niedziela, 1 marca 2015

3.

Piątkowe popołudnie z kakao w ręce? Perfekcja. Z głośników płynęła muzyka Michaela Jacksona. Rodzice pozwolili mi nie pójść do szkoły - o, jakże miło. Usprawiedliwiałam się strachem przed tymi psychicznymi dziewczynami, ale tak naprawdę musiałam wszystko przemyśleć. Moje pierwsze zawirowania. W głowie mętlik i nic więcej. Bezwartościowa plątanina myśli. Walka rozsądku z sercem, obowiązków i pragnień. Na dobrą sprawę nie wiem nawet do końca, kim on jest. Pascal Koeu. DJ Skalp. Tyle.
To wszystko postępowało zbyt szybko, a jednocześnie było upajające. Miłość? Zauroczenie? Ostatnie dni były doprawdy niezwykłe, bardzo miło jest spotkać kogoś, kto cię rozumie i wspiera. Chciałabym poznać jego znajomych, otoczenie... swoją drogą, mogłabym z nim pracować. Pisanie tekstów to miłe, twórcze zajęcie. Może byśmy nawet razem komponowali? Marzycielko, spokojnie, powoli. Przecież musimy się czegoś o sobie dowiedzieć. Może jest zupełnie inny. To uczucie niewiedzy było przyjemne, ale jednocześnie dobijające. Prawda może boleć.
"Nie jestem idealny. Mam wiele wad."
Co to mogą być za minusy? Wady Pascala? Nie dostrzegałam takich - może poza wywoływaniem we mnie sprzecznych, skrajnych emocji. Zakochanie? Wtedy w końcu idealizuje się potencjalnych partnerów. Ale, hej, ja? Poważnie? Zakochany kujonek? Takim osobom to się nie zdarza, nie teraz, nie tak bardzo i w ogóle nie.
Mimo wszystko, chodzę do liceum. Ostatnia klasa, niedługo egzaminy. Powinnam skupić się na nauce. Ale czy to mi da szczęście? Spełnienie? Szczerze wątpię. W tej chwili wolałabym, żeby Pascal mnie przytulił. Zbyt długo siedziałam z nosem w podręcznikach, a potem żaliłam się piosenkami. Pora na różową rzeczywistość. Cholera, zmieniam się. Mało tego – wcale nie protestuję. Zmiany w moim wieku są dobre, czyż nie? Oczywiście, że tak – pytania retoryczne zawsze w modzie.
Usłyszałam dźwięk telefonu. Postanowiłam, że zaraz po rozmowie zmienię dzwonek – bardziej irytującego pikadełka nie byli w stanie wymyślić. Irytujące, ale skuteczne. Wywoływało zainteresowanie. Nie miałam bladego pojęcia, komu przyszłoby do głowy dzwonić o tej porze - zajęcia przecież jeszcze trwają. Powoli zwlokłam się z łóżka i podeszłam do komody. Numer prywatny. Zaraz, co?
-Âllo? - zapytanie wybrzmiało wyjątkowo niepewnie. Nieśmiały kujonek w akcji.
-Adila? - usłyszałam dziwny, męski głos. Nie kojarzyłam go.
-Tak, kim pan jest?
-Za kwadrans u ciebie będę. Mam sprawę - nogi się pode mną ugięły. Musiałam wrócić na łóżko, żeby przetrawić taki zwrot akcji. Kto to jest i skąd wie, gdzie mieszkam?!
-Kim pan jest? - powtórzyłam, tym razem spokojniej. Rodzice nie powinni wpuścić mafioza, ani tym bardziej nikogo z piłą łańcuchową pod pachą.
-Kumpel Pascala. Wystarczy ci? - odpowiedział z irytacją. Co się właśnie dzieje? - Wymyśl mi jakąś dobrą tożsamość. Nie zajmę ci długo.
Pascala? Po co przysyłałby kumpla? Biłam się z myślami, intensywniej niż cały ranek, co wydawało mi się niemożliwe. Usłyszałam ciche pożegnanie. Tym razem na charakterystyczny dźwięk zakończonego połączenia przeszedł mnie dreszcz. Zaczęłam naprawdę się niepokoić.
Dopiłam kakao i sprawdziłam, jak wyglądam. Jasne, dopasowane jeansy i zwyczajny, biały t-shirt. Zawsze warto robić w miarę dobre wrażenie, czyż nie? Cholera, nie. Właśnie w tym rzecz. Zadzownił jakiś facet, gościa słyszę po raz pierwszy w życiu, skądś wie gdzie mieszkam i ma tu przyjść, a ja kontroluję swoją aparycję. Może zbuduję bazę z poduszek? Słabe. Pozostało mi tylko związać włosy w kucyk, co też ironicznie w stosunku do samej siebie uczyniłam.
Kim on może być? Na szczęście, dom nie był pusty - świadkowie to dobra rzecz. Napawał mnie jednak lękiem możliwy udział Pascala w tym przedsięwzięciu. Nagle do pokoju weszła mama. Cicho pisnęłam - myślę, że spokojnie możnaby odnotować u mnie wtedy co najmniej palpitacje serca. Puls dużo powyżej 130. Z trudnem utrzymałam pionową postawę ciała. Dzięki, mamo. Tak straszyć własne dziecko. Z drugiej strony – gdyby nie ten facet…
-Adila, czekasz na kogoś? - była wyraźnie zdziwiona i zaniepokojona. Na jej twarzy malowała się bezradna dezaprobata.
-Tak, na kolegę z liceum - nienawidzę kłamać. Skoro inni są ze mną szczerzy, czemu ja muszę bawić się w takie gierki?
-Liceum, powiadasz? Trochę wyrośnięty - mama uniosła brew. Spuściłam głowę, po czym wzięłam głęboki wdech.
-Cóż, geny - rzuciłam i usiadłam na łóżku, by moje dreszcze były odrobinę mniej zauważalne. Wbiłam wzrok w beżową poduszkę.
-Pójdę po niego.
Była to zdecydowanie najgorsza minuta mojego życia. Nie wiedziałam, czego mam oczekiwać, na co być gotowa i jak w razie czego uciekać. Świetnie, będzie chociaż spontanicznie. Za mało poduszek na bazę. Mogłam po prostu nie wyrazić zgody by przyszedł. Ciekawe jak by zareagował. To jest właśnie jedna z największych niesprawiedliwości świata – najlepsze pomysły na odpowiedzi i riposty przychodzą już po rozmowie. Mózgu, choć raz mogłeś zareagować trochę szybciej. Zaczynasz przypominać mi Internet Explorer.
Do pokoju wszedł wysoki, czarnoskóry mężczyzna. Na oko miał 27 lat. Ubrany był w jeansy i bladofioletową koszulę. Wyglądał porządnie, a w każdym razie mało psychopatycznie. Sprawiał wrażenie pewnego siebie, lecz jednocześnie delikatnie zagubionego. Sam pan to zaczął, nie pomogę. Usiadł ciężko na krześle i złożył ręce. Był tak samo zdenerwowany. Skoro tak, dlaczego przychodził?
Kiedy podał mi rękę, zauważyłam lekko zniekształcone opuszki palców. Przypomniała mi się rozmowa ze studia.
"-Czyje są te gitary?
-Ta po lewo jest moja, drugą przechowuję Amenowi, mojemu przyjacielowi. Wymiata, jeśli o to chodzi."
To musiał być on.
-Nie wiesz, czemu przyszedłem, prawda? – zapytał, by jakoś zacząć naszą niezręczną rozmowę.
-Oświeć mnie, Amenie - mina mu poważnie zrzedła. Został zdemaskowany, biedaczek. Chyba poczuł się mniej pewnie, ja zresztą nie zyskałam odwagi.
-Posłuchaj, to może być dla ciebie dziwne i trudne, ale... - na te słowa spojrzałam mu w oczy. No, mów. Chcę usłyszeć, czemu mnie martwisz w tak piękny bezszkolny dzień. Musiał mieć przecież ważny powód, prawda? Byłam zagubiona. Bezwiednie ściskałam poduszkę, bojąc się tego, co miałam za chwilę usłyszeć. Stres. Ciężko przełknął ślinę. - Chodzi o Pascala. Nie znasz go dobrze. Jest coś, czego nie wiesz.
Zaczęłam odczuwać jak krew pulsuje mi w głowie. Co z nim? A może raczej - co z nim nie tak? Poduszka już dawno wyzionęłaby pewnie ducha. Przechyliłam lekko głowę, dając tym samym znak, że zamieniam się w słuch. Może te wiadomości będą przydatne? Chciałam go w końcu lepiej poznać, a ludzie w trwałych związkach mówią sobie wszystko, tak? Trwałych związkach. Dziewczyno, o czym ty myślisz.
-Nie zrozum mnie źle, ale... znam go dość długo, by wiedzieć, że to typowy kobieciarz. Zmienia dziewczyny jak rękawiczki. Nie potrafię powiedzieć, która jesteś z kolei...
Może koło pięćdziesiątki. To znaczy, widzę, że się zmienia. Poddaję jednak w wątpliwość, czy na stałe – powiedział, bacznie obserwując moją reakcję. Jak mogłam zareagować? Spojrzałam w bok. Miło coś takiego usłyszeć, naprawdę. Trochę mi zniszczyłeś moje wyobrażenie, Amenie. Pascal… czemu? Nie miałam w zwyczaju skreślać ludzi ze względu na ich przeszłość, jednak takie informacje robią piorunujące wrażenie. Kocham tego idiotę! Po prostu kocham! Nie mam pojęcia dlaczego, co się ze mną dzieje, czemu chcę w tym trwać, ale to mi niepotrzebne! Uczucia rządzą się swoimi prawami, a szukanie wytłumaczenia to tylko strata czasu. Poczułam wilgoć na policzku. Ach, ujście emocji też musi być. Łza. Dwie. Trzy.
-Po prostu może poszukaj normalnego faceta. Wiesz, w gruncie rzeczy to dobry gość, jednak boję się głównie o ciebie i twoje emocje. Może to być tylko zabawa, więc uważaj. Chociaż... możliwe, że trochę przesadziłem. Jesteś jego pierwszą...yy.. "normalną" dziewczyną, którą widzę, iż próbuje kochać. Nie wiem, czy może mu się udać, bo jak dotąd nie był do takich rzeczy zdolny - Podniosłam głowę i ogarnęłam przyklejone włosy z twarzy. Trudno panować nad płaczem, mi szczególnie.
-Okropny z ciebie przyjaciel - stwierdziłam. Być może chciał mnie ostrzec, ale rozwaliłby z powodzeniem każdy związek.
-Wiem. Powinnaś docenić moją troskę o ciebie - znów był przesadnie rezolutny. Typ z lekkim przerostem ego.
-Doceniam troskę Pascala.
-Póki możesz, to doceniaj - po tych słowach wyszedł i zamknął drzwi.
Rzuciłam poduszką w kąt pokoju, po czym chwyciłam z szafy pierwszego lepszego misia. Musiałam przyznać mamie rację – jednak czasem się przydają. Przytuliłam go mocno, nie wiedząc, co robić. Wybuchnęłam niekontrolowanym płaczem. Człowiek, którego kocham, okazał się być typowym "macho" - jeśli wierzyć Amenowi. Boże, w co ja się wpakowałam?
"Jesteśmy razem? A chciałabyś, żebyśmy byli?"
Nigdy nie czułam się bardziej rozdarta. Co robić? Wszystko co dobre, kiedyś się kończy, owszem. Ale moje szczęście nie zdążyło jeszcze przekroczyć linii startu, a już zostało zdyskwalifikowane. Twarz iskrzyła mi w słońcu z powodu bladego światła rzucanego na łzy. Miałabym zatem odejść? Odrzucić go zupełnie z powodu przeszłości? Nie. Ten facet jest moją miłością. Wiem to. Zbyt dobrze.

***
-Córeczko, płaczesz? - usłyszałam głos mamy. Tak, od około dwóch godzin. Świetnie, że tak szybko reagujesz. - To... był twój chłopak?
Poprawiłam się na łóżku. On? Aż mną wstrząsnęło. Nigdy w życiu. Patrząc zupełnie teoretycznie, przede wszystkim miał za wysokie ego. Amen, mistrz gitary. Ale pod względem mowy ciała wydał się miły. Zdolność obserwacji – genialny dar.
-Nie.
-Masz chłopaka?
-Nie... wiem.
-Jesteś zakochana?
-Tak - czułam, że na tym będę musiała zakończyć wygodne, monosylabowe odpowiedzi. Zacznie się szczegółowy wywiad. Jeśli ja nic nie powiem, sama zbierze informacje. Niczym rosyjski szpieg.
-Więc... w czym problem?
-W tym, że pewnie okaże się dupkiem - wzruszyłam ramionami. Mamo, gdybyś wiedziała...
-Chodzi do twojego liceum? - dopytywała. Wkraczasz na niepewne tereny. Uważaj o co pytasz - w weekend apteki czynne są krócej, a melisa ci raczej nie pomoże.
-Nie. Jest dorosły. Tworzy muzykę - cóż, trudno było jej ukryć opadającą szczekę i wytrzeszczone oczy.
-Powiedz jeszcze, że wczoraj nie byłaś u koleżanki, tylko z nim.
-Teraz już chyba nie widzę takiej konieczności - na te słowa gwałtownie wstała. Wbiłam wzrok w podłogę. Czułam się winna - mogłam jej powiedzieć od razu. Ze stresu czesałam maskotkę dłonią. Oczywiście szczerość jest ważna, nie zaprzeczę, ale takie rozmowy są kłopotliwe. Już druga dzisiaj.
-Oszalałaś! – krzyknęła, powodując moje gwałtowne odchylenie w tył. To było dla niej niespodziewane. Szokujące informacje, pakiet numer dwa.
-Nie, zakochałam się. W gościu, który miał już z pięćdziesiąt lasek, a nie mam pewności, że na tym koniec.
-Słuchaj, pieniądze nie są najważniejsze - wszyscy tacy sami. Zmówiliście się?
-Może gdybym wiedziała ile zarabia, byłabyś spokojniejsza.
-Spałaś z nim – stwierdziła nieprawdziwy fakt chyba nie do końca świadomie. Robimy nagonkę, róbmy ją na całego. Brawa.
-Nie obrażaj mnie. Własna matka wysuwa takie oskarżenia, do czego to doszło - zrobiło się jej głupio. I dobrze.
-Adila, przepraszam... Nie chciałam cię osądzać. Może zacznijmy od początku: jak ma na imię?
-Pascal.
-Urocze - też tak uważałam. Obserwowałam mamę z cukierkowym uśmiechem. Wyglądałam jak francuski klaun. Uniesione kąciki ust i spływająca łza. Artystycznie. Opowiedziałam jej pokrótce nasz "muzyczny spacer", a potem występ z mojej perspektywy.
-Wydaje się być dobrym chłopakiem - skomentowała mama. Nie do końca świadomie znów zalałam się łzami i w uciskach rodzicielki wydukałam jej mniej więcej to, czym uraczył mnie Amen. Mina jej zrzedła. - Bogata przeszłość. Przepraszam, jeśli cię tym urażę, ale gdybyście faktycznie spróbowali ze sobą być, nie przyprowadzaj go tu. Chyba że będziesz stuprocentowo pewna jego wierności i oddania.
-Mamo, ja po prostu znalazłam kogoś, kto mnie rozumie… - wychlipałam jej w rękaw.
-Córciu, doprawdy nie mam pojęcia, co ci poradzić. To wynikło tak nagle... Zaczekaj, pójdę do cukierni po jakieś ciasto. Może to poprawi ci humor.
Ciasto? Kalorie? Cukier? No, wreszcie się rozumiemy. Kiwnęłam twierdząco głową.
Mimo wszystko, w głowie miałam mętlik. Może faktycznie się zmienił? Chociaż, z drugiej strony, tyle dziewczyn... czy jestem tylko następna? Podczas ścielenia łóżka (i odnajdywania w zakamarkach pokoju poduszek) podjęłam decyzję - powiem mu, żeby wykazał mi swoją przemianę. Poczułam się z tym jednak jak zazdrosny pustak - pomimo tego, że ja miałam realne powody. Chociaż... teoretycznie mi ich nie dał. Zresztą, nie miał kiedy. Adila, tempo masz niezłe jak na pierwszy związek. Skarciłam się w duchu – za dużo myślę.
Usłyszałam trzask drzwi wejściowych, więc zmierzałam ku schodom, by zejść na dół. Uzupełnianie glukozy - to lubię. I kawa z feralnego ekspresu. O tak, tego mi trzeba. A w weekend powalczę z myślami, mam czas. Czas zająć się sobą. Żyjemy, by jeść.
Zatrzymałam się na jednym ze stopni, po czym przetarłam oczy. Dobrze widzę?
-Nie wiem jak panu dziękować, naprawdę! Ten chuligan uciekłby z moją torebką... Dobrze, że istnieją jeszcze życzliwi ludzie.
-Chyba każdy by tak zrobił, proszę pani. I tak, według mnie, kawa to aż za wiele.
-Nalegam.
Ta jeansowa kurtka. Wyśmienicie. Odwrócił się i mnie zobaczył. Zamarł, zresztą jak ja. Ostrożnie pokonałam parę ostatnich stopni. Chyba chciał mnie przywitać, ale zatoczyłam obok niego łuk, zachowując odpowiedni dystans.
-Adila... - zaczął szeptem. Nie chciałam roztrząsać tego przy mamie. W jej oczach nieznajomy był porządnym chłopakiem.
-Przestań - syknęłam. Spojrzał na mnie pytająco. Akurat wtedy musiała odwrócić się mama wraz z kawą. Postawiła ją na barku i przechodziła do salonu.
-Adilo, ten młody człowiek uratował mnie przed kradzieżą torebki! - spojrzała jednak w nasze nieobcne twarze. -  Nie będę wam przeszkadzać - z jej mimiki wywnioskowałam brak połączenia faktów. Może to i lepiej.
Ujął moje dłonie. Spojrzał mi głęboko w oczy. Czułam, że zaraz znów się rozpłaczę. Jak mam mu to powiedzieć?
-Adila, co się stało? Zrobiłem coś złego?
-Z tego co wiem, zrobiłeś wiele złych rzeczy, Pascal - spojrzał na mnie podejrzliwie. Zbladł, a ręce zaczęły mu drżeć.
-Ale...
-Był u mnie twój życzliwy przyjaciel, Amen. To co, powiesz mi, który mam numerek? Pięćdziesiąt? Pięćdziesiąt pięć? - zaszkliły mi się oczy. Nie wierzę w to, co mówię. Kocham cię, nie widzisz?! Tylko jak mam to wytrzymać?!
-Zabiję gnoja - warknął. Był wściekły. Wstał i zaczął chodzić niespokojnie po kuchni.
-Za to, że powiedział mi prawdę o tobie? Niesłuszna śmierć.
-Powiedział ci o czymś, co uważałem za skończone. Dlatego.
-Od kiedy niby? - uniosłam brwi. Zebrał mi łzy z policzków. Tak, tego chcę. Tylko się zmień. Ale... potrafisz?
-Od kiedy cię zobaczyłem. Adila, potrzebuję cię. Myślę, że ty mnie także.
-Doskonale sobie bez ciebie poradzę - mało co nie zakrztusił się kawą. - Pokaż mi, że potrafisz się obyć bez atrakcji, z którymi, jak sam zresztą twierdzisz - "skończyłeś" - wlepił we mnie swoje czarne, hipnotyzujące spojrzenie. Nie ułatwiasz, Pascal.
-Dobrze. Jak chcesz - powiedział szeptem. Znów trzymał moje dłonie. - Tylko Adi...
-Tak? - zapytałam bez przekonania.
Czyżby on też chciał postawić jakiś warunek? Podświadomie czułam jednak, że nie o to chodzi. Zaczynaliśmy rozumieć się bez słów. Idealne połówki o trochę mniej perfekcyjnych charakterach i przeszłości.
-Adila, kocham cię. Nie zapominaj o tym.

***
"No odbierz, odbierz, szybciej!"
Zanim zdążyłam się rozmyślić, usłyszałam znajomy głos w słuchawce.
-Adi?
-Hej Sandra. Idziecie gdzieś może dzisiaj?
-Chyba w nas nie wątpisz.
-Nie śmiałabym - zachichotałam.
-Chcesz iść z nami?
-Właśnie o tym myślałam.
-Spoko, o 20 po ciebie wbiję.
-Okej, do zobaczenia.
Wypad do klubu załatwiony - podejście drugie. Dziś nie zamierzam się tak bardzo hamować - postanowiłam pokazać sama sobie, że wytrzymam choć trochę bez Pascala. Wiem, że z nim bawiłabym się o niebo lepiej, ale odczuwam wewnętrzne pragnienie dania mu nauczki. Takie są kobiety. Czułam, że to trochę wymuszone i przekorne. Cóż, trudny jest mój charakter. Wychodzę z ludźmi obeznanymi w imprezowym trybie życia. Oni przynajmniej nie stracili jeszcze głowy, w przeciwieństwie do niektórych licealistów, masowo leżących przed klubami nocą.
Był to kolejny tak śmiały krok tego dnia - pierwszy obejmował przekłucie u kosmetyczki nosa po obu stronach. Z jednej wystawał mi teraz mały kolczyk, przypominający okrągłą główkę pinezki. Szaleństwo. Wróciłam do domu by się przebrać - na szczęście nikt nie zauważył "przemiany". Byłaby afera, szczególnie ze strony taty.
Przez chwilę zastanowiłam się, co właściwie wyczyniam. Próbuję czegoś nowego, zmiany są dobre, smakuję życie... nie zaczynam zatracać siebie? Tamta Adila w życiu nie włożyłaby dość krótkiej jeansowej spódniczki, w której teraz stałam. Postanowiłam zignorować wewnętrzny głos. A nawet jeśli to był błąd, mam pełne prawo je popełniać. Na obcisłą, białą bluzkę narzuciłam koszulę w kratę, a włosy związałam w warkocz. Zobaczyłam przez okno Sandrę z ekipą, więc zeszłam. Na dole spotkałam tylko babcię.
-Wychodzę - powiedziałam, otwierając jednocześnie drzwi. Cofnęłam się jednak. Podeszłam do niej i mocno przytuliłam. Zatrzymaj mnie, zatrzymaj.
-Też cię kocham, Adilko. Nie szalej za bardzo. Chyba zacznę spisywać sobie pomysły na usprawiedliwianie ciebie, jeśli zamierzasz urządzać takie eskapady częściej - obie wybuchnęłśmy śmiechem. Pomachałam jej ostatecznie ręką i wyszłam na zewnątrz. Czyli jednak idę.
Rześkie powietrze od razu dodało mi sił. Poszliśmy do klubu innego niż ostatnio. Nie było tam specjalnie przyjemnie, ale tym razem tańczyłam, jak wszyscy zresztą. Dobrze czasem jest zlać się z tłumem. Po kolejnym utworze usiadłyśmy z Sandrą przy barze. Spodobały mi się krzesła i nic poza tym. Naprawdę nie moje klimaty.
-Zakochana? - przytaknęłam. - Dwa mojito poproszę.
-Sandra, ja chyba nie powinnam...
-Spokojnie, wypijesz, rozluźnisz się - czyżby druga Charlotte? Postanowiłam zaryzykować. Nie było takie złe. Odzwierciedlało mój dylemat wewnętrzny. - To ten DJ?
-Aha – lakoniczne odpowiedzi zawsze na miejscu.
-Czyżby miłość bez wzajemmości? - zaśmiałam się na te słowa.
-Tu cię zdziwię, z wzajemnością. Tyle, że nawiedził mnie dziś jego kolega i stwierdził, iż to okropny kobieciarz oraz nakazał uważać.
-Czemu się więc nie stosujesz?
-Bo go kocham, a on... powiedział to samo? - Sandra ożywiła się.
-Wyznał ci miłość? Wow, to już coś. Chodź jeszcze potańczyć - zaproponowała, po czym pociągnęła mnie na parkiet. Nie szukałam sobie partnera. Jestem samowystarczalna, widzisz Pascal? Mimo wszystko wolałabym mieć go przy sobie, krytycznym okiem spojrzeć na playlistę lokalu i potańczyć bez zahamowań, nawet przy takim gniocie, jak "Dragostea din tei". Bawiło mnie to o wiele bardziej. Pokrewna dusza – nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo mi kogoś takiego brakowało.
Gdzieś pomiędzy kolejnymi utworami a naszymi wynurzeniami, Sandra podsunęła mi drugi drink. A potem trzeci… kolejnych już odmówiłam. Chciała mnie upić? Spożywam alkohol pierwszy raz, nie tak prędko.
-Wyjdziesz ze mną na chwilę? Duszno tu - zaproponowałam. Czułam się naprawdę fatalnie. Miałam dziwne wrażenie, że to nie przez procenty.
-Jasne - chociaż się zgodziła.
Kiedy opuściłyśmy lokal, zaczęło mi przeraźliwie gwiżdżeć w uszach, a obraz przesłaniały czarne plamy. Uderzający gorąc
 i niesamowity ból głowy. Płat potyliczny? Co jest z tyłu? Co w ogóle jest? Jak się myśli? Ktoś pamięta moje imię?

-Sandra? - zdołałam wykrztusić, a właściwie jęknąć, po czym upadłam na kolana i huknęłam głową o beton.

***
Obudziłam się z okropnymi zawrotami głowy. Zaraz, gdzie ja jestem?! Wyglądu pokoju mojego ani Sandry jeszcze nie zapomniałam. Zupełnie inne kolory. Przestraszyłam się poważnie. Ani to znajome mieszkanie, ani szpital. Moja lista pomysłów się skończyła.
Leżałam w ogromnym, sosnowym łóżku. Pokój także wydawał się wielki. Ściany były białe, tylko tę na wprost mnie pomalowano w grube, pionowe, bladoniebieskie pasy. Światło wdzierało się przez duże okna. Obok łóżka po obu stronach stały szafki wraz z lampkami. Dalej dostrzegłam biurko, także od kompletu. Było zawalone stosami notatek, pomiędzy którymi nieśmiale stał MacBook. Nuty? Nie, to bez sensu. Brak mi jeszcze daru ostrości widzenia. Było dość przytulnie i elegancko. Dobry gust. Nadal jednak chciałam wiedzieć, jakie może być miejsce mojego pobytu. Z szafki nocnej chwyciłam telefon, który o dziwo tam leżał i wybrałam numer mojej wczorajszej towarzyszki.
-Âllo, Sandra? - kwestia brzmiała z lekka nieprzytomnie. Tak zresztą się czułam.
-Adila! Jak żyjesz?
-Na razie dobrze, ale dzwonię z nietypowym pytaniem, a mianowicie, gdzie jestem - zabrzmiało to naprawdę absurdalnie, jednak taka była prawda.
-Wczoraj zemdlałaś, więc zadzwoniłam z twojej komórki do Pascala. Przyjechał po ciebie, także zapewne znajdujesz się u niego - zamarłam. Coś kazało mi sprawdzić, czy jestem ubrana. Głupia podświadomość.
-Dlaczego do niego zadzwoniłaś?! - nie pamiętałam nic od momentu upadku. Według tego, co mówi, leżę właśnie w jego łóżku. A co, jeśli...
-Było to jedyne męskie imię w twoich kontaktach, a telefon do rodziców wydał mi się złą opcją - prychnęła. Łatwo jej mówić. Ona przynajmniej coś pamięta.
-Ok, dzięki. Miłego dnia - rozłączyłam się. Z drugiej strony, to chyba niezły dowód na poświęcenie. Sandra musiała go budzić w środku nocy. Usłyszałam odgłos otwieranych drzwi. Do pokoju wszedł Pascal. Podał mi szklankę wody z cytryną i tabletkę na ból głowy. Francuzi – zawsze przygotowani. Strzelam, że dość mocna dawka paracetamolu – to najczęściej biorą bez recepty. Przyda się, nie powiem.
-Bonjour – powiedział miło. Uśmiechnęłam się na jego słowa, jednak uderzyła mnie irracjonalność sytuacji. Co dokładnie wczoraj zaszło? Zacisnęłam dłonie. Mój wzrok uciekał jak najdalej od niego.
-Bonjour - odpowiedziałam niepewnie. Usiadł obok mnie.
Cholera.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz