenie kobiety to norma, przynajmniej w jego rodzinie. Kochałam go, dlatego został moim mężem. Czy teraz także? Nie mam pojęcia. To raczej mieszanka strachu i niewyjaśnionego przywiązania. Ach, zapomniałam, w Indiach kobiety są przecież wierne. Może inaczej - nie mają prawa odejść. Kończy się to zemstą większą niż cierpienie w domu.A jednak, coś jeszcze tli się w moim sercu. Chyba go kocham. Jest w końcu ojcem naszych dzieci i moim długoletnim partnerem. Potrafi być czarujący, fakt. Ale to jest mu raczej niewygodne. Z jednej strony cały czas myślę, że gdyby był tylko tyranem, odeszłabym. Ale czy tak właśnie nie mówią te wszystkie pobite przez partnerów kobiety? Czy widzę wszystko z odpowiedniej perspektywy?Nie uderzył mnie. Cóż, po prostu uniknęłam ciosu. Wydawał się trochę zbity z tropu, więc, zyskując czas, odetchnęłam. Mama weszła do salonu – witam zbawienie!-Akram, naprawdę, uspokój się czasem - stwierdziła spokojnie. Doskonale zdawała sobie sprawę z sytuacji, ale dla niej taka była kolej rzeczy. Wyjątkowo kochała jednak Adilę. W stosunku do niej takie zachowanie nie miałoby prawa bytu.Cofnął się, och, jak dobrze. Kolejnego obicia nie ukryłby najlepszy podkład. Swoją drogą, wystraszyłam się widząc córkę z tym siniakiem. Miałam ochotę wyrzucić tego całego Pascala jak najszybciej – gdyby okazał się taki jak Akram… Jak Akram. Skoro nie chciałabym kogoś takiego dla córki, dlaczego z nim żyję? Niemniej jednak, ślad wyglądał groźnie. Do teraz średnio wierzę, że huknęła o beton, ale mówiła to zupełnie naturalnie, a matka potrafi rozpoznać w końcu, gdy dziecko kłamie.-Jednak się o nią martwisz - powiedziałam, a on spojrzał na sufit. - Oj, przyznaj wreszcie.-Może trochę. Ten facet jest podejrzany.-Bo ma ciekawą pracę, wygląd bardziej nasz niż francuski i jest miły? - po moich słowach prychnął. Dobra, mi też nie do końca pasował, jednak powinnam się za nim wstawić, bo będzie źle. - Nie odpyskował ci.-Co racja, to racja. Ale ona nie jest pełnoletnia, Inaja. Powinna mieszkać z nami.-Zadzwonisz do niej, chojraku?-Nie zamierzam płaszczyć się w ten sposób przed młodą kobietą. Jutro po prostu odbierzemy ją ze szkoły.-Przecież z nami nie pójdzie.-Oj, w środku lekcji pójdzie. Wiesz jaka jest, będzie jej głupio.-I tak po prostu zamierzasz ją zwolnić? - Na to wzruszył ramionami. Świetny plan, brawo. Spojrzał na mnie i usiadł obok. Nie odczuwałam strachu - on po prostu czasem miewa wyskoki. Czasem...  -No dobrze, ale... co potem?-Potem przemówimy jej do rozsądku - stwierdził twardo, może nawet za bardzo. Algierska ręka we francuskiej rodzinie.-Akram, może spróbuj się do niego przekonać?Wybrzmiał głośny, lekceważący śmiech. Odpowiedź będzie raczej negatywna. Potrzebuje czasu, ot co. Chyba zależy mu na dobru córki – byle nie przynosiła więcej siniaków. Zaczął rytmicznie postukiwać w stół palcami. Scred Connexion. Myśli o tym.-Może zaprosimy Naminę, Paula i Salema? Jako rodzeństwo powinni sobie razem poradzić. Naminie zresztą też się on nie podoba - stwierdził, a ja pokiwałam wolno głową.



***
Cyferki, wszędzie cyferki. Miałam wrażenie, że zaraz zacznę myśleć kodem binarnym. Ale nie, literki też są. Te jednak trzeba kilometrowymi działaniami nawracać na postać cyferkową.
Dłoń zapewne odcisnęła się już na moim policzku. Posłałam swe błagalne spojrzenie ku zegarowi, jednak ten, nieugięty niczym arabski szejk, uparcie twierdził, że mój korpus zza ławki wystawać będzie jeszcze nieco ponad 20 minut. Lekcje matematyki zawsze ciekawe.
Kiedy kończyłam zapełniać bazgrołami ostatnią stronę zeszytu, do klasy wparowała wyraźnie zdziwiona sekretarka. Urozmaicenie wśród gąszczu niewiadomych, świetnie. Nie żebym miała z matematyki słabe oceny, ale dla mojego humanistycznego umysłu w pewnych chwilach są to zwyczajne męczarnie. Większość uczniów leniwie podniosło głowy.
-Jest Adila Sedraïa? - zapytała niepewnie. Zmarszczyłam brwi. O co może chodzić w środku lekcji?
-Tutaj - powiedziałam, jednocześnie podnosząc rękę i siląc się na uśmiech.
-Bierz torbę i chodź. Adila jest zwolniona z lekcji - stwierdziła, wywołując poruszenie oraz opad mojej szczęki. Zwolniona? Tylko opiekun może zwolnić niepełnoletniego ucznia...
Z nieukrywaną satysfakcją zgarnęłam do plecaka książki. Nauczycielka była tak samo zaskoczona jak reszta klasy. Przywdziałam promienny uśmiech i po szybkim "pa" oraz "do widzenia" zamknęłam drzwi klasy. Odwróciłam głowę ku sekretarce, oczekując solidnych wyjaśnień. Zboczyłam na chwilę w boczny korytarz, by wziąć cienki płaszcz z szafki. Robiło się przyjemnie ciepło. Gdy wróciłam na tor wiodący do sekretariatu, usłyszałam wreszcie powód mojego zbawczego zwolnienia.
-Nie wiem co przeskrobałaś, ale twoi rodzice czekają w moim gabinecie - powiedziała z wyższością. Myślałam, że to jakiś kiepski żart, ale widok znajomej postaci spowodował nagłe ugięcie moich nóg. Stanęłam pośrodku korytarza próbując opanować nagłe zawroty głowy.
-Ja tam nie pójdę - wykrztusiłam. Konfrontacja bez świadków? Boże.
-Oj, już nie udawaj. No, dalej, idź -stwierdziła, jednak ja stałam nieruchomo. W naszą stronę zaczęła zbliżać się mama.
Wyglądała naprawdę bardzo ładnie. Długie, czarne włosy opadały luźno na jej ramiona. Miała zwiewną, pudrowo-beżową sukienkę. Przez czarne buty na obcasie była ode mnie wyższa.
Spojrzała mi w oczy. Wyciągnęła ze mnie wszystkie problemy. Spojrzała mi w oczy. Poukładała mój wszechświat. Spojrzała mi w oczy. Byłam otulona jej opieką i matczynym ratunkiem.
-Mamo - szepnęłam.
Przytuliła mnie mocno. Można powiedzieć, że padłyśmy sobie w ramiona. Czułam zbliżające się łzy. Wreszcie oddychałam spokojnie. Podniosłam wzrok i stanęłam na palcach, by być tego samego wzrostu. Uśmiechałam się jak głupia. Dotknęłam jej policzka, na co zareagowała zaciśnięciem powiek oraz głębokim wdechem. Przyjrzałam się bliżej. Był... sama nie wiem. Nadpuchnięty? Zielonofioletowy? Chwyciłam jej dłonie.
-Mamo? - zapytałam, nie oczekując odpowiedzi. Drżał mi głos. Co się stało?
Złapała mnie tylko za rękę. Poszłyśmy razem w stronę gabinetu. Niebieskie oczy ojca miały nieodgadniony wyraz. Złapałam swój pierścionek i zaczęłam się nim bawić.
-Hej tato - rzuciłam.
-Adila, nie spuszczaj głowy. Wiem, że nasza obecność tutaj jest zaskoczeniem, jednak brak było z tobą kontaktu - powiedział. Zgodnie z poleceniem wyprostowałam się.
-Pardon - wykrztusiłam, bo nie wiedziałam, do czego zmierzają.
-Nie musisz przepraszać, ale chcielibyśmy, żebyś wróciła - no tato, niezłe wymagania.
-Adila, proszę. Po prostu się martwimy - dodała mama.
Nie byłam przekonana. Tata nadal będzie nerwowy, babcia zabiegana i akceptująca sytuację, a mama... cóż, tu muszę wybadać, co się dzieje. Poza tym, będą kłótnie o moje wyjścia. Ale, z drugiej strony, nie powinnam Pascalowi sprawiać problemu zbyt długo. Wyglądałam przez okno, wyobrażając sobie siebie na miejscu jednego z ptaków lecących właśnie kluczem. Tej lotności teraz potrzebowałam. To przecież jednak moi rodzice, powinnam z nimi mieszkać, taka kolej rzeczy.
-D'accord - mruknęłam, siegając jednocześnie telefon.
-Czyli pojedziesz teraz z nami? - mama się rozpromieniła - Potem mają wpaść Namina, Paul i Salem.
Zdziwiło mnie to. Rodzeństwo w komplecie? Wszyscy razem? Może być jednak ciekawie.
"SMS do: Pascal
Rodzice mnie zgarnęli ze szkoły, przywieź mi potem do domu rzeczy, oczywiście jeśli możesz. Mam nadzieję na pozostanie we Francji. Miłego dnia, kocham x"
Co do ostatniej obawy, postanowiłam jak najszybciej ją wyjaśnić.
-Ale żadnej szkoły w Indiach? - mama już miała odpowiedzieć, jednak tata złapał jej rękę.
-Jeszcze zobaczymy - odparł chłodno jak zwykle. Poczułam jednak, że paszport na razie zostanie w szufladzie.
Dziwnie mi się jechało bez dźwięków Mecano płynących z odtwarzacza. Rodzice byli podejrzanie milczący. Powrót do męczącej codzienności. Wyglądałam przez okno, obserwując mijające obrazy. Wszyscy przechodnie sprawiali wrażenie przybitych. Smutny dzień. Co jeszcze może się wydarzyć?
Wysiadłam ciężko z auta. Mmm, apetyczna woń spalin. Tu nie otworzę raczej tak swobodnie okna. Pomyślałam o tym, kiedy Pascal przywiezie mi rzeczy - i czy w ogóle znajdzie czas. Chciałabym go zobaczyć. Byłam spięta.
W drzwiach powitał mnie Salem - ukochany starszy brat. Szkoda, że tak rzadko bywa w domu. Brązowe, gęste włosy z zaczesaną do tyłu grzywką, oliwkowa cera oraz nienaturalnie niebieskie oczy. Uśmiechał się lekko. Był dobrze zbudowany - musiał wiele chodzić na siłownię od naszego ostatniego spotkania. Miał na sobie chabrową koszulę w kratę, białe spodnie i trampki. Lubiłam z nim rozmawiać, ponieważ mieliśmy odmienny tok myślenia, a warto spojrzeć na sprawę inną perspektywą. Był jeszcze wyższy od Pascala - by dobrze go widzieć, musiałam zadrzeć lekko głowę.
-Usamodzielniamy się, Indilko? - wow, już druga osoba tak do mnie mówi. Coś w tym jest.
Zaśmiałam się. Wszyscy siedzieli w moim pokoju. Namina patrzyła podejrzliwie. Paul zaś nie do końca orientował się w sytuacji - zaprosili go, więc przyszedł. Przywitałam się z każdym.
Namina miała włosy związane w luźną kitkę. Do ciemnych rurek założyła kremową, koronkową bluzkę. Moja biała sukienka wraz z jeansową kurtką wypadła słabo. Wolałam jednak wyglądać tak, niż jak niektóre klubowe "laski".
Paul miał zwykły, szary t-shirt i czarne spodnie. Matko, od kiedy tak zwracam uwagę na wygląd ludzi? Próbowałam rozwikłać tajemnicę jego niezrozumiałego powodzenia u kobiet, ale nie wyszło.
-Adila, na pewno wszystko dobrze? - zapytała Namina. Cóż, ona i tak ma już wyrobioną opinię.
-Tak Mina, na pewno - odpowiedziałam z uśmiechem.
-Hej, nasza Mina taka zaznajomiona z tematem, a my nic nie wiemy. Wtajemnicz nas, co? - zaproponował ze śmiechem Salem, zaś Paul potwierdził skinieniem głowy. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, głos zabrała moja siostra.
-Pascal Koeu, prawie 23 lata, koło 176cm, DJ i producent - wyrecytowała prawie jednym tchem. Paul zagwizdał.
-To sobie siostrzyczko wybrałaś - zawsze tak mnie nazywał. Byłam z nich najmłodsza. Zaraz potem był on, następnie Namina. Salem miał już 26 lat.
-Wybrała jak wybrała, ale żeby do takiego uciekać? - no tak, dyskusje z najstarszym bratem.
-No, Mina, usprawiedliwiaj moje zachowanie - stwierdziłam ironicznie. Odwróciła wzrok i zaczęła streszczać tamten wieczór.
Byli w lekkim szoku, nie powiem. Paul bardziej przejmował się moją porywczością (ale co innego mogłam zrobić?), zaś Salem wypytywał o Pascala.
-Czym cię urzekł, co? Przecież twoim partnerem był odtwarzacz, który zdradzałaś dość często z książką - naigrywał się.
-Jest... miły. Czarujący. I kocha muzykę. Ma bardzo ciekawe spojrzenie - wydukałam. Nie wiedziałam do końca, jak powinnam odpowiedzieć.
-Wow, nieźle zamieszał ci w głowie - Salem, dzięki, tyle też wiem.
-Aż chyba trochę za bardzo - wtrąciła Namina.
Zasiała ona we mnie ziarnko wątpliwości. Była w końcu moim największym autorytetem. Miała dobre oceny, przyjaciół, śpiewała, wygrywała konkursy. Jest śliczna i często przyprowadzała chłopaków do domu. Pascala jednak zobaczyłam po raz pierwszy w klubie. Teraz tak nieprzychylnie o nim mówiła.
-Przestań. Ona ma przynajmniej w miarę stabilny związek - odgryzł się w moim imieniu Paul. Często prowadzili takie sprzeczki. Obserwowaliśmy to zawsze z Salemem śmiejąc się. Możnaby powiedzieć, że jest moim najlepszym przyjacielem. Każdemu życzę takiego brata.
Rozmawialiśmy i żartowaliśmy koło trzech godzin. Wspominaliśmy wczesne dzieciństwo. Moim zdaniem temat za często schodził na mnie, ale to szczegół. Powinniśmy się tak spotykać częściej. Odprowadziłam ich do drzwi. Salem został jeszcze chwilę. Tłumaczył coś ojcu, nawet raz krzyknął. Mamy nie widziałam, przynajmniej obok nich.
-Chodź, odprowadzę cię - zaproponowałam Salemowi, gdy wrócił do holu.
Wyszliśmy na dwór. Było ciepło i przyjemnie. Wiał lekki, przyjemny wiatr.
-Adilka, uważaj trochę na niego, d'accord? Mina przesadza, ale mimo wszystko, nie zatracaj się - powiedział, gdy staliśmy sami. - Widzisz, co się może czasem dziać... - dodał szeptem, posyłając wymowne spojrzenie w stronę domu.
-Myślisz, że uderzyłby ją? - zapytałam niepewnie. Salem odwrócił gwałtownie wzrok.
-Tak sądzę - mruknął bez przekonania. - A teraz lecę, trzymaj się siostrzyczko - powiedział, po czym cmoknął mnie w policzek. Objęłam go.
-Dobra, dobra, już się nie rozklejam. Ale... martwi mnie mama - stwierdziłam. Poklepał mnie po plecach.
-Zrobię co w mojej mocy, jeśli cokolwiek będzie nie tak, dobrze?
-Dobrze. Pa - odpowiedziałam z ulgą i odwróciłam się. Zobaczyłam, że Pascal już zaparkował przed domem. Podeszłam zatem do jego auta.
Miał dziwne spojrzenie. Coś wywoływało we mnie niepokój i nie było to spowodowane obawami Naminy. Wysiadł powoli z auta. Na tylnym siedzeniu leżały moje torby.
-Hej - powiedział, po czym mnie objął. Uśmiechnęłam się i pocałowałam go lekko.
-Dzięki, że znalazłeś czas.
-Nie ma sprawy. I tak prawie skończyliśmy już soundtrack, także wreszcie będę miał więcej czasu poza studiem - mówił, ale myślami błądził gdzieś indziej.
-Pascal, co się stało? - zapytałam.
Gwałtownie złapał moje ręce i je wykręcił. Wystraszyłam się nie na żarty. Wytrzeszczyłam ze strachu oczy. Ciężko przełknęłam ślinę. Zaczęłam po chwili odczuwać pulsujący ból. Ścisnął mocniej moje nadgarstki i przyparł do drzwi samochodu.
-Kim był ten facet?! - wysyczał. Płakałam ze strachu. Byłam zbyt słaba, żeby się wyswobodzić. Zaczęłam drżeć.
-Brat... Salem... - dukałam, próbując się uspokoić.
-Nie kłam.
-Nie kłamię! Puść! - jęknęłam. Zmarszczyłam brwi, patrząc na niego z wściekłością. Tak, jak nikt umiał wywoływać we mnie sprzeczne emocje, bez dwóch zdań. Pocierałam delikatnie zaczerwienione dość poważnie nadgarstki.
-Jesteś chory, Pascal. Mina mówiła prawdę - powiedziałam, patrząc w bok. Mój głos był pełen żalu. Nie byłam przekonana co do swoich słów, ale...
-Wcale nie, Adila. Poniosło mnie, przepraszam, ale wiem jaki byłem i boję się, żebyś ty tak samo... - był zdezorientowany. Chyba nie do końca zarejestrował, co przed chwilą zrobił.
-Boję się ciebie, wiesz? Boję! Czy masz mnie za puszczalską lalunię? Naprawdę?! - byłam jednocześnie rozwścieczona i zrozpaczona. Co ty ze mną idioto wyprawiasz?
Patrzył w dół. Był skruszony. Zabolało go to.
-N-nie... Adila, proszę... to... to nie tak... Boże...
Skorzystałam z chwili jego konsternacji i zabrałam torby. Pociągnęłam cicho nosem. On się nie zmieni. Jeszcze nie teraz.
-Lecz się, Pascal. Albo chociaż przemyśl to poważnie. Mam dość twoich emocjonalnych zagrywek. Nie wiem, czego się po tobie spodziewać - wyszeptałam. Miał to być normalny ton głosu, ale zabrakło mi wewnętrznej siły. Właśnie mu powiedziałam, żeby odszedł?
-Obiecuję. Przepraszam. Zmienię się. Boże, Adila, muszę wiedzieć, że mi wybaczysz! - ton głosu miał wręcz rozpaczliwy.
-Niczego nie mogę ci obiecać. Będę nieprzewidywalna, jak ty - powiedziałam i skierowałam się w stronę domu. Usłyszałam ciężkie westchnienie.
Gdy przekroczyłam drzwi z torbami, oczekiwałam względnego chociaż spokoju. Trafiłam jednak na zupełnie niespodziewany widok.
Mama klęczała na podłodze. Płakała. Ojciec wrzeszczał. Nie krzyczał, a wrzeszczał. Najpierw coś o wymyślonej zdradzie, potem chyba sam stracił wątek. Schowałam się za murkiem w kuchni.
-A Adila?! Widziałaś, jak się całowali?! Taka młoda, a już się puszcza!
-Akram, przestań! - łkała. Usłyszałam trzask. Uderzył ją w twarz. Jej policzek od razu przybrał barwę dojrzałego bakłażana. Nie mógł być to pierwszy raz.
Byłam okropna, nie podeszłam, ale bałam się, że mnie także pobije. To odruch bezwarunkowy, unikanie niebezpieczeństw. Zamiast tego znów płakałam, tym razem bezgłośnie. Trzask. Trzask. Trzask.
"Boże, on ją zabije" - pomyślałam i skuliłam się. Nie wiedziałam, czy mogę jakoś pomóc. Siedziałam parę metrów dalej, a czułam się bezsilna.
Uderzył ją. Nigdy nie widziałam, jak przekracza tę niepisaną granicę. To było niedopuszczalne. Karygodne. Okropne. Wtedy przestał być moim ojcem. To koniec. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Podniósł rękę na kobietę. Bez powodu. Bez zahamowań. Bez skrupułów.
Zaczął drwić z Salema. Obrażać go. Bluzgać. Wpadł w szał.
-Putain, po co ty gnoja rodziłaś?! Żeby za dom wcześniej zapewniony odwdzięczał się pyskowaniem?! Connard!
-Adila, dzwoń po policję! - usłyszałam przeciągły jęk. Pomimo telefonu w kieszeni nie odważyłam się. Cholerna psychika.
Trzask jakiego jeszcze nie było. Łupnięcie o podłogę. Wychyliłam się nieśmiało. Rzucił nią o ścianę. Moja ukochana mama leżała teraz nieprzytomna, bezwładna niczym kukła. Zemdlała przez uderzenie. Miał powód, którego nie znałam? A może to po prostu jego prawdziwe oblicze? Władczy tyran?
Wstałam i podeszłam do drzwi. Chyba mnie zauważył, ale nie było to ważne. Miałam jedynie naładowany telefon oraz 5 euro. Urządzenie wyrzuciłam jednak w holu - niech nie liczą na kontakt. Wyszłam, pozostawiając za sobą największe zło, jakie widziałam. Stchórzyłam. Zwyczajnie stchórzyłam. Jeśli coś jej się stanie, będzie to moja wina. Ale ja za nią nie odejdę. Ty też musisz myśleć, mamo.
Nadal wiał przyjemny wiatr. Szłam powoli w ciemną ulicę Paryża. Lampy świeciły o wiele słabiej. Niebo zdobił jedynie smutny rogal księżyca. Taki czarno-biały przypominał francuskiego klauna. Podeszwy moich butów rytmicznie stukały o chodnik. Szłam wolna. I wydrążona z emocji. Stałam się nicością. Przez dwóch zupełnie różnych mężczyzn.

wtorek, 10 marca 2015

5.

Szłam ulicami Épinay-sur-Seine ze świeżymi bagietkami w torbie. Cóż, ktoś musi robić zakupy. Twarz smagał mi przyjemny, wiosenny wietrzyk. Wszystko wydawało się przyjemniejsze i w cieplejszych barwach - nawet pomiędzy płytami brukowymi zaczęły rosnąć soczyście zielone koniczyny. Ludzie jak zwykle patrzyli na mnie ze zdziwieniem, ale odkryłam, że nie przywiązuję do tego większej wagi. Idylliczny nastrój. Pomimo niedzieli, większość śpieszyła się jednak. Dzieci wciśnięte w wyjściowe stroje próbowały nadążyć za zestresowanymi rodzicami. Pomimo miarowego stukotu lakierowanych bucików, ich dusze wraz z myślami szybowały wysoko. Dlaczego odzierają dzieci z marzeń?
"Pourquoi vous exécutez toujours?" - przebiegło mi przez myśl. Dlaczego zawsze biegną? Próbują chwytać kolejne dni, spychając w cień teraźniejszość. Czy nie wystarczy im to, co mają?
Mama mówiła, że zawsze trzeba się uśmiechać, by móc w pełni doświadczać dobrych chwil i przetrwać złe. Sama jednak tkwiła w strachu przy tacie, ale... może dostrzega coś, czego ja nie? Jest przecież bardzo mądrą kobietą. Ciekawe, co robi. Zanurzyłam się w zgiełku - nawet jeśli to przedmieścia, można doskonale podążać za tłumem. Zresztą, najlepiej widać takie rzeczy na protestach. Obywatele często protestują - to wręcz swego rodzaju zwyczaj. Nie wiem, dlaczego czasem krzyczą dla zasady. To okropne. Nie demonstracje, a podnoszenie głosu. Rzadko zwiastuje coś dobrego, wywołuje strach, łzy. Okrzyk radości brzmi zupełnie inaczej. Imię ukochanej osoby wykrzykiwane po rozłące - także. To uwalnianie emocji, zaś krzyk - wypuszczanie demonów.
Stanęłam przed jednym z bardziej ruchliwych przejść dla pieszych. Tutaj pośpiech jest wręcz wskazany, jeżeli nie zamierzasz zostać jednym z pasów. Szaleni, paryscy kierowcy. Większość wraca teraz z domków na wsiach do tej romantycznej aglomeracji, by rzucić się w wir tygodnia roboczego. Warto czasem przerwać monotonię, nieprawdaż? I mój los o to zadbał, bo obok przystanęła kobieta, która uczy mnie francuskiego w liceum. Jest już starsza, przez co zaproponowanie pomocy wydało mi się koniecznością - szczególnie, że targała zakupy.
-Och, Adilo, bardzo ci dziękuję - powiedziała z uśmiechem, gdy w całości dotarłyśmy na drugą stronę. Była jednak lekko zdziwiona. Spojrzała z zaciekawieniem na moje zakupy. - Ale, dziecko drogie, co ty tu robisz? Przecież masz boulangerie o wiele bliżej domu. Przeprowadziłaś się? - wiedziałam, że mogę zaufać tej kobiecie.
-Nie, proszę pani.
-W takim razie, dlaczego cię tu widzę?
-Bo chwilowo nie mieszkam w domu - była zszokowana.
Mogłabym ją nazwać ciocią, nie obraziłaby się. Zresztą, ta kobieta rozumie mnie lepiej, niż większość mojej "bliskiej" rodziny.
-Może wejdziesz na kawę? Mam drugą boulangerie zaraz pod domem, będziesz mogła potem kupić świeższe pieczywo - chętnie przystałam na tę propozycję. Tego potrzebowałam - rozmowy z osobą, która oceni moją sytuację z innej perspektywy. Dalej szłyśmy razem. Okazało się, że nie mieszka wcale tak daleko od Pascala. Musiałam nie zauważyć bliżej położonej boulangerie, ale przyznam, że dłuższy spacer wyszedł mi na dobre. Zrządzenie losu? Możliwe.
Nigdy nie byłam u niej w mieszkaniu. Wywarło na mnie ogromne wrażenie - pozytywne oczywiście. Wiekowe meble, długie, drapowane firany... Salon zachwycił mnie tapetą w drobne kwiatki. Tych zresztą było tu dużo - głównie doniczkowych. Pozwolono mi zająć miejsce w ogromnym, wygodnym, bujanym fotelu. Obok stał bardzo stary zegar, tykający miarowo. Odruchowo stuknęłam palcami w ciemne drewno. Nie krępowałam się jednak tak bardzo tą konwersacją.
-Czyli mówisz, że nie mieszkasz w domu? - potwierdziłam skinieniem. Czuję, iż nieźle się pani zdziwi. - Gdzie zatem? - uniosła znacząco kąciki ust. - U chłopaka? - nie atakowała mnie. O, jakaś nowość. Muszę się przyzwyczaić.
-Tak. Wie pani, nie cieszy się on opinią zbyt wiernego, ale zmienił diametralnie swoje postępowanie. Wyszło jednak na jaw, że rok temu był z moją siostrą. Ta, znając jego nieciekawe oblicze, przedstawiła wszystkie wady moim rodzicom, a chyba rozumie pani, jak tata potrafi się wściec - pokiwała wolno głową. Zmarszczyła delikatnie brwi.
-Dlatego u niego pomieszkujesz?
-Nie. Tata chciał wysłać mnie do Indii. Po moim sprzeciwie wyrzucił mnie z domu - pogłaskała współczująco moją głowę.
-Ach, ty moja Indilo! Może niegrzecznie, że pytam, ale... to Pascal Koeu? - uśmiechnęłam się szeroko. Indila, fajnie brzmi. Pasuje do mnie. Przyjmie się w szkole.
-Tak, dokładnie. Zna go pani?
-Oczywiście, jest bardzo miły. Często mi pomagał. Tak jak mówisz, miewał wyskoki, ale to w gruncie rzeczy dobry facet - powiedziała zupełnie naturalnie. Da się przeprowadzić taką rozmowę bez oskarżeń i krzyku? Moja lista interesujących faktów się powiększa.
Mieszkałam u niego już tydzień. Sypialnia stała się moim tymczasowym pokojem, jednakże Pascal często tam przesiadywał, ze względu na komputer (i mam nadzieję, że trochę dla mnie). Uwielbiam, gdy zamiast budzika z krainy Morfeusza wyciągają mnie promienie słoneczne wpadające przez okno. Rano lubię sobie je otworzyć. Powietrze jest o wiele czystsze niż w mojej okolicy. Cóż, Épinay-sur-Seine leży odrobinę dalej od centrum Paryża. Rześki podmuch wiatru pobudza mózg do intensywnej pracy, takiej jak rozmyślania nad życiem czy stylizacją dnia. Wiem, że brzmi to śmiesznie, ale dla mnie te chwile są magiczne. Ja patrzę w uśpioną jeszcze panoramę miasta, zaś moje myśli tańczą z wiatrem po paryskich dachach. Nie mam pojęcia, czy to noc, czy też dzień. Po prostu istnieję. A Paryż istnieje dla mnie.
Wtedy też lubię, kiedy Pascal przychodzi mnie przytulić. Jestem naprawdę zbyt uczuciowa, ale nic na to nie poradzę. Potrzebuję bliskości drugiej osoby, chociażby dla komfortu psychicznego. Je t'aime - te dwa słowa potrafią rozjaśnić każdy poranek. Wszyscy pragniemy miłości i zrozumienia. W moim wypadku pragnienie to nasila rankiem, jak już wspomniałam, otwarte okno. Czasem stawaliśmy razem i obserwowaliśmy zagubione, zaspane jeszcze jednostki ludzkie błądzące ulicami. Byli w pewnym sensie uroczy - niezdolni do normalnego funkcjonowania, usilnie próbujący kurczowo trzymać się poręczy względnej świadomości. Tak, poranki w mieszkaniu Pascala są czymś więcej, niż beznamiętnie dzwoniącym budzikiem.
Na nowo odkryłam zalety słodkich śniadań, których moi rodzice starają się konsekwentnie unikać. Ale czy rankiem może być coś lepszego, niż świeża, chrupiąca bagietka z dżemem jagodowym i kawa? Dla mnie na pewno nie. To przecież właśnie z nimi jesteśmy kojarzeni za granicą. Po takim uszykowaniu byłam odwożona pod lycée, wywołując niemałą sensację. Nie dość, że samochód z tych droższych, DJ za kierownicą, to jeszcze kujonek na fotelu pasażera. Spotkałam się nawet z pytaniem, czy to moja rodzina. Każdy dzień odpowiadał innemu wykonawcy - tym sposobem przesłuchaliśmy znakomite utwory Mecano (Hijo de la Luna zapamiętam chyba do końca), Michaela Jacksona, Jacquesa Brela, Edith Piaf i innych.
Nienajgorsze auto przyciągnęło nawet uwagę nauczycieli, którzy nagle zaczęli uważniej mnie obserwować. Koleżanki ciekawym zbiegiem okoliczności przypomniały sobie o moim istnieniu, zaś ameby z czwartkowego występu - tu też byłam w szoku - przeprosiły mnie. Co też pieniądze robią z człowiekiem - przecież ich na wieczność nie zabierzesz. Można je łatwo stracić, zaś wspomnień nie odbierze wam nikt, chciwcy. Jesteście fałszywie szczęśliwi, handlujecie swoimi wartościami. Spróbujcie kupić szczerą miłość, prawdziwą radość, łzy śmiechu. Wszędzie materialiści. Mam nadzieję, że ten związek nie zmieni mnie w inną osobę - choć na razie tylko widzę więcej i naprawdę jest to przydatne.
-Ale... skąd pani wiedziała? - zapytałam. Nie należała do osób, które całymi dniami plotkują o życiu sąsiadów. Takie odniosłam przynajmniej wrażenie.
-Widziałam, jak cię podwozi - odpowiedziała ze śmiechem. No tak, wystarczyła spostrzegawczość. - Poza tym, ostatnio wydaje się jakiś weselszy.
Jej wypowiedź wywołała u mnie uśmiech. Weselszy? Z mojego powodu? Jeśli mam prawo tak podejrzewać.
Stwierdziła też, że nie powinnam uciekać przed problemami. Cóż, według mnie, była to dobra opcja, przynajmniej na razie. Ani mama, ani tata nie dzwonili. Ja też zresztą milczałam. Swoją drogą, chyba nie odważyłabym się odebrać. Gdzieś w środku nadal tlił się strach. Trudno tak szybko przełamać swoje lęki, szczególnie kiedy coś w ostatnim czasie je spotęgowało.
Niedługo potem wyszłam, zabierając jeszcze dość ciepłe bagietki - oceniłam je jako "do zaakceptowania". Po drodze minęłam wyjątkowo dużą liczbę zakochanych. Z ich twarzy biło szczęście porównywalne do beztroskiej wolności ptaków latających nad naszymi głowami. Było to piękne, bo tak szczere, naturalne... Spontaniczne. Nikt tego nie zapisał w terminarzu. "Ten miesiąc, ten dzień, taka godzina - szczęście". Byłoby w sumie o wiele łatwiej. I szarzej. Nudniej.
Był to naprawdę nieprzewidywalny dzień, bo przed wejściem do domu zauważyłam jakiegoś mężczyznę. Wyglądał przeciętnie, a na pewno nie podejrzanie. Siejący postrach czarny t-shirt i jasne jeansy. Miał czarne włosy, ciemną karnację oraz okulary. Musiałam do niego podejść, choćby z pragnienia otworzenia drzwi. Spojrzał na mnie zdziwiony - i tym razem nie chodziło mu raczej o wygląd.
-Bonjour - powiedział niepewnie.
-Bonjour - odpowiedziałam. - Czeka pan na kogoś?
-Yyy... jest może Pascal? - wydukał, ze zdziwieniem patrząc na wyjmowane przeze mnie klucze.
-Pewnie tak, ale jeśli komponuje czy intensywnie myśli, to pewnie nie słyszy pukania - uśmiechnęłam się. Zatem kolega Pascala? - Niech pan wejdzie.
Otworzyłam drzwi, zdjęłam kurtkę, buty i położyłam zakupy w kuchni. Gość był ewidentnie skonsternowany. Po chwili otrząsnął się, podszedł, po czym wyciągnął rękę. Miał drogi zegarek - jestem kobietą, co poradzę, zwracam uwagę na takie rzeczy.
-Karim.
-Adila, miło mi. Chce pan... chcesz kawy? - głupio było mi mówić mu po imieniu. Wydawał się jeszcze starszy od Pascala, a już nas dzieliło przecież pięć lat. - Skąd się znacie?
-Poproszę. Pracujemy razem już dość długo. Przepraszam, może niegrzecznie, że pytam, ale ty jesteś... - pauza była aż nazbyt pytająco-dramatyczna. Zaśmiałam się, jednocześnie nalewając kawy.
-Dziewczyną Pascala. Z mlekiem? Słodzisz? - jak gdyby nigdy nic zaczęłam kroić bagietkę, choć kątem oka doskonale widziałam, że wbiło go w fotel. Uniósł brew i położył ręce na stole.
-Nie, nie, taka może być... - stwierdził, więc podałam mu filiżankę.
Zabrałam się za przygotowywanie śniadania dla mnie i Pascala. Dopytywałam się o szczegóły ich pracy - z jednej strony chciałam potwierdzić jego tożsamość, z drugiej zaś - po prostu wiedzieć więcej. Dowiedziałam się zatem o początkach, firmie K2K Entertainment oraz poznałam szczegóły współpracy z Monsieur Besson, jeśli chodzi o soundtrack do Taxi 3.
Jak można było się spodziewać, akurat wtedy nie zadziałała moja wielozadaniowość, przez co kawa i bagietki dla Pascala leżały grzecznie na blacie. Uświadomił mi to jego wzrok, kiedy stanął w wejściu do kuchni. Zerwałam się z krzesła, mimo wszystko szczegółowo oglądając "robione na zamówienie" kafelki. Grzywka dawała mi jednak częściową możliwość obserwacji.
Zbulwersował się dość mocno na widok Karima. Posłał mi gniewne spojrzenie, po czym wsadził ręce do kieszeni.
-Jak długo tu siedzicie? - padło pytanie, jednak wybrzmiało tylko w przestrzeń. - I, Adila, tak w sumie, skąd go znasz? - znów cisza. Zacisnęłam ręce w pięści. A przecież nie zrobiłam nic złego.
-Daj spokój, Pascal. Stałem pod domem, więc mnie wpuściła. Mógłbyś też czasem usłyszeć pukanie.
-Każdy mógł stać pod drzwiami. Nie zna cię... no, uświadom mnie, jeśli się mylę? - był bardzo zirytowany.
Nie widziałam go takiego. Zaczęłam nierówno oddychać. Podobno kobiety wybierają sobie partnerów na wzór domu rodzinnego. Jeśli okaże się taki jak tata? Nie, to niemożliwe.
Słyszałam jak rozmawiają, ale przestałam przyswajać słowa. Stałam tam spięta, ze zwieszoną głową. Czułam, że zaczynam się trząść - odżyły we mnie wszystkie lęki, przed którymi w ostatnich dniach uciekałam.
-Przepraszam - szepnęłam, po czym skierowałam się do pokoju.
Usiadłam na łóżku, przytłoczona strachem. Czasem lepiej jest nie myśleć, prawda? Spokój Adila, spokój, czy on dał ci kiedykolwiek powód, byś tak się bała?
Poczułam, że zaraz go otrzymam, gdy tylko wszedł do środka i trzasnął drzwiami. Starałam się nie zemdleć. Przygryzałam od środka policzki. Tak, bałam się. Człowieka, którego kocham. Który nigdy nie dał mi powodu do strachu czy obaw. Bałam się podświadomie, instynktownie. Położyłam dłonie na kolanach, próbując oddychać miarowo. Starania te spełzły jednak na niczym.
Trzask. Uderzył pięścią w drewniany blat. Ciężko przełknęłam ślinę. Boże, dopomóż.
-Mogłabyś, z łaski swojej, na mnie spojrzeć?! - krzyknął.
Podniosłam głowę z niedowierzaniem. Krzyknął. On krzyknął. Mój Pascal właśnie na mnie krzyczał. Wręcz namacalnie poczułam, jak momentalnie oplata mnie jego gniew. Rozchyliłam usta, bo oddychanie przez nos stało się z powodu emocji niewykonalne.
-To mógł być każdy! Złodziej, kryminalista... Zresztą, czemu mnie nie zawołałaś od razu?! Skąd mam wiedzieć, czy tylko rozmawialiście?! - był doprawdy wściekły.
Pomimo tego uniosłam nieznacznie kąciki ust. Pascal, poważnie?
-Czyżbyś był zazdrosny?
-Jak widać, dajesz mi powody! Powiedz mi, twoja głupota jest naturalna?!
Krzyk. Zaczęłam się niekontrolowanie trząść. On krzyczy. Nadal krzyczy. Znów nie rejestrowałam słów. Patrzyłam na niego przerażona i skulona. Ledwie łapałam oddech. Nie atakuj mnie swoimi demonami. Inni czują inaczej, wiem. Ale ja nienawidzę krzyku. Miażdży on swoją potęgą, wskazuje moje miejsce między innymi problemami w czarnej dziurze złości. A teraz krzyczy Pascal. Osoba, której ufam, a może ufałam. Odarł mnie zupełnie ze stabilności emocjonalnej. Łzy ciekły mi strumieniami. Wiem, jestem beznadziejna, zostaw mnie! Nie atakuj! Przez cieknące krople zobaczyłam drugą postać, która złapała go za ramię.
-No stary, teraz przesadziłeś. Nie wyolbrzymię, jeśli powiem, że umiliłeś niedzielę połowie osiedla - powiedział, po czym wyszedł.
Czułam, że jestem blada. Nadal dygotałam ze strachu. Jego krzyk sprawił, że przez chwilę przestałam istnieć. Stałam się nikim. Pustą przestrzenią. Próżnią rozdzieraną dźwiękiem. Nie atakuj.
-Adila? - niepewnie wypowiedział moje imię.
Podszedł i chciał dotknąć mego ramienia. Gwałtownie się odsunęłam. Zacisnęłam odruchowo zęby. Spojrzałam w jego oczy. Przeraził się. Niech widzi, do czego mnie doprowadził. Krzyknął. Jak mógł.
-Adila... - zaczął ponownie, znów podejmując próbę objęcia mnie. Z trudem łapałam rytm oddechu.
-Zostaw - syknęłam, wyglądając przez okno. Nie przyniosło ono ani ukojenia, ani odpowiedzi.
-Przepraszam, matko, nie chciałem... - był zagubiony. Ja zresztą też.
-Tak zamierzasz mnie ranić?
-Co zrobiłem aż tak strasznego? Wyglądasz, jakbym co najmniej wyciągnął nóż.
Wow, Pascal, jaki budujący komplement. Naprawdę nie widzisz?
-Krzyczałeś.
-Tak bardzo cię to rani? Krzyk? - był zaskoczony. Ja starałam się na dobre uspokoić oddech.
-Kiedy krzyczysz, przypominasz mi ojca - szepnęłam.
Znów spojrzałam mu głęboko w oczy, czekając na reakcję. Coś go tknęło w środku. Wstał i spojrzał na mnie przepraszająco.
-Wybacz - powiedział prawie bezgłośnie, po czym wyszedł.
Owinęłam się szczelnie kołdrą. Tak to ma wyglądać? Dlatego mama tkwi przy tacie? Nie chcę takiego życia. Nigdy jak dotąd nie krzyknął. Może to tylko jednorazowe? Z drugiej strony, tak łatwo popadł w złość.
Przeraźliwie kręciło mi się w głowie. Stwierdziłam, że warto byłoby napić się wody, jednak ostatecznie nie wstałam. Gdy podniosłam głowę z poduszki, zegarek wskazywał piętnastą. Bardziej stawiałabym na omdlenie w połączeniu ze snem niż zwykłą drzemkę. Byłam nieziemsko głodna - w końcu od rana wypiłam tylko kawę. Czułam na twarzy maskę z zaschniętych łez. Mimo to uśmiechnęłam się. Na biurku stał wazon z bukietem białych róż. Moje ulubione... domyślił się?
Do kuchni udałam się rozdarta pomiędzy zupełnie sprzecznymi emocjami. Przeprosił, a nawet kupił kwiatki. Ale... czy to coś znaczy, jeśli tak ma wyglądać codzienność? Tyle że tak pięknie pachną...
-Wybaczyłaś? - stanął za mną, gotowy do odwrotu. Ostrożnie chwycił moją rekę.
-Niezupełnie. Miałeś zrobić wszystko, żebym się nie bała.
-A bałaś się?
-Tak.
-Bo krzyczałem?
-Yhym.
-Jeśli obiecam, że więcej nie krzyknę, przestaniesz się bać?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Ufam mu? Mogę? Jestem tego pewna?
-Możliwe.
-W takim razie obiecuję - ścisnął moją dłoń mocniej - A teraz szykuj się, bo idziemy do restauracji.
-Restauracji? - powtórzyłam zdziwiona.
-Patrząc na godzinę, musisz być głodna.
Oj Pascal, w co ja się wpakowałam.


wtorek, 3 marca 2015

4.

Spojrzałem na nią z uśmiechem. Ten telefon w okolicach trzeciej był doprawdy szalony. Szczerze mówiąc, bardzo się wystraszyłem widząc ją nieprzytomną z ogromnym siniakiem obejmującym prawą połowę twarzy. Musiała być dziś rano dość zdziwiona. Zresztą, jeszcze nie wyszła z szoku. Siedziała dziwnie spięta. Dotknąłem jej ramienia.
-Adila, coś nie tak? - zapytałem. Jej spojrzenie odnotowałem przez okrągły ułamek sekundy. Coś było na rzeczy. Ach, te wymowne kobiety.
-Nie, tylko... - zaczęła, zwijając róg kołdry w kłębek. Wzięła głęboki oddech, po czym wreszcie odwróciła głowę ku mojej. - Ja... nic nie pamiętam. Upadam, a rano po prostu budzę się u ciebie w łóżku.
-Jak widać, masz dobrze rozwiniętą zdolność teleportacji - zaśmiałem się, jednak ona usilnie patrzyła na łóżko. Położyłem dłoń na jej nienaruszonym policzku. Gdy na mnie spojrzała, miała w oczach łzy. Jest taka młoda, nie radzi sobie. Zapewne dlatego poszła do tego klubu. Otworzyła usta by coś powiedzieć, jednak jej przerwałem. Chyba wiedziałem, jak brzmiałoby następne pytanie.
-Zapewniam cię, głuptasku, że tę noc spędziłem grzecznie na kanapie - zawstydziła się, jednak odetchnęła z ulgą. Nawet mnie nie podejrzewaj.
-Przepraszam za kłopot - powiedziała szeptem. Ewidentnie było jej głupio, ale co bardziej dociekliwi sąsiedzi przynajmniej mieli okazję do plotek. Ten Pascal to taki zły, dziewczęta omdlałe po nocach zwozi. Coś czuję, że długo nie dostanę zaproszenia na sąsiedzką kawę.
-Ty nigdy nie będziesz moim problemem, Adi - odpowiedziałem po krótkiej chwili i przytuliłem ją. - Jesteś naprawdę lekka - teraz już nie mogła powstrzymać śmiechu.
-Szybciej podejrzewałabym cię o kartę stałego klienta siłowni - złapała mnie za biceps. Była doprawdy urocza.
-Pomagałem tacie w pracy.
-Och, a czym się zajmuje? - zapytała z zaciekawieniem. Jeśli czekasz na superhiperważną posadę, rozczaruję cię.
-Jest robotnikiem. Uczciwie zarabia ciężką pracą. Oczywiście teraz wysyłam rodzicom pieniądze, ale... nie zawsze mam dobre miesiące, rozumiesz - przytaknęła. Na jej twarzy malowało się jednak zdziwienie.
-Spodziewałeś się, że to ty będziesz dawał finanse rodzicom, a nie na odwrót?
-Oni podarowali mi ten dom, więc uważam to za słuszne.
-Muszą być mili - powiedziała z uśmiechem, jednak mina jej zrzedła. Mnie zresztą też.
-Twoi raczej nie będą zadowoleni. To moja wina, powiniem od razu podrzucić cię do domu - stwierdziłem. Sytuacja była trudna, bo żadne z wyjść nie dawało pełnej satysfakcji.
-Nieprzytomną, z ogromnym siniakiem i aromatem alkoholu? Obudziłabym się w szkole z internatem. Najpewniej indyjskiej - uniosła brwi. Tak, dzisiejszy dzień zapowiada się bardzo ciekawie.
-Zatrudniłbym się tam - powiedziałem, całując ją w czoło. - Jesteś głodna? Już jedenasta.
-Zjadłabym croissanta - wstała, po czym lekko się zachwiała. Musi iść potem do lekarza - spotkania z betonem rzadko bywają dobre w skutkach.
-To dobrze, bo aktualnie są jedynym produktem na stanie - podszedłem, by jej pomóc. - Chcesz kawę czy herbatę?
-Ja zrobię... - powiedziała niepewnie. Miała rozbiegany wzrok, widać było, że czuje się niespecjalnie. Płynnym ruchem wziąłem ją zatem na ręce i zacząłem nieść do kuchni.
-Ej! - zachichotała.
-Przykro mi, ale ta podłoga to importowane drewno i boję się, że kolejnym upadkiem mogłabyś spowodować uszkodzenia.
-Kafelki w kuchni też masz importowane? - patrzyła się na mnie z błyskiem w oku. Ta sytuacja była zabawna.
-Nie, tylko robione na zamówienie - zaśmiałem się i posadziłem ją na krześle. Podsunąłem Adili croissanta na talerzu, po czym zacząłem robić kawę.
-Po tym mnie nie uniesiesz - skomentowała czekoladową polewę wypieku.
-Przyjmuję wyzwanie! - krzyknąłem, ponieważ parujący i buczący ekspres zagłuszał mój głos.
-Masz może pomysł na wytłumaczenie się rodzicom? - zapytała zaniepokojona. Wzruszyłem ramionami jak najmniej lekceważąco.
-Nie mam. Słabo to wszystko się potoczyło, nie sądzisz? - kiwnęła głową na tak. Postawiłem na stole dwa kubki z kawą i usiadłem obok zamyślonej dziewczyny. - Chociaż mogłabyś się tak budzić częściej - w odpowiedzi usłyszałem cichy, perlisty śmiech.
-Nie miałabym nic przeciwko - rzuciła mi rozbawione spojrzenie. Westchnęła. - Boję się trochę konfrontacji z rodzicami. Będą bardzo źli.
-Nie wątpię. Też bym był - przewróciła oczami. Pogłaskałem ją po włosach, teraz swobodnie opadających na plecy. - Chcesz, żebym poszedł z tobą? - zapytałem, choć sam miałem duże wątpliwości z tym związane.
Wlepiła we mnie spojrzenie. Tak, dla tych czarnych oczu zgodzę się na wszystko.
-Naprawdę byś poszedł?
-Czemu nie. Może i przed gniewem cię nie osłonię tak bardzo, ale we dwójkę zawsze raźniej, prawda?
-Dziękuję - powiedziała i pierwszy raz sama mnie pocałowała. Pomimo tego, że właśnie wpadłem po uszy w merde, uśmiechałem się od ucha do ucha niczym kretyn.
-Jakie mam szanse na wyjście z tego cało? - zapytałem pół żartem, pół serio.
-Teoretycznie rzecz biorąc, nawet bardzo duże. Agresywny beton jest tylko w chodniku przed domem - wybuchnąłem śmiechem, ale wiedziałem, że to spotkanie dość znacząco zmieni nasz wesoły nastrój.
-Pojedziemy za chwilę autem, chyba że chcesz przez 17 km imitować ofiarę przemocy domowej.
-Nie będę narzekać na czterokołowe luksusy.
-Mam taką nadzieję - stwierdziłem, szukając kluczyków. Przy pierwszym podejściu włożenia ich do kieszeni, wypadły mi z ręki. Moje dłonie zsiniały - od kiedy Pascal Dyrektor się stresuje? I tak jej ojciec mnie znienawidzi, jeśli już to nie nastąpiło. Mama wydaje się być bardzo miłą kobietą.
Adila wzięła z wieszaka kurtkę i objęła mnie od tyłu.
-Idziemy? - zapytała zapinając zamek.
-Tak, już - otworzyłem drzwi. - Szykuj się na emocjonującą przygodę.
-Z agresywnym betonem i chorymi z niepokoju imigrantami w roli głównej. - chichotaliśmy.
Jechaliśmy w milczeniu. Osobiście musiałem przygotować się psychicznie na wizytę u jej rodziców w zaistniałej sytuacji. Siniak wcale nie zrobił się mniejszy, zbladł i zzieleniał tylko lekko, co zresztą uwidoczniło tylko zadrapania. Musiało naprawdę boleć.
Otworzyłem jej drzwi i złapałem za rękę. Naprawdę ogarnęły mnie wątpliwości, czy powinienem tam iść. Ona też zresztą kroczyła niepewnie.
-Spokojnie, jakoś to będzie - powiedziałem,  siląc się na uśmiech. Zachowajmy pozory. Spojrzała na mnie wzrokiem typu "nic nie wiesz". Wyciągnęła klucze i otworzyła drzwi. Zdążyła wciągnąć mnie do środka nim się rozmyśliłem. Nie bądź tchórzem, Pascal. W holu prawie wpadliśmy na kobietę, którą sklasyfikowałem jako jej babcię. Uśmiechnąłem się - wyglądała miło.
-Adi, dziecko, gdzieś ty była! Co się stało? Rodzice cali w strachu chodzą... - stałem grzecznie z boku. Adila rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie. Będę prezentowany, świetnie. Maszynka do mięsa gratis, tylko dzisiaj.
-Babciu, to jest Pascal... - zaczęła. Kobieta patrzyła na mnie podejrzliwie. - Teraz słuchaj, bo będziesz pewnie jedyną osobą, która nie będzie chciała mnie eksmitować po opowieści, gdzie byłam.
-Witam, miło mi poznać - wtrąciłem i uścisnąłem dłoń starszej pani.
-Chyba nie ty jej to zrobiłeś? - zapytała szeptem, wskazując na obitą połowę twarzy swojej wnuczki. Uniosłem brew. Wyglądam na kryminalistę? Nie ten kolor koszuli?
-Oczywiście, że nie - odpowiedziałem.
-Gdzie rodzice? - zapytała Adila. Trzęsła się delikatnie.
-W salonie. Aż dziwne, że jeszcze nie przyszli zobaczyć, kto przyszedł. Zatem - co ci się przytrafiło?
-Będzie to bardzo duży skrót. Poszłam do klubu, wypiłam parę drinków. Źle się poczułam, więc wyszłyśmy z Sandrą i na zewnątrz, ale zemdlałam, fundując mojej twarzy zacieśnianie więzów z betonem.
-A dalej?
-Przyjechał po mnie Pascal.
-Z tego nie będą raczej zadowoleni - fuknęła i machnęła ręką, zapraszając nas do salonu. Przytrzymałem jednak rękę Adili.
-Zanim tam pójdziemy, chciałbym coś wiedzieć na pewno - znów podejrzliwe spojrzenia. Ostatecznie jednak się uśmiechnęła.
-Cóż takiego jest tak ważne?
-Zostaniesz moją dziewczyną? - podniosłem ją lekko i pocałowałem. Odzwajemniła mój ruch.
-Rozumiem, że to znaczy tak? - zapytałem rozpromieniony. No Pascal, przechodzisz sam siebie. Brakuje ci tylko róży w zębach.
-Oczywiście. Szybko rozumujesz - zaśmiała się i ujęła moją dłoń. Tym razem ona musiała prowadzić.
Weszliśmy do salonu. Na grafitowej kanapie siedzieli jej rodzice. Cóż mogę powiedzieć, nie wyglądali na zadowolonych. Kiedy Adila podniosła głowę, zamarli. W sekundzie stałem się wrogiem numer jeden. Chyba pójdę do apteki po jakąś maść na tego jej sińca. Byli w takim szoku, że przez chwilę żadne z nas nie odważyło się poruszyć, a co dopiero odezwać. Ostatecznie jednak usiedliśmy na przylegających do siebie fotelach.
-Mamo, tato... To jest właśnie Pascal - posłała mi ukradkiem uśmiech - Mój chłopak. - jej ojciec wytrzeszczył oczy, a ja wyszczerzyłem zęby.
-Bardzo miło mi państwa poznać - powiedziałem, chcąc wywołać pozytywne wrażenie mimo siniaka na połowie twarzy Adili. Nie byłem w końcu za niego odpowiedzialny.
-Zatem, Pascal... - zaczął - Czym się właściwie zajmujesz?
-Jestem DJem, producentem, realizatorem dźwięku i kompozytorem - błagam, pytania zawodowe? Bardziej szablonowo się nie dało?
-Dziwne, że o tobie nie słyszałem  - powiedział z pogardą, jednak wyraźnie zaciekawiony. Obok odtwarzacza leżał krążek Scred Connexion. Cóż za ironia. Wskazałem go palcem - pobawmy się.
-Słucha pan tego?
-A dlaczego nie?
-Mógłbym wiedzieć, które utwory są pana ulubionymi?
-Wszystkie są świetne, ale chyba 2. i 6. - uśmiechnąłem się.
-Jestem akurat ich producentem - Adila i jej mama wyglądały teraz podobnie. Spięte, lekko pochylone do przodu oraz wyraźnie zdziwione. Mój rozmówca zaś aż zaniemówił. Postanowiłem wykorzystać jego osłupienie. - Dobrze mi się z nimi pracowało, ale wolę tworzenie soundtracku Taxi 3. Film wychodzi dopiero w przyszłym roku, jednak utwory chcą teraz.
-Od kiedy się znacie? - zapytała mama Adili, pewnie po to, by przerwać ciszę. Wiedziałem, że okrągłe cztery dni nie zrobią na nich wrażenia.
-Szczęśliwi czasu nie liczą - odparłem z uśmiechem, skrycie błagając o pominięcie tego tematu.
-To z nim byłaś wtedy na Champs-Elysees? - moja dziewczyna skinęła twierdząco głową. Uroczo to brzmi. Moja dziewczyna Adila.
Mężczyzna poprawił się na kanapie - czułem, że zaraz poruszymy temat wczorajszych wydarzeń. Mój odkryty niedawno instynkt nie zawiódł mnie.
-Może w takim razie dowiem się, gdzie i z kim wczoraj byłaś, moja panno?! Ewentualnie możesz jeszcze opowiedzieć, co on ci zrobił! - Adila wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć płaczem. Cóż robić?
-Mógłby pan na nią nie krzyczeć?
-Mógłbyś jej nie omamiać i nie zostawiać śladów na twarzy?!
-Tato, to nie on! Poszłam do klubu z koleżankami, przyznaję się, piłam! Rozumiesz?! Zemdlałam potem, trzaskając twarzą o beton! I to po Pascala miała zaufanie zadzwonić Sandra w środku nocy, a nie po ciebie! Zastanów się może, dlaczego... - ukryła twarz w dłoniach. Objąłem ją.
-Prosiłem pana.
-Zamknij mordę, zboczeńcu! Ile ty w ogóle masz lat?!
-Dwadzieścia trzy - odpowiedziałem, po czym pomogłem Adili wstać i ją przytuliłem -Przejdzie mu, zobaczysz. - szepnąłem jej do ucha.
Wtedy ktoś wszedł do mieszkania. Adila otarła łzy i pobiegła, by przytulić nowo przybyłą osobę. Twarze jej rodziców też się rozjaśniły. Byłem niezmiernie ciekawy, kim jest tajemniczy przybysz. Mówią, że to pierwszy stopień do piekła. Mają rację.
Rozpoznałem kasztanowe, falowane włosy i lekko żółtą cerę. Przybyszka przewyższała moją dziewczynę o pół głowy. Kiedy mnie zobaczyła, aż otworzyła ze zdumienia usta. Chętnie zrobiłbym to samo. Także przeszedłem do korytarza, by nie kłócić się znowu z panem domu.
-Pascal?
-Namina?
-Co ty tu... robisz? - zapytała zaniepokojona. Ścisnąłem mocno dłoń Adili. Merde. Wielkie merde.
-To jest moja siostra, ale... znacie się, prawda? - kolejne strachliwe pytanie.
-Tak. Nie - odpowiedzieliśmy z Naminą jednocześnie. Posłałem jej przyzwalające spojrzenie.
-Tak siostrzyczko, znamy się. Nawet dość dobrze - teraz moja brunetka wyglądała na naprawdę zagubioną.
-Skąd? - zapytała, najwidoczniej coś podejrzewając. Namina chciała się odezwać, ale spiorunowałem ją wzrokiem. Lepiej, żeby usłyszała to ode mnie. Mogę przytrzymać jej dłoń, by nie uciekła.
-Adi, jakby to powiedzieć... byliśmy parą rok temu. Przez trzy miesiące - stała się lejąca. Złapałem ją i przyciągnąłem do siebie. - Nie mdlej, proszę.
-Jeśli ją skrzywdzisz... - głos kasztanowłosej był srogi. Nie dziwię się - znała w końcu Pascala z wydania specjalnego pod hasłem "z lekka dupek i trochę bardziej kobieciarz".
-Nie zamierzam, Namino. Wierz mi lub nie, twój wybór. Ja ją po prostu kocham - na te słowa wybuchnęła śmiechem.
-Ty i miłość? Nie wierzę!
Pogłaskałem Adilę po włosach. Najpierw Amen, teraz siostra wygadują takie rzeczy.
-A powinnaś. Może tego nie widzisz, ale się zmieniłem. Musiałem po prostu trafić na odpowiednią osobę. Nie niszcz mi tego, Namina. Czemu wszyscy jesteście przeciwko mnie?
-Bo mamy powody - Adi, jak dobrze, że nie posiadasz charakteru podobnego do siostry.
-Mina, ja nie mam... - jednak mi ufa. Przytuliłem ją mocniej. Na niej jedynej naprawdę mi teraz zależało. - Chodź, Pascal. Myślę, że musimy chwilę pogadać - pokazała głową w stronę schodów. Domyśliłem się, że ma pokój na górze. Będę musiał gęsto się tłumaczyć. Ja też jednak chciałem dowiedzieć się, dlaczego widzę takie zmiany, jak chociażby kolczyk w nosie. Nie pasowało mi to do niej. Złapałem jej dłoń.
-Uważaj Skalpuś, bo łóżko mocno skrzypi - naigrywała się Namina.
-Nie ma sprawy, mogę USIĄŚĆ na krześle - specjalnie podkreśliłem to słowo, wywołując lekkie zdziwienie. Podeszła do nas.
-Przepraszam, Skalp. Tylko... naprawdę jej nie skrzywdź. To wspaniała dziewczyna.
-Wspaniała, bo moja. - powiedziałem, po czym weszliśmy na górę. Zgodnie z obietnicą, swoim ciężarem obarczyłem biurowe krzesło.
Ściany były beżowe, a na jednej z nich wisiały dwa zdjęcia. Jedno przedstawiało panoramę Indii, drugie ją na którymś z występów. Patrzyłem na podłogę, a dokładniej na puszysty, fioletowy dywan. Znowu odczuwałem strach. Kolejna trudna rozmowa. Odruchowo oparłem dłonie na ciemnym, drewnianym, masywnym biurku. Przytulny pokoik. Adila zajęła miejsce na łóżku. Nieznacznie się uśmiechnąłem, gdy zapewne nieświadomie tuliła misia. Oboje byliśmy zdenerwowani. Trudna sytuacja. Już chciałem coś powiedzieć, ale spojrzała mi prosto w oczy. Była załamana, jeszcze bardziej niż wtedy w szkole. Cierpiała milcząc. Brak było mi odwagi, żeby cokolwiek wykrztusić. Nie mam doświadczenia z miłością. Potrafię ranić, wiem to doskonale, a tego właśnie chciałem uniknąć. Powoli wstałem i usiadłem obok niej. Zaczęła drżeć. Wiedziałem, że za chwilę wybuchnie płaczem, dlatego ją objąłem.
-Pascal... dlaczego?  - zachlipała. Nosz cholera, czemu zawsze płaczą przeze mnie?! - Dlaczego mi to robisz? Najpierw przychodzi Amen i przekazuje mi wiadomość o szerokim gronie twoich byłych, a teraz dowiaduję się, że jest wśród nich moja siostra - zupełnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Byłem dupkiem. Brutalny fakt właśnie do mnie dotarł. Te wszystkie niby-randki, kobiety z klubów na jedną noc, zapijanie się... Co ja robiłem? Kim byłem? W jednej chwili zupełnie przestałem rozumieć swoje postępowanie. Teraz ja także potrzebowałem wsparcia.
-Adila, to... to jest przeszłość. Coś, do czego nie mam zamiaru wracać. Tylko błagam cię, uwierz mi. Chociaż ty, proszę. Potrzebuję tego - przytuliła mnie mocno, a ja nie wiedziałem, czy sam zaraz się nie rozkleję.
-Chcę tylko wiedzieć, dlaczego to robiłeś - miała głos pełen wyrozumiałości. Nigdy nie zwracałem na takie rzeczy uwagi. Wpatrywała się we mnie swoimi czarnymi oczami, oczekując wyjaśnień. Ja jednak chwilę milczałem, bo nie miałem pojęcia, jak odpowiedzieć. Czemu właściwie tak postępowałem?
-W sumie sam nie wiem... - zacząłem niepewnie, czekając na jej reakcję. Słuchała mnie uważnie. Miałem nadzieję, że postara się zrozumieć. - Jak wiesz, mój ojciec był i jest robotnikiem. Nie pochodzę z zamożnej rodziny, brak mi wyglądu typowego Francuza. W okresie szkolnym rzadko miałem wybitne oceny. Byłem zamkniętym w sobie nastolatkiem. Przez wątpliwą majętność wyśmiewano się ze mnie. Nie mogłem znaleźć zrozumienia wśród rówieśników - głównie wtedy odkryłem miłość do muzyki. Starałem się zbuntować i wyżyć w klubach. Pokazać swoją wyższość, wyrywając tłumy lasek. W tym natłoku sprzecznych emocji i odczuć nie było jednak miejsca na coś takiego jak miłość. Ostatnimi czasy przestałem tak dużo pić oraz łamać serca. Mimo wszystko, chcę znaleźć prawdziwego siebie. Czuję się dowartościowany, bo mnie chcesz. Po wizycie Amena i rozmowie z siostrą mimo wszystko pozwoliłaś mi zostać. Myślę, że dobrze wyszło. Znasz prawdę, a to chyba lepiej - westchnąłem ciężko. Potarła dłonią mój policzek, co mnie zdziwiło. Zdobyła się na uśmiech.
-Nie czujesz, że płaczesz, prawda? - cholera. Jestem mięczakiem z gównianą przeszłością i charakterem do zbudowania od nowa. - Hej, każdy ma prawo płakać. Nie zamierzam odchodzić, bo cię kocham. Pomimo tego, co było - złapała moją rękę. - Tylko wiesz, mamy mały kłopot - westchnęła z dezaprobatą. Wyjęła z ucha słuchawkę - dopiero teraz zauważyłem, że obok miała coś przypominającego elektroniczną niańkę. - Stwierdziłam, iż ciekawie będzie posłuchać, o czym rozprawiają na dole.
-I? - zapytałem. Znów zżerała mnie ciekawość.
-Mina, to znaczy Namina, potwierdza twoją wersję. Według niej też byłeś dupkiem i kobieciarzem.
-Rozumiem, że edukuje właśnie na mój temat twoich rodziców?
-Właśnie tak - wstała i wyjęła z szafy dużą torbę, chyba treningową. Zaczęła pakować tam ubrania i bieliznę. Nie rozumiałem za bardzo, po co. Poszła też do łazienki, by dołożyć kosmetyczkę. Pakunek był dość mocno wypchany. Gdy zapięła zamek, po jej policzku słynęła pojedyncza łza.
-Co robisz? - zapytałem, będąc w lekkim szoku. - Przy okazji - po co ci kolczyk w nosie?
-Każdy buntuje się inaczej. Tak wygląda bunt po indyjsku - nieznacznie uniosła kąciki ust. - A co do torby, to sam zapewne za chwilę zobaczysz. Chodźmy na dół - była wyraźnie przytłoczona.
Już schodząc schodami zaobserwowałem zatroskaną minę jej mamy i twarz ekstremalnie zezłoszczonego ojca. Stanęliśmy przed zgromadzeniem trzymając się za ręce. Serce waliło mi okropnie. Co się teraz wydarzy?
-Och, witam pana Miałem Pół Paryża! - znów mój ulubiony rozmówca. - Może załatwię to szybko. Ty kochanie spakuj się szybko, bo jedziesz do cioci w Delhi. A ty, zboczeńcu, wynoś się stąd jak najszybciej!  - miałem wrażenie, że nawet ściany zadrżały. Adila stała jednak zupełnie niewzruszona.
-Rozumiem, że nie zamierzasz dłużej mieszkać pod jednym dachem z tak nieposłuszną gówniarą jak ja. Mimo wszystko, Delhi sobie poczeka.
-Czy właśnie się sprzeciwiłaś?! - przerażona mama Adili przytrzymała furiata. Spojrzałem w bok - moja brunetka posłała porozumiewawcze spojrzenie Naminie, która - korzystając z zamieszania - już po chwili przyniosła wcześniej spakowaną torbę.
-Tak, dokładnie, tatusiu. To Francja, a nie Algieria czy Indie. Mam pełne prawo sprzeciwu, ale nie zamierzam - tak jak ty zresztą - mieszkać z kimś takim. Przepraszam mamo. Do widzenia - powiedziała bez zająknięcia, chwyciła torbę i pociągnęła mnie do wyjścia. Gdy dotarliśmy do auta, rzuciła bagaż na tylną kanapę, po czym z rezygnacją usiadła z przodu. Wsiadłem delikatnie zszokowany.
-Czy właśnie uciekłaś z domu?
-Nie, właśnie zostałam wyrzucona. Myślałeś, że żartuję, jeśli chodzi o indyjską szkołę? - posłałem jej współczujące spojrzenie. Nie chciałbym być w jej skórze.
-Czemu twoja mama w ogóle się nie sprzeciwia?
-Indyjskie kobiety są pozbawione praw. Poza tym, babcia darzy tatę sympatią, a to jej nie pomaga.
-Boże... mogę ci jakoś pomóc? - zadałem niedorzeczne pytanie. Możesz, idioto. To przecież oczywiste.
-Zawieź mnie do jakiegoś hotelu. Mam kartę kredytową, nie należę do najbiedniejszych, przynajmniej pod względem majątkowym - wydukała, zupełnie nie mogąc odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Miałem obowiązek to naprawić.
-Nie zostawię cię w hotelu. Pomieszkaj u mnie - śmiała propozycja, Pascal. Sam siebie zaskakuję. Spojrzała na mnie niepewnie. - Boisz się? - zapytałem zdezorientowany.
-Odrobinę...
-Zrobię zatem wszystko, żebyś się nie bała, dobrze? - spojrzała na mnie z wdzięcznością. Nie skrzywdzę cię, naprawdę. Jesteś zbyt wspaniała.
-Dobrze - wykrztusiła. Pocałowałem ją w geście zapewnienia. Jechaliśmy uśmiechnięci. No, Pascal, teraz przeszedłeś samego siebie. Przynajmniej dla odpowiedniej osoby.




niedziela, 1 marca 2015

3.

Piątkowe popołudnie z kakao w ręce? Perfekcja. Z głośników płynęła muzyka Michaela Jacksona. Rodzice pozwolili mi nie pójść do szkoły - o, jakże miło. Usprawiedliwiałam się strachem przed tymi psychicznymi dziewczynami, ale tak naprawdę musiałam wszystko przemyśleć. Moje pierwsze zawirowania. W głowie mętlik i nic więcej. Bezwartościowa plątanina myśli. Walka rozsądku z sercem, obowiązków i pragnień. Na dobrą sprawę nie wiem nawet do końca, kim on jest. Pascal Koeu. DJ Skalp. Tyle.
To wszystko postępowało zbyt szybko, a jednocześnie było upajające. Miłość? Zauroczenie? Ostatnie dni były doprawdy niezwykłe, bardzo miło jest spotkać kogoś, kto cię rozumie i wspiera. Chciałabym poznać jego znajomych, otoczenie... swoją drogą, mogłabym z nim pracować. Pisanie tekstów to miłe, twórcze zajęcie. Może byśmy nawet razem komponowali? Marzycielko, spokojnie, powoli. Przecież musimy się czegoś o sobie dowiedzieć. Może jest zupełnie inny. To uczucie niewiedzy było przyjemne, ale jednocześnie dobijające. Prawda może boleć.
"Nie jestem idealny. Mam wiele wad."
Co to mogą być za minusy? Wady Pascala? Nie dostrzegałam takich - może poza wywoływaniem we mnie sprzecznych, skrajnych emocji. Zakochanie? Wtedy w końcu idealizuje się potencjalnych partnerów. Ale, hej, ja? Poważnie? Zakochany kujonek? Takim osobom to się nie zdarza, nie teraz, nie tak bardzo i w ogóle nie.
Mimo wszystko, chodzę do liceum. Ostatnia klasa, niedługo egzaminy. Powinnam skupić się na nauce. Ale czy to mi da szczęście? Spełnienie? Szczerze wątpię. W tej chwili wolałabym, żeby Pascal mnie przytulił. Zbyt długo siedziałam z nosem w podręcznikach, a potem żaliłam się piosenkami. Pora na różową rzeczywistość. Cholera, zmieniam się. Mało tego – wcale nie protestuję. Zmiany w moim wieku są dobre, czyż nie? Oczywiście, że tak – pytania retoryczne zawsze w modzie.
Usłyszałam dźwięk telefonu. Postanowiłam, że zaraz po rozmowie zmienię dzwonek – bardziej irytującego pikadełka nie byli w stanie wymyślić. Irytujące, ale skuteczne. Wywoływało zainteresowanie. Nie miałam bladego pojęcia, komu przyszłoby do głowy dzwonić o tej porze - zajęcia przecież jeszcze trwają. Powoli zwlokłam się z łóżka i podeszłam do komody. Numer prywatny. Zaraz, co?
-Âllo? - zapytanie wybrzmiało wyjątkowo niepewnie. Nieśmiały kujonek w akcji.
-Adila? - usłyszałam dziwny, męski głos. Nie kojarzyłam go.
-Tak, kim pan jest?
-Za kwadrans u ciebie będę. Mam sprawę - nogi się pode mną ugięły. Musiałam wrócić na łóżko, żeby przetrawić taki zwrot akcji. Kto to jest i skąd wie, gdzie mieszkam?!
-Kim pan jest? - powtórzyłam, tym razem spokojniej. Rodzice nie powinni wpuścić mafioza, ani tym bardziej nikogo z piłą łańcuchową pod pachą.
-Kumpel Pascala. Wystarczy ci? - odpowiedział z irytacją. Co się właśnie dzieje? - Wymyśl mi jakąś dobrą tożsamość. Nie zajmę ci długo.
Pascala? Po co przysyłałby kumpla? Biłam się z myślami, intensywniej niż cały ranek, co wydawało mi się niemożliwe. Usłyszałam ciche pożegnanie. Tym razem na charakterystyczny dźwięk zakończonego połączenia przeszedł mnie dreszcz. Zaczęłam naprawdę się niepokoić.
Dopiłam kakao i sprawdziłam, jak wyglądam. Jasne, dopasowane jeansy i zwyczajny, biały t-shirt. Zawsze warto robić w miarę dobre wrażenie, czyż nie? Cholera, nie. Właśnie w tym rzecz. Zadzownił jakiś facet, gościa słyszę po raz pierwszy w życiu, skądś wie gdzie mieszkam i ma tu przyjść, a ja kontroluję swoją aparycję. Może zbuduję bazę z poduszek? Słabe. Pozostało mi tylko związać włosy w kucyk, co też ironicznie w stosunku do samej siebie uczyniłam.
Kim on może być? Na szczęście, dom nie był pusty - świadkowie to dobra rzecz. Napawał mnie jednak lękiem możliwy udział Pascala w tym przedsięwzięciu. Nagle do pokoju weszła mama. Cicho pisnęłam - myślę, że spokojnie możnaby odnotować u mnie wtedy co najmniej palpitacje serca. Puls dużo powyżej 130. Z trudnem utrzymałam pionową postawę ciała. Dzięki, mamo. Tak straszyć własne dziecko. Z drugiej strony – gdyby nie ten facet…
-Adila, czekasz na kogoś? - była wyraźnie zdziwiona i zaniepokojona. Na jej twarzy malowała się bezradna dezaprobata.
-Tak, na kolegę z liceum - nienawidzę kłamać. Skoro inni są ze mną szczerzy, czemu ja muszę bawić się w takie gierki?
-Liceum, powiadasz? Trochę wyrośnięty - mama uniosła brew. Spuściłam głowę, po czym wzięłam głęboki wdech.
-Cóż, geny - rzuciłam i usiadłam na łóżku, by moje dreszcze były odrobinę mniej zauważalne. Wbiłam wzrok w beżową poduszkę.
-Pójdę po niego.
Była to zdecydowanie najgorsza minuta mojego życia. Nie wiedziałam, czego mam oczekiwać, na co być gotowa i jak w razie czego uciekać. Świetnie, będzie chociaż spontanicznie. Za mało poduszek na bazę. Mogłam po prostu nie wyrazić zgody by przyszedł. Ciekawe jak by zareagował. To jest właśnie jedna z największych niesprawiedliwości świata – najlepsze pomysły na odpowiedzi i riposty przychodzą już po rozmowie. Mózgu, choć raz mogłeś zareagować trochę szybciej. Zaczynasz przypominać mi Internet Explorer.
Do pokoju wszedł wysoki, czarnoskóry mężczyzna. Na oko miał 27 lat. Ubrany był w jeansy i bladofioletową koszulę. Wyglądał porządnie, a w każdym razie mało psychopatycznie. Sprawiał wrażenie pewnego siebie, lecz jednocześnie delikatnie zagubionego. Sam pan to zaczął, nie pomogę. Usiadł ciężko na krześle i złożył ręce. Był tak samo zdenerwowany. Skoro tak, dlaczego przychodził?
Kiedy podał mi rękę, zauważyłam lekko zniekształcone opuszki palców. Przypomniała mi się rozmowa ze studia.
"-Czyje są te gitary?
-Ta po lewo jest moja, drugą przechowuję Amenowi, mojemu przyjacielowi. Wymiata, jeśli o to chodzi."
To musiał być on.
-Nie wiesz, czemu przyszedłem, prawda? – zapytał, by jakoś zacząć naszą niezręczną rozmowę.
-Oświeć mnie, Amenie - mina mu poważnie zrzedła. Został zdemaskowany, biedaczek. Chyba poczuł się mniej pewnie, ja zresztą nie zyskałam odwagi.
-Posłuchaj, to może być dla ciebie dziwne i trudne, ale... - na te słowa spojrzałam mu w oczy. No, mów. Chcę usłyszeć, czemu mnie martwisz w tak piękny bezszkolny dzień. Musiał mieć przecież ważny powód, prawda? Byłam zagubiona. Bezwiednie ściskałam poduszkę, bojąc się tego, co miałam za chwilę usłyszeć. Stres. Ciężko przełknął ślinę. - Chodzi o Pascala. Nie znasz go dobrze. Jest coś, czego nie wiesz.
Zaczęłam odczuwać jak krew pulsuje mi w głowie. Co z nim? A może raczej - co z nim nie tak? Poduszka już dawno wyzionęłaby pewnie ducha. Przechyliłam lekko głowę, dając tym samym znak, że zamieniam się w słuch. Może te wiadomości będą przydatne? Chciałam go w końcu lepiej poznać, a ludzie w trwałych związkach mówią sobie wszystko, tak? Trwałych związkach. Dziewczyno, o czym ty myślisz.
-Nie zrozum mnie źle, ale... znam go dość długo, by wiedzieć, że to typowy kobieciarz. Zmienia dziewczyny jak rękawiczki. Nie potrafię powiedzieć, która jesteś z kolei...
Może koło pięćdziesiątki. To znaczy, widzę, że się zmienia. Poddaję jednak w wątpliwość, czy na stałe – powiedział, bacznie obserwując moją reakcję. Jak mogłam zareagować? Spojrzałam w bok. Miło coś takiego usłyszeć, naprawdę. Trochę mi zniszczyłeś moje wyobrażenie, Amenie. Pascal… czemu? Nie miałam w zwyczaju skreślać ludzi ze względu na ich przeszłość, jednak takie informacje robią piorunujące wrażenie. Kocham tego idiotę! Po prostu kocham! Nie mam pojęcia dlaczego, co się ze mną dzieje, czemu chcę w tym trwać, ale to mi niepotrzebne! Uczucia rządzą się swoimi prawami, a szukanie wytłumaczenia to tylko strata czasu. Poczułam wilgoć na policzku. Ach, ujście emocji też musi być. Łza. Dwie. Trzy.
-Po prostu może poszukaj normalnego faceta. Wiesz, w gruncie rzeczy to dobry gość, jednak boję się głównie o ciebie i twoje emocje. Może to być tylko zabawa, więc uważaj. Chociaż... możliwe, że trochę przesadziłem. Jesteś jego pierwszą...yy.. "normalną" dziewczyną, którą widzę, iż próbuje kochać. Nie wiem, czy może mu się udać, bo jak dotąd nie był do takich rzeczy zdolny - Podniosłam głowę i ogarnęłam przyklejone włosy z twarzy. Trudno panować nad płaczem, mi szczególnie.
-Okropny z ciebie przyjaciel - stwierdziłam. Być może chciał mnie ostrzec, ale rozwaliłby z powodzeniem każdy związek.
-Wiem. Powinnaś docenić moją troskę o ciebie - znów był przesadnie rezolutny. Typ z lekkim przerostem ego.
-Doceniam troskę Pascala.
-Póki możesz, to doceniaj - po tych słowach wyszedł i zamknął drzwi.
Rzuciłam poduszką w kąt pokoju, po czym chwyciłam z szafy pierwszego lepszego misia. Musiałam przyznać mamie rację – jednak czasem się przydają. Przytuliłam go mocno, nie wiedząc, co robić. Wybuchnęłam niekontrolowanym płaczem. Człowiek, którego kocham, okazał się być typowym "macho" - jeśli wierzyć Amenowi. Boże, w co ja się wpakowałam?
"Jesteśmy razem? A chciałabyś, żebyśmy byli?"
Nigdy nie czułam się bardziej rozdarta. Co robić? Wszystko co dobre, kiedyś się kończy, owszem. Ale moje szczęście nie zdążyło jeszcze przekroczyć linii startu, a już zostało zdyskwalifikowane. Twarz iskrzyła mi w słońcu z powodu bladego światła rzucanego na łzy. Miałabym zatem odejść? Odrzucić go zupełnie z powodu przeszłości? Nie. Ten facet jest moją miłością. Wiem to. Zbyt dobrze.

***
-Córeczko, płaczesz? - usłyszałam głos mamy. Tak, od około dwóch godzin. Świetnie, że tak szybko reagujesz. - To... był twój chłopak?
Poprawiłam się na łóżku. On? Aż mną wstrząsnęło. Nigdy w życiu. Patrząc zupełnie teoretycznie, przede wszystkim miał za wysokie ego. Amen, mistrz gitary. Ale pod względem mowy ciała wydał się miły. Zdolność obserwacji – genialny dar.
-Nie.
-Masz chłopaka?
-Nie... wiem.
-Jesteś zakochana?
-Tak - czułam, że na tym będę musiała zakończyć wygodne, monosylabowe odpowiedzi. Zacznie się szczegółowy wywiad. Jeśli ja nic nie powiem, sama zbierze informacje. Niczym rosyjski szpieg.
-Więc... w czym problem?
-W tym, że pewnie okaże się dupkiem - wzruszyłam ramionami. Mamo, gdybyś wiedziała...
-Chodzi do twojego liceum? - dopytywała. Wkraczasz na niepewne tereny. Uważaj o co pytasz - w weekend apteki czynne są krócej, a melisa ci raczej nie pomoże.
-Nie. Jest dorosły. Tworzy muzykę - cóż, trudno było jej ukryć opadającą szczekę i wytrzeszczone oczy.
-Powiedz jeszcze, że wczoraj nie byłaś u koleżanki, tylko z nim.
-Teraz już chyba nie widzę takiej konieczności - na te słowa gwałtownie wstała. Wbiłam wzrok w podłogę. Czułam się winna - mogłam jej powiedzieć od razu. Ze stresu czesałam maskotkę dłonią. Oczywiście szczerość jest ważna, nie zaprzeczę, ale takie rozmowy są kłopotliwe. Już druga dzisiaj.
-Oszalałaś! – krzyknęła, powodując moje gwałtowne odchylenie w tył. To było dla niej niespodziewane. Szokujące informacje, pakiet numer dwa.
-Nie, zakochałam się. W gościu, który miał już z pięćdziesiąt lasek, a nie mam pewności, że na tym koniec.
-Słuchaj, pieniądze nie są najważniejsze - wszyscy tacy sami. Zmówiliście się?
-Może gdybym wiedziała ile zarabia, byłabyś spokojniejsza.
-Spałaś z nim – stwierdziła nieprawdziwy fakt chyba nie do końca świadomie. Robimy nagonkę, róbmy ją na całego. Brawa.
-Nie obrażaj mnie. Własna matka wysuwa takie oskarżenia, do czego to doszło - zrobiło się jej głupio. I dobrze.
-Adila, przepraszam... Nie chciałam cię osądzać. Może zacznijmy od początku: jak ma na imię?
-Pascal.
-Urocze - też tak uważałam. Obserwowałam mamę z cukierkowym uśmiechem. Wyglądałam jak francuski klaun. Uniesione kąciki ust i spływająca łza. Artystycznie. Opowiedziałam jej pokrótce nasz "muzyczny spacer", a potem występ z mojej perspektywy.
-Wydaje się być dobrym chłopakiem - skomentowała mama. Nie do końca świadomie znów zalałam się łzami i w uciskach rodzicielki wydukałam jej mniej więcej to, czym uraczył mnie Amen. Mina jej zrzedła. - Bogata przeszłość. Przepraszam, jeśli cię tym urażę, ale gdybyście faktycznie spróbowali ze sobą być, nie przyprowadzaj go tu. Chyba że będziesz stuprocentowo pewna jego wierności i oddania.
-Mamo, ja po prostu znalazłam kogoś, kto mnie rozumie… - wychlipałam jej w rękaw.
-Córciu, doprawdy nie mam pojęcia, co ci poradzić. To wynikło tak nagle... Zaczekaj, pójdę do cukierni po jakieś ciasto. Może to poprawi ci humor.
Ciasto? Kalorie? Cukier? No, wreszcie się rozumiemy. Kiwnęłam twierdząco głową.
Mimo wszystko, w głowie miałam mętlik. Może faktycznie się zmienił? Chociaż, z drugiej strony, tyle dziewczyn... czy jestem tylko następna? Podczas ścielenia łóżka (i odnajdywania w zakamarkach pokoju poduszek) podjęłam decyzję - powiem mu, żeby wykazał mi swoją przemianę. Poczułam się z tym jednak jak zazdrosny pustak - pomimo tego, że ja miałam realne powody. Chociaż... teoretycznie mi ich nie dał. Zresztą, nie miał kiedy. Adila, tempo masz niezłe jak na pierwszy związek. Skarciłam się w duchu – za dużo myślę.
Usłyszałam trzask drzwi wejściowych, więc zmierzałam ku schodom, by zejść na dół. Uzupełnianie glukozy - to lubię. I kawa z feralnego ekspresu. O tak, tego mi trzeba. A w weekend powalczę z myślami, mam czas. Czas zająć się sobą. Żyjemy, by jeść.
Zatrzymałam się na jednym ze stopni, po czym przetarłam oczy. Dobrze widzę?
-Nie wiem jak panu dziękować, naprawdę! Ten chuligan uciekłby z moją torebką... Dobrze, że istnieją jeszcze życzliwi ludzie.
-Chyba każdy by tak zrobił, proszę pani. I tak, według mnie, kawa to aż za wiele.
-Nalegam.
Ta jeansowa kurtka. Wyśmienicie. Odwrócił się i mnie zobaczył. Zamarł, zresztą jak ja. Ostrożnie pokonałam parę ostatnich stopni. Chyba chciał mnie przywitać, ale zatoczyłam obok niego łuk, zachowując odpowiedni dystans.
-Adila... - zaczął szeptem. Nie chciałam roztrząsać tego przy mamie. W jej oczach nieznajomy był porządnym chłopakiem.
-Przestań - syknęłam. Spojrzał na mnie pytająco. Akurat wtedy musiała odwrócić się mama wraz z kawą. Postawiła ją na barku i przechodziła do salonu.
-Adilo, ten młody człowiek uratował mnie przed kradzieżą torebki! - spojrzała jednak w nasze nieobcne twarze. -  Nie będę wam przeszkadzać - z jej mimiki wywnioskowałam brak połączenia faktów. Może to i lepiej.
Ujął moje dłonie. Spojrzał mi głęboko w oczy. Czułam, że zaraz znów się rozpłaczę. Jak mam mu to powiedzieć?
-Adila, co się stało? Zrobiłem coś złego?
-Z tego co wiem, zrobiłeś wiele złych rzeczy, Pascal - spojrzał na mnie podejrzliwie. Zbladł, a ręce zaczęły mu drżeć.
-Ale...
-Był u mnie twój życzliwy przyjaciel, Amen. To co, powiesz mi, który mam numerek? Pięćdziesiąt? Pięćdziesiąt pięć? - zaszkliły mi się oczy. Nie wierzę w to, co mówię. Kocham cię, nie widzisz?! Tylko jak mam to wytrzymać?!
-Zabiję gnoja - warknął. Był wściekły. Wstał i zaczął chodzić niespokojnie po kuchni.
-Za to, że powiedział mi prawdę o tobie? Niesłuszna śmierć.
-Powiedział ci o czymś, co uważałem za skończone. Dlatego.
-Od kiedy niby? - uniosłam brwi. Zebrał mi łzy z policzków. Tak, tego chcę. Tylko się zmień. Ale... potrafisz?
-Od kiedy cię zobaczyłem. Adila, potrzebuję cię. Myślę, że ty mnie także.
-Doskonale sobie bez ciebie poradzę - mało co nie zakrztusił się kawą. - Pokaż mi, że potrafisz się obyć bez atrakcji, z którymi, jak sam zresztą twierdzisz - "skończyłeś" - wlepił we mnie swoje czarne, hipnotyzujące spojrzenie. Nie ułatwiasz, Pascal.
-Dobrze. Jak chcesz - powiedział szeptem. Znów trzymał moje dłonie. - Tylko Adi...
-Tak? - zapytałam bez przekonania.
Czyżby on też chciał postawić jakiś warunek? Podświadomie czułam jednak, że nie o to chodzi. Zaczynaliśmy rozumieć się bez słów. Idealne połówki o trochę mniej perfekcyjnych charakterach i przeszłości.
-Adila, kocham cię. Nie zapominaj o tym.

***
"No odbierz, odbierz, szybciej!"
Zanim zdążyłam się rozmyślić, usłyszałam znajomy głos w słuchawce.
-Adi?
-Hej Sandra. Idziecie gdzieś może dzisiaj?
-Chyba w nas nie wątpisz.
-Nie śmiałabym - zachichotałam.
-Chcesz iść z nami?
-Właśnie o tym myślałam.
-Spoko, o 20 po ciebie wbiję.
-Okej, do zobaczenia.
Wypad do klubu załatwiony - podejście drugie. Dziś nie zamierzam się tak bardzo hamować - postanowiłam pokazać sama sobie, że wytrzymam choć trochę bez Pascala. Wiem, że z nim bawiłabym się o niebo lepiej, ale odczuwam wewnętrzne pragnienie dania mu nauczki. Takie są kobiety. Czułam, że to trochę wymuszone i przekorne. Cóż, trudny jest mój charakter. Wychodzę z ludźmi obeznanymi w imprezowym trybie życia. Oni przynajmniej nie stracili jeszcze głowy, w przeciwieństwie do niektórych licealistów, masowo leżących przed klubami nocą.
Był to kolejny tak śmiały krok tego dnia - pierwszy obejmował przekłucie u kosmetyczki nosa po obu stronach. Z jednej wystawał mi teraz mały kolczyk, przypominający okrągłą główkę pinezki. Szaleństwo. Wróciłam do domu by się przebrać - na szczęście nikt nie zauważył "przemiany". Byłaby afera, szczególnie ze strony taty.
Przez chwilę zastanowiłam się, co właściwie wyczyniam. Próbuję czegoś nowego, zmiany są dobre, smakuję życie... nie zaczynam zatracać siebie? Tamta Adila w życiu nie włożyłaby dość krótkiej jeansowej spódniczki, w której teraz stałam. Postanowiłam zignorować wewnętrzny głos. A nawet jeśli to był błąd, mam pełne prawo je popełniać. Na obcisłą, białą bluzkę narzuciłam koszulę w kratę, a włosy związałam w warkocz. Zobaczyłam przez okno Sandrę z ekipą, więc zeszłam. Na dole spotkałam tylko babcię.
-Wychodzę - powiedziałam, otwierając jednocześnie drzwi. Cofnęłam się jednak. Podeszłam do niej i mocno przytuliłam. Zatrzymaj mnie, zatrzymaj.
-Też cię kocham, Adilko. Nie szalej za bardzo. Chyba zacznę spisywać sobie pomysły na usprawiedliwianie ciebie, jeśli zamierzasz urządzać takie eskapady częściej - obie wybuchnęłśmy śmiechem. Pomachałam jej ostatecznie ręką i wyszłam na zewnątrz. Czyli jednak idę.
Rześkie powietrze od razu dodało mi sił. Poszliśmy do klubu innego niż ostatnio. Nie było tam specjalnie przyjemnie, ale tym razem tańczyłam, jak wszyscy zresztą. Dobrze czasem jest zlać się z tłumem. Po kolejnym utworze usiadłyśmy z Sandrą przy barze. Spodobały mi się krzesła i nic poza tym. Naprawdę nie moje klimaty.
-Zakochana? - przytaknęłam. - Dwa mojito poproszę.
-Sandra, ja chyba nie powinnam...
-Spokojnie, wypijesz, rozluźnisz się - czyżby druga Charlotte? Postanowiłam zaryzykować. Nie było takie złe. Odzwierciedlało mój dylemat wewnętrzny. - To ten DJ?
-Aha – lakoniczne odpowiedzi zawsze na miejscu.
-Czyżby miłość bez wzajemmości? - zaśmiałam się na te słowa.
-Tu cię zdziwię, z wzajemnością. Tyle, że nawiedził mnie dziś jego kolega i stwierdził, iż to okropny kobieciarz oraz nakazał uważać.
-Czemu się więc nie stosujesz?
-Bo go kocham, a on... powiedział to samo? - Sandra ożywiła się.
-Wyznał ci miłość? Wow, to już coś. Chodź jeszcze potańczyć - zaproponowała, po czym pociągnęła mnie na parkiet. Nie szukałam sobie partnera. Jestem samowystarczalna, widzisz Pascal? Mimo wszystko wolałabym mieć go przy sobie, krytycznym okiem spojrzeć na playlistę lokalu i potańczyć bez zahamowań, nawet przy takim gniocie, jak "Dragostea din tei". Bawiło mnie to o wiele bardziej. Pokrewna dusza – nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo mi kogoś takiego brakowało.
Gdzieś pomiędzy kolejnymi utworami a naszymi wynurzeniami, Sandra podsunęła mi drugi drink. A potem trzeci… kolejnych już odmówiłam. Chciała mnie upić? Spożywam alkohol pierwszy raz, nie tak prędko.
-Wyjdziesz ze mną na chwilę? Duszno tu - zaproponowałam. Czułam się naprawdę fatalnie. Miałam dziwne wrażenie, że to nie przez procenty.
-Jasne - chociaż się zgodziła.
Kiedy opuściłyśmy lokal, zaczęło mi przeraźliwie gwiżdżeć w uszach, a obraz przesłaniały czarne plamy. Uderzający gorąc
 i niesamowity ból głowy. Płat potyliczny? Co jest z tyłu? Co w ogóle jest? Jak się myśli? Ktoś pamięta moje imię?

-Sandra? - zdołałam wykrztusić, a właściwie jęknąć, po czym upadłam na kolana i huknęłam głową o beton.

***
Obudziłam się z okropnymi zawrotami głowy. Zaraz, gdzie ja jestem?! Wyglądu pokoju mojego ani Sandry jeszcze nie zapomniałam. Zupełnie inne kolory. Przestraszyłam się poważnie. Ani to znajome mieszkanie, ani szpital. Moja lista pomysłów się skończyła.
Leżałam w ogromnym, sosnowym łóżku. Pokój także wydawał się wielki. Ściany były białe, tylko tę na wprost mnie pomalowano w grube, pionowe, bladoniebieskie pasy. Światło wdzierało się przez duże okna. Obok łóżka po obu stronach stały szafki wraz z lampkami. Dalej dostrzegłam biurko, także od kompletu. Było zawalone stosami notatek, pomiędzy którymi nieśmiale stał MacBook. Nuty? Nie, to bez sensu. Brak mi jeszcze daru ostrości widzenia. Było dość przytulnie i elegancko. Dobry gust. Nadal jednak chciałam wiedzieć, jakie może być miejsce mojego pobytu. Z szafki nocnej chwyciłam telefon, który o dziwo tam leżał i wybrałam numer mojej wczorajszej towarzyszki.
-Âllo, Sandra? - kwestia brzmiała z lekka nieprzytomnie. Tak zresztą się czułam.
-Adila! Jak żyjesz?
-Na razie dobrze, ale dzwonię z nietypowym pytaniem, a mianowicie, gdzie jestem - zabrzmiało to naprawdę absurdalnie, jednak taka była prawda.
-Wczoraj zemdlałaś, więc zadzwoniłam z twojej komórki do Pascala. Przyjechał po ciebie, także zapewne znajdujesz się u niego - zamarłam. Coś kazało mi sprawdzić, czy jestem ubrana. Głupia podświadomość.
-Dlaczego do niego zadzwoniłaś?! - nie pamiętałam nic od momentu upadku. Według tego, co mówi, leżę właśnie w jego łóżku. A co, jeśli...
-Było to jedyne męskie imię w twoich kontaktach, a telefon do rodziców wydał mi się złą opcją - prychnęła. Łatwo jej mówić. Ona przynajmniej coś pamięta.
-Ok, dzięki. Miłego dnia - rozłączyłam się. Z drugiej strony, to chyba niezły dowód na poświęcenie. Sandra musiała go budzić w środku nocy. Usłyszałam odgłos otwieranych drzwi. Do pokoju wszedł Pascal. Podał mi szklankę wody z cytryną i tabletkę na ból głowy. Francuzi – zawsze przygotowani. Strzelam, że dość mocna dawka paracetamolu – to najczęściej biorą bez recepty. Przyda się, nie powiem.
-Bonjour – powiedział miło. Uśmiechnęłam się na jego słowa, jednak uderzyła mnie irracjonalność sytuacji. Co dokładnie wczoraj zaszło? Zacisnęłam dłonie. Mój wzrok uciekał jak najdalej od niego.
-Bonjour - odpowiedziałam niepewnie. Usiadł obok mnie.
Cholera.