sobota, 25 kwietnia 2015

9.

Patrzyłem na nią z ulgą. Jest cała, trochę mniej zdrowa. Kicha. Zziębnięta trzęsła się pod puchowym, fioletowym kocem. Trzymała kubek z kakao, jednak miałem wrażenie, że zaraz go wypuści. Nie mogła się uspokoić. Namina przywiozła mi torbę z jej rzeczami, bo przecież powrót do domu oraz kontrontacja Adili i Akrama były niedorzecznym pomysłem. Przebrała przemoczoną sukienkę na sweter i jeansy. Zdziwiło mnie to, bo sam siedziałem w t-shircie, a jej było zimno. Myślę, że takie odczucie temperatury wiązało się bardziej z emocjami. Nie próbowałem przytulić Adili od kiedy położyła się do łóżka - miną wyrażała dość znaczną niechęć. Coś przeszkadzało jej w zaśnięciu. Miała lekko nieprzytomny wzrok, ale dzielnie siorbała napój.
-Dobrze się czujesz? - zapytałem, zdając sobie jednocześnie sprawę, że było to najbardziej idiotyczne pytanie, jakie mogłem zadać.
-Wprost genialnie - odpowiedziała sarkastycznie, ale widząc moją minę, dodała - Niezbyt. Oczy mnie szczypią, świszczy mi w uszach, a głowa odmawia posłuszeństwa.
Usiadłem zatem na brzegu. Spojrzałem jej w twarz. Przekrwione oczy, zaczerwienione od długiego płaczu. Blada, nawet jak na nią, skóra. Sine worki. Ślady po zaschniętych łzach. Moja biedna Adila. Mam w tym swój udział. Ta świadomość była nie do zniesienia. Przynajmniej jej ojciec pozostawał względnie daleko. Ale ja byłem blisko, a mnie też się bała. Pogłaskałem ją po ramieniu, na co wzdrygnęła się.
-Przepraszam - powiedziałem. Niezbyt wiedziałem jednak za co.
-Zbyt łatwo dajesz się ponieść emocjom, Pascal. Tym negatywnym szczególnie.
-Nie wybaczyłaś mi jeszcze?
-Nie... to znaczy, nie wiem. Chciałam sobie to wszystko poukładać, przemyśleć, ogarnąć.  Niestety, uzyskałam zupełnie odwrotny skutek.
-Jeśli znów mi zaufasz, będzie ci łatwiej. Gdybym cię nie kochał, nie przyjechałbym po ciebie.
-Muszę być zgodna ze sobą. Już dwa razy ci zaufałam.
-Do trzech razy sztuka - stwierdziłem niepewnie. Westchnęła i owinęła się ciaśniej kocem.
-Po co czytałeś wiersz? - zapytała. Znów była zagubiona. Nie doświadczyłem nigdy takich problemów. Była to dla mnie zupełnie nowa sytuacja.
-Amen podał mi teczkę. Zostawiłaś ją w studio. Pomyślałem, że może lepiej cię poznam, zrozumiem, domyślę się gdzie przebywasz.
-Aha - stwierdziła lakonicznie. Nie czuła się komfortowo w takiej sytuacji.
-Naprawdę jesteś taka smutna?
-Mam skomplikowaną osobowość. W różnych miejscach mogę mieć różne nastroje.
-A na przykład teraz, jak się czujesz, jeśli chodzi o emocje?
-Zagubiona, sfrustrowana, niezrozumiale bezpieczna - wymieniła, szukając kontaktu wzrokowego. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, opuściła głowę. - Co z mamą?
-Czuje się dobrze, no, może poza siniakiem.
-Jej też trzeba pomóc.
-Wiem, ale na razie zajmijmy się tobą. Czasem trzeba być lekkim egoistą.
-Wszyscy patrzą na bezdomnych z góry. Ja byłam atakowana wielokrotnie nieprzyjemnymi uwagami czy gardzącymi spojrzeniami. Każdy z tych ludzi ma swoją historię, która kiedyś zaczęła być źle pisana. Czasem to nawet nie ich wina. To osobowości wrażliwe, też czujące. Czemu wszyscy są tacy obojętni, a wręcz wrogo nastawieni? Egoizm nie jest dobry.
-Mówisz o zupełnie innej sprawie, Adilo. Dużo bardziej złożonej i poważniejszej. Ale nie możesz wiecznie myśleć o innych. To ty miałaś powód, by uciec.
-Myślałeś o mnie? - zapytała cicho, chyba licząc na to, że nie usłyszę.
-Myślałem, śniłem, zadręczałem się. Przepraszałem cię po raz kolejny we śnie - ponownie podjąłem próbę dotknięcia jej ramienia, tym razem pomyślną.
-Wiem, ale to ja powinnam cię teraz przeprosić. Jestem problemem.
-To, że masz problemy, nie znaczy, iż sama nim jesteś. I tak podziwiam cię za wewnętrzną siłę - uśmiechnąłem się ciepło.
-Pascal... przytulisz mnie?
Spełniłem jej prośbę. Nawet nie próbowałem sobie wyobrażać, co może teraz przechodzić. Zastanawiałem się, czy ma więcej takich wierszy. Miałem na twarzy uśmiech. Jest. Obok mnie. Bezpieczna. Jej mama też była już spokojna, ale pozostawała sprawa ojca. Chyba byłoby lepiej wysłać go do jakiegoś ośrodka, odizolować na jakiś czas. Stres może przecież wywoływać takie stany. Sam zacząłem się trząść. Schodziło ze mnie całe napięcie. Pocałowałem ją w czoło i wstałem.
-Chcesz jakieś tabletki na ten ból głowy? - jako posiadacz dobrze wyposażonej apteczki, musiałem zapytać. Pokiwała twierdząco.
Poszedłem zatem do kuchni i jak zwykle nie wiedziałem, co jest w której szafce. Po prostu nie mam do takich rzeczy głowy. Muszę zapamiętywać o wiele ważniejsze informacje. Po paru podejściach metodą prób i błędów znalazłem odpowiednią. Na mały talerz ułożyłem kolejno: tabletkę na ból głowy (klasyczną, białą, owalną, strzelam, że coś z paracetamolem), uspokajającą, działającą także nasennie (podejrzanie błyszczącą i zieloną) oraz jakieś witaminy, które kolorami i kształtami miały chyba zachęcać do ich zażywania małe dzieci. Bądźmy stereotypowi, każdy Francuz to hipochondryk, więc bierze multum tabletek. Jako że pewnie jest dumna ze swojej narodowości, będzie mogła być przykładem potwierdzającym to przekonanie, poniekąd prawdziwe.
Nalałem do kubka wody i poszedłem jej zanieść. Zaśmiała się. Z jej twarzy odczytałem, że głowa bardzo boli.
-Aż tak fatalnie się chyba nie czuję - powiedziała z wymuszonym uśmiechem.
-Kiedy wszedłem, wyglądałaś jakbyś zawzięcie obliczała w pamięci pole dywanu, ewentualnie nie mogła wytrzymać z bólu. Coś jeszcze ci dolega?
-Skurcze mięśni.
-Na to masz magnez, ten mały, granatowy. Pełna paleta barw i zastosowań. Podlecz się i spróbuj zasnąć. Na pewno jesteś zmęczona - powiedziałem, patrząc na nią z politowaniem. Gdybym tylko wiedział, jak mogę naprawdę pomóc.
Zamknąłem cicho drzwi i założyłem słuchawki. Odpłynąłem w świat dźwięków. Muzyka to jednak coś niezwykłego. Niby sam ją produkuję, ale kiedy coś staje się rutyną, przestaje być przyjemne i unikalne. Tego chciałem uniknąć. Fakt, że Adila także się nią interesuje, był pomocny. Musiałem nazajutrz iść do studia. Trzeba ją zabrać, nie zostanie przecież sama. Potrzebuje wyzdrowieć, a przynajmniej lepiej się poczuć, by iść do szkoły. Było już późno. Gwiazdy zaglądały przez okno. Księżyc oświetlał sąsiedni pokój bladym światłem. Wyłączyłem odtwarzacz i wróciłem do rzeczywistości.
-Oj Adila, niesforne dziecko księżyca - powiedziałem do siebie.
Patrzyłem w sufit, który wydawał się czarny. Panował mrok. Jak pomóc jej rodzinie? Ma jakieś przyjaciółki, z którymi może pogadać? Może powinienem porozmawiać z jej ojcem? Ile jeszcze mam projektów do zrealizowania? Widmo pracy wisiało mi nad głową. Dorosłe życie nie jest tak piękne, jak wydaje się dzieciom. Kiedy byłem mały, marzyłem o takiej pracy. Wyczekiwałem osiemnastki, a kiedy ta nadeszła, trochę się w tym wszystkim pogubiłem. Trochę bardzo. Na te wspomnienia wypuściłem ciężko powietrze. Rzuciłem ponownie okiem na sufit i gdzieś pośród tej ciemności zasnąłem.

***

-Pascal, Ama w studio - padło z słuchawki. Ama? Trzeba nagrywać płytę?
-Yhym, super, wy też jesteście - odpowiedziałem. Obudzili mnie. Nawet wyspać się człowiek nie może.
-To twoja wytwórnia. Podnoś tyłek i przyjeżdżaj.
Rzuciłem okiem na zegarek. Kreski układały się w 8:04. Trochę wcześnie. Na ulicach tętniło już życie, od paru godzin zresztą. Podejrzewałem, że Adila też wstała. Drzwi nadal były zamknięte, więc stwierdziłem, iż przyda się sprawdzić prawdziwość tych przypuszczeń. Przypomniałem sobie o słuchawce przyciśniętej do ucha, a dokładniej przypomniało mi chrząknięcie Karima.
-Twoja też.
-Nie marudź, stary. Mam kazać jej czekać w nieskończoność? To ty z nią gadałeś.
-Pisałem. I to maile. Jej wygląd uświadomiła mi Grafika Google - odpowiedziałem z przekąsem. Nie po to mam firmę, żeby mnie budzono rano. Chociaż,  z drugiej strony - praca to praca. Trzeba iść.
Odbąknąłem coś niezrozumiałego. Wody, ludzie, wody w twarz. Może wreszcie się obudzę. Stres? Sam powinienem się naszprycować tymi wesołymi, uspokajającymi grochami.
-Okej, w przeciągu godziny będę.
-Godziny?!
-Powiem ci nawet, że to nie koniec dobrych wieści. Przyjedziemy we dwójkę - moja wypowiedź została skwitowana przeciągłym westchnięciem. Pik. Połączenie zakończone.
Pokonałem drogę po łuku, by dotrzeć do zlewu i spełnić swój pomysł z chluśnięciem w twarz. Takiej temperatury nie przewidziałem. Oczekiwałem, że "zimna" oznacza "zimna", a nie "mrożąca i raniąca ci mordę". Zdjąłem z wieszaka ręcznik i zacząłem trzeć dość intensywnie twarz - chyba trochę za bardzo oszołomiła mnie ta woda. Odwróciłem się do lustra.
-Witam pomidora - mruknąłem, patrząc na mój aktualny kolor. Pomimo umiejscowienia, twarzowy nie był zdecydowanie.
Wymaszerowałem z łazienki zirytowany niczym mały chłopczyk, któremu rodzice nie chcą kupić nowego, zdalnie sterowanego autka. Z zaciśniętymi pięściami przemierzałem dzielnie korytarz, kiedy to mój wspaniałomyślny los doprowadził do spotkania mojej stopy z nogą stołu. Głośno wypuściłem powietrze, jednak to nie wystarczyło. Walnąłem pięścią w stół. Czy ten dzień musi być tak fatalny?! Wiązanka przekleństw wybrzmiewała dzielnie, wraz z pulsowaniem bólu zwiększając głośność. Odwróciłem się i zobaczyłem przestraszoną Adilę stojącą w drzwiach. W jej spojrzeniu tkwiło pytanie z migającym na czerwono pytajnikiem. Było to coś pomiędzy "Co się stało?" a "Coś zamierzasz mi zrobić?". Włożyłem najbardziej życzliwy uśmiech,  na jaki po takich porannych sytuacjach było mnie stać i podszedłem do niej. Pocałowałem ją w czoło, wywołując względny spokój oraz uśmiech.
-Muszę jechać do studia. Taka jedna artystka nagrywa płytę, a ci inteligenci mnie wzywają - wydała się moją wypowiedzią zasmucona. - Oczywiście ty jedziesz ze mną, więc zbieraj się.
Jak to kobieta, poszła do łazienki i siedziała tam jedynie kwadrans - naprawdę dobry wynik. Bywało gorzej. Ja tylko się przebrałem oraz względnie przeczesałem te parę centymetrów włosów.
-Ślicznie wyglądasz - powiedziałem, bo granatowa, zwiewna sukienka i włosy zaplecione w dosyć długi warkocz zrobiły na mnie wrażenie.
-Dzięki - odpowiedziała. Gdyby umiała, pewnie by się zarumieniła. - Co to za artystka?
-Ama. Głównie pop, trochę r'n'b. Zresztą, poznasz - powiedziałem, po czym wyszliśmy. Ze znanych mężczyznom powodów puściłem ją przodem. Pascal szowinista? Nie, po prostu Pascal samiec. Instynkt.
Kiedy weszliśmy, Amen omawiał z Amą jakiś tekst piosenki, Karim zaś wnikliwie obserwował wejście. Oto jestem, ja, twój wybawca. Raduj się zatem, nie będziesz siedział samotnie.
-Mógłbyś nauczyć się dobrze grać na jakimś instrumencie, wtedy szybciej znalazłbyś kompana do rozmowy - rzuciłem zgryźliwie. To on mnie obudził, niech zatem pokutuje.
Ama gwałtownie wstała. Wyglądała o wiele młodziej niż na zdjęciach. Lekki makijaż, miodowe włosy związane w luźną kitkę. Jej ubiór znacznie różnił się od Adili - luźny t-shirt i wytarte jeansy. Chyba zwracałem na siebie mniej uwagi niż moja partnerka.
-Mnie jeszcze nie znasz. Adila - powiedziała i wyciągnęła rękę, którą Ama uścisnęła.
-Amelie. A ty jesteś Pascal?
Odpowiedziałem skinieniem. Polubiłyby się. Kobiety. Chwyciłem gitarę i zacząłem poszukiwania dobrego akordu. Ten nie, ten też, to jest bez sensu... Załamany oraz bez energii trochę przypadkowo zmieniłem ustawienie palców. Tak. Znalazłem. To Amenowi jednak powierzyłem komponowanie dalszej gitarowej melodii. Nie miała być zresztą jakoś specjalnie skomplikowana - tylko parę akordów. Mamy przecież do dyspozycji fortepian, syntezator, perkusję... Dziewczyny wymieniły się spojrzeniami i już wiedziałem, że o coś chodzi.
-Brakuje tu skrzypiec - stwierdziła Adila, czemu przytaknęła Ama.
Spojrzałem na nie jednocześnie zdziwiony i zakłopotany. Skąd ja ściągnę muzyka? Nie ten dzień, nie ta godzina. Bez szans. Zresztą, mogłem co najwyżej pobawić się ustawieniami keyboardu.
-Ja nie umiem grać na skrzypcach - stwierdziłem twardo. Rzuciłem Karimowi niby pytające, niby kpiące spojrzenie. Pokiwał przecząco głową. Na tym też nie potrafił.
-Tam przecież leżą - wtrąciła Ama tonem rozkapryszonej dziewczynki, przeciągając świadomie ostatnią literę. Przewróciłem oczami. Prawie jak zirytowana kobieta.
-Pascal, dalej, nie możesz zawieść damskiej części publiczności - zaśmiał się Amen.
-Dzięki - mruknąłem i z rezygnacją podszedłem do skrzypiec, modląc się w duchu, żeby tylko ich nie uszkodzić.
Do końca nie wiedziałem nawet, jak to trzymać. Podpatrywałem niby muzyków, ale bez przesady. Nie jestem geniuszem, żeby opanować wszystko. Zabiliby mnie za porównanie tego instrumentu do gitary, ale tylko ta myśl mnie pocieszała. Ułożyłem je w dobrej pozycji i zupełnie bez gracji dziabnąłem smyczkiem strunę. Jeden na dziesięć.
-Ma ktoś pomysł na melodię? - rzuciłem pozbawionym entuzjazmu tonem.
-Coś świeżego, dajesz stary - naigrywał się Karim. Spojrzałem w stronę Adili i do głowy przyszła mi pewna myśl.
Jedna struna, druga, trzecia, znów ta pierwsza, trochę wyżej, lekko niżej, powtarzalność... Było to coś w stylu rytmów turecko - arabskich. Karim, zamówiłeś świeżość. Twoja wina. Spodobały mi się skrzypce - były tak "dostojne" jak fortepian. Brakowało tylko garnituru - najlepiej któregoś z tych drogich, niby najprostszych, a jednak z drogocenną metką.
Zebrałem oklaski i przez chwilę poczułem się niczym wirtuoz po koncercie. Adila uśmiechała się szeroko, a Amen z Karimem siedzieli trochę osłupieni - wiedzieli, że pierwszy raz miałem w ręku ten instrument. Ama chyba próbowała posklejać w głowie powstającą melodię - kto tam wie te kobiety. Pokerowa mina i nic nie odczytasz.
Obrzuciła gwałtownie spojrzeniem zegarek. Natychmiast przywdziała wzrok głodnej stresu, wiecznie zabieganej paryżanki, czyhającej na promocje u Gaultiera czy Korsa. Czekałem na rajd w szpilkach, które pomimo luźnej reszty ubioru były obowiązkowe - przecież kobieta sukcesu, co się dziwić. Niestety, niezbyt spektakularnie podniosła tylko torebkę. Nie Vuitton. Kors. Czyżby po jednej z promocji?
-Za kwadrans mam sesję zdjęciową. Mogę przyjść jutro na nagranie? - wyartykuowała z prędkością karabinu maszynowego dobrej klasy.
-Tak, jutro popracujesz z Karimem, jeśli ci to nie przeszkadza - starałem się podtrzymywać tempo.
-D'accord - rzuciła tylko, pożegnała się chyba pod nosem i pognała ku wielkomiejskiej aglomeracji... albo po prostu wyszła, jak kto woli.
Za nią gęsiego opuścili studio Amen oraz Karim. Co tu po nich, kiedy jedyna obecna kobieta jest moją dziewczyną. Znów sami w studio - no, ciekawie, ciekawie.
-Dziś mi nie zaśniesz? - zażartowałem i włączyłem radio. Bądźmy na bieżąco z muzyką, choćby taką popularną.
-Nie mam tego w planach - zaśmiała się.
Audycja była poświęcona jakiejś szkole tańca i tańcu jako takiemu - ciekawostki, wywiady, sondy miejskie - w przerwach między piosenkami, oczywiście. Dużo dat, zbyt wiele suchych faktów. I datki. Prośby o datki. Adila fuknęła pod nosem i przewróciła oczami. Już chyba wiem, od kogo mi się to wzięło.
-Taniec w liczbach. Świetnie - plus za telepatię, moja droga.
-Wiesz, co innego mogli przekazać w komercyjnym radiu.
-Choćby symbolikę tańca. Zastanawiałeś się kiedyś nad tym?
Prawdę mówiąc nie, nigdy. Jest sobie taniec, niech będzie. Robią pokazy? Okej. Ale żebym specjalnie się w to zagłębiał?  Nie przypominam sobie. Ja mam muzykę, oni wygibasy. Artystyczne i emocjonalne wygibasy, fakt, ale to inna dziedzina. Pokiwałem zatem przecząco głową, niech kontynuuje, ja się bezceremonialnie i z przyzwoleniem pogapię. Porozmyślam także - przecież mówi mądrze, sensownie. Innej bym zresztą nie wybrał - dlatego Adila jest moja. Nikt mi jej nie zabierze. Zaborczy Pascal.
-Samo to, ile jest styli tanecznych - szybkie, wolne, romantyczne, pełne akrobatyki... to trochę jak ludzkie osobowości. Każdy tancerz musi odczuwać ruchy, wkładać emocje oraz cząstkę siebie. To tak jak w śpiewie. Wszyscy opowiadają swoją historię, a te toczą się różnie - piruety rozmyślań, upadki, wzloty, gesty rozpaczy, uśmiechy czy skoki. Przedstawiają własne życie w większym lub mniejszym stopniu. Albo taki danse macabre - ostatni taniec, taniec śmierci. Wyraź się gdy odchodzisz, zaszufladkuj swoją osobę. Bo ludzie potrzebują szufladek. Zostaw emocje, oczyść się, wiruj w rytmie żałobnym. Bądź równy swym partnerom z rzędu. Ostatnim tańcem można nazwać wszystko - od uścisku ręki konającemu, przez utraconą miłość i pragnienie powtórnego zawirowania do potrzeby chwilowej radości, odskoczni, przekazania innym siebie.
Byłem zdziwiony tą wypowiedzią. Taniec. Motyw od lat wykorzystywany w literaturze i sztuce. Motyw, nad którym większość się nie zastanawia. Pasja milionów. Czemu? Teraz chyba rozumiem. Bo większość potrzebuje chwili dla swojej opowieści. Tej jedynej, unikalnej, którą pisze życie.
-Za takie rozmowy cię kocham - szepnąłem, ona zaś położyła mi głowę na ramieniu.
Z radia płynęły dźwięki charakterystyczne dla komercyjnej rozgłośni. Rozpoznałem hit L5 - nienajgorszy, nienajlepszy. Niby tylko do potupania nóżką, a jednak teraz tak trafny. Wstałem i wyciągnąłem rękę.
-Zatańczysz zatem?
Złapała moją dłoń i pocałowała mnie. Ująłem jej ręce. Kołysaliśmy się rytmicznie w rytm muzyki. Czy widzieli nas ludzie z ulicy? Pewnie tak, ale jakie to miało znaczenie.

Wszystkie kobiety twojego życia
Zebrane we mnie
Twoja bratnia dusza, twoja muza
Czasami najlepszy wróg.*

Obrót. I jeszcze jeden. Granatowa sukienka wirowała. To było tak swobodne, naturalne, nie to co sztuczne pary na dyskotekach. Krok do przodu, krok do tyłu. Kiedy na mnie patrzyła, błyszczały jej oczy. Poruszała się na pewno zgrabniej ode mnie. Warkocz co jakiś czas opadał na plecy. Wokół nas była jakaś otoczka beztroski nie do pokonania. Krok w prawo, obrót, do przodu. To idzie ze środka. Jeśli masz odpowiednią partnerkę, nie liczy się muzyka. Tańczysz. Opowiadasz siebie.

Wszystkie kobiety twojego życia
Glamour czy sexy
Bohaterka twoich pragnień
Jak widzisz, jestem wszystkimi kobietami
Wszystkimi kobietami twojego życia.*

Położyła ręce na moich ramionach. Uśmiechnęła się szeroko. Jak łatwo uszczęśliwić kobietę. W sumie, to wyzwala szczęście u każdego człowieka. Także ułożyłem dłonie na jej ramionach i zacząłem dość marnie udawać, że ją prowadzę. Przynajmniej ani razu żadne z nas nikogo nie nadepnęło - to już krok w stronę perfekcji. Poruszała się z gracją. Znów złapałem jej dłonie. Kolejny obrót. Zaśmiała się, po czym zmusiła mnie do wykonania piruetu. Raz się żyje. Rozkloszowany krój sukienki powodował, że kręciła się rytmicznie. Byliśmy w siebie zapatrzeni. Młodzi zakochani. Tej opowieści nie przerwały nawet wibracje jej telefonu - technologii w takich momentach mówię nie. Kolekcjonujcie chwile zamiast rzeczy. Tego się trzymajmy.
Obrót.

______
* fragmenty tekstu piosenki zespołu L5 - Toutes les femmes de ta vie

środa, 8 kwietnia 2015

8.

Zaczęłam się rozglądać. Szczury wychodziły na żer ze studzienek. Ciepłe światło ulicznych lamp tworzyło na chodniku żółtopomarańczowe koła. Zachichotałam do siebie. Co ja właściwie robię? Oszalałam? Chodzę nocą po Paryżu. Uciekłam z domu? Taka ze mnie buntowniczka?
Czułam, że wreszcie wydarłam się chorym zasadom. Moja dusza była wolna. Tanecznym krokiem zmierzałam w stronę Parc des Buttes-Chaumont, miejsca, które kojarzyło mi się z beztroskim dzieciństwem. Lekko szumiał wiatr. Liście kołysały się pod jego wodzą. Brakowało mi tylko śpiewu ptaków, jednak zważając na godzinę, był on mało prawdopodobny.
Dlaczego się zatem śmiałam? Posyłałam gwiazdom teatralne uśmiechy? Miałam ochotę wszystko wyśpiewać? Zostawiłam w domu czyste zło. Nie czułam się ani trochę w tej chwili odpowiedzialna czy winna. To inni kierują swoim życiem. Ja niewiele mogę. Chciałam zająć się swoimi sprawami, bo wielu nigdy do końca nie uporządkowałam.
Przemierzałam spacerową alejkę idąc pod drzewami. Chciałam umknąć wszechwiedzącemu księżycowi. Noc jest piękna. Inspirująca. Cały ruch zamiera. Dokoła nie było widać żywej duszy. Samotnie przecinałam powietrze. Za parę godzin wstanie dzień. A ja, zamiast w pokoju, spędzam te magiczne godziny pośród wytyczonych ścieżek. Stanęłam pośrodku i wzięłam głęboki wdech. Niezrozumiałe poczucie bezpieczeństwa. Otulał mnie zapach deszczu. Nie było jednak kałuż, co uznałam za dobry omen.
Weszłam na most. Często tu biegałam jako dziecko. Nie bałam się wysokości. Usiadłam i przełożyłam nogi pomiędzy pręty. Miałam wrażenie, że wiszę nad ziemią. Uniosłam głowę.
Gwiazdy świeciły bajecznie. Cała ta scena przypominała bardziej film. Zaczęłam wspominać wczesne lata mojego życia.
"Widzisz, ludzie z tej perspektywy wydają się maleńcy. W każdym z nich drzemie wielkie serce. Niektórzy czują się tacy mali, jakimi ich teraz oglądasz. Takim osobom pomagaj, Adilo. Zawsze."
Pamiętałam te słowa doskonale. Salem ze mną często tu przesiadywał. Jest bardzo mądry. Wcześniej nie rozumiałam tak dobrze sensu tej wypowiedzi. Teraz sama znalazłam się w opisanej sytuacji. Rozdarta pomiędzy emocjami, niepotrzebna, beznadziejna. A jednak miałam na twarzy uśmiech. Czasy dzieciństwa nie wrócą. To smutne, ale boleśnie prawdziwe.
Tata zaś zabierał mnie do groty, która znajdowała się pode mną. Wodospad wewnątrz niej szumiał zawsze beztrosko. Często ochlapywałam ojca wodą. Śmiał się wtedy, choć udawał złego. Było to zabawne, bo zdolności teatralne nie należały do jego atutów. Tłumaczył mi zawzięcie budowę skał, gatunki mijanych roślin... A teraz pobił mamę.
Kiedyś spotkałam w tym parku dziewczynkę z ogromnym siniakiem. Powiedziała, że kupiła sobie czekoladę, a jej tata pobił ją za tak bezmyślne wydanie pieniędzy. Miałam sześć lat, nie więcej. Zabrałam ją do domu i dałam swoje słodycze. Oddałam sukienkę. Mama posmarowała dziewczynce siniaka. Ponoć potem rozmawiała z jej rodzicami. Wyryłyśmy wtedy w kamieniu "M+A". Wiem, postąpiłyśmy głupio. Przyjaźniłyśmy się dłuższy czas z Marie. Miejscem naszych spotkań był ten park. Wstałam i poszłam w kierunku kamiennej kopuły.
Łzy poleciały mi z oczu, gdy przejechałam dłonią po wydłubanym napisie. Nie miałam pojęcia, co dzieje się teraz z moją przyjaciółką. Coś rozdzieliło nasze drogi lata temu. Brakowało mi jej. Tęsknota. Destrukcyjne uczucie.
"Jesteś wspaniała, Marie. Pamiętaj o tym
Nikt cię nie złamie. Trzeba być silniejszym od świata, bo inaczej zostaniesz zgnieciona przez problemy. Ale uśmiechaj się. Do życia."
Teraz sama potrzebowałam od kogoś takich słów. Spojrzałam na swoje skórzane buty - były przybrudzone i zakurzone. Wzruszyłam ramionami. To niewielka cena za chwilę spokoju. Drzewa zaszumiały w znanym mi rytmie. Lubiłam słuchać natury. To akurat jako dziewczynki czyniłyśmy z Naminą. Nauczyła mnie słuchać - nie tyle wiatru czy deszczu, co ludzi. Dzieci. Potrzebujących, małych, nie słabiej czujących istot. Lubiłam je. Z łatwością poznawały świat, którego nie szufladkowały.
Schodząc z mostka spojrzałam na księżyc. Wędrowałam po parku z zadartą głową. Zapuściłam się między krzewy. Było tam parę naprawdę sporych kamieni. Podeszłam do jednego z nich.
Co za ironia. Uciekam przed ojcem, czyż nie? Takie są fakty. Na tym kamieniu ustawiłam się do zdjęcia, by dorównać mu wzrostem. Zawsze głaskał mnie po włosach. Jak Pascal. Byli bardzo podobni. Przynajmniej jeśli chodzi o dobre cechy. Nie chciałam o nim teraz myśleć, ale było to silniejsze ode mnie. Dlaczego tak postąpił? Brutalnie wykręcił moje ręce z powodu niedorzecznych podejrzeń. Czy on mi ufa? Ile razy go zraniono? Księżycu, odpowiedz.

Powiedz mi, księżycu ze srebra
Ty, który nie masz ramienia
Jak ukołyszesz dziecko?
Dziecko Księżyca...*

Nuciłam pod nosem. Znów ta piosenka. Stała się chyba częścią mnie. Czy też mogę mówić o sobie Dziecko Księżyca? Nocy? W końcu wtedy czułam się najlepiej, znajdowałam odpowiedzi i spokój. To nocą ludzie najczęściej spokojnie odchodzą na tamten lepszy świat czy sennie marzą o milszym, bardziej dostatnim życiu. Ostatni raz tego dnia, a raczej nocy, posłałam spojrzenie Księżycowi i zasnęłam zwinięta na feralnym kamieniu ze zdjęcia.

***

Najpierw wstało słońce, ja zaś parę godzin po nim. Kamienie nie są wygodnym posłaniem. Podniosłam się z potrzeby rozprostowania kości. Dosłownie wszystko mnie bolało. Cóż, twarde podłoże jest chociaż dobre na kręgosłup.
Przeszłam skrótem na jedną ze ścieżek. Wiał wiatr. Było jeszcze trochę mokro po wczorajszym deszczu - a może spadł w nocy? Tylko czemu tego nie poczułam? Uśmiechałam się życzliwie do przechodzących osób. Niektórzy odwzajemniali serdecznie moje poczynania, inni zaś posyłali mi zdziwione oraz pełne dezaprobaty spojrzenia. Zdziwiło mnie to. Spojrzałam na moją sukienkę - była jeszcze lekko mokra. Przy okazji zmieniła barwę z białej na szaro-zieloną. Pomięta, nędznie wyglądająca jak potargane włosy. Dotknęłam twarzy. Podpuchnięte oczy, świetnie. Stałam tam zrezygnowana. Westchnęłam ciężko.
Park tętnił życiem. Wesołe dzieci biegały dokoła. Pomimo świadomości fatalnego wyglądu wywołało to mój ponowny uśmiech. Rodzice siedzieli pogrążeni w rozmowie. Znów dzieci pozostawione same sobie. Co prawda ja też kiedyś tu biegałam bez opieki lub z rodzeństwem, ale dzisiejszy świat wydawał mi się smutny.
Tak samo wyglądał chłopiec siedzący na pobliskiej ławce. Machał nogami i zaciśniętymi piąstkami podpierał policzki. Pociągał co jakiś czas nosem. Miał za duże, beżowe, połatane spodnie, szelki i szarą koszulkę. Wyglądał przeuroczo. Po chwili obrócił głowę w moją stronę. Wyprostował się i położył dłonie na kolanach. Podeszłam do niego, po czym usiadłam obok.
-Hej - powiedział lekko wystraszony. Przyglądał się mi badawczo. No tak, wyglądem nie oszałamiałam.
-Hej, jestem Adila, a ty?
-Jean - odrzekł, po czym znów pociągnął nosem.
-Jesteś smutny. Dlaczego siedzisz sam? - zapytałam. Salem kazał pomagać.
-Mama i ja nie mamy pieniędzy. Dziś mieliśmy wpłacać na wycieczkę, więc nie poszedłem do szkoły. Jak moglibyśmy opłacać takie rzeczy, skoro ja nie mam co jeść? Nie znam taty. A ty swojego lubisz? - zapytał z dziecięcą ciekawością.
-Nie do końca - stwierdziłam zgodnie z prawdą. Jest czasem okropny, ale to przecież mój ojciec. - Do której klasy chodzisz?
-Do pierwszej.
-A mama pracuje? Nie wiesz czasem gdzie?
-Nie wiem. Po szkole chodzę do babci. Mama ciągle zamartwia się jakimś "czynszem". Ponoć jest bardzo wysoki. Ja też przecież jestem! - powiedział i wstał by zaprezentować swoją rację. Zaśmiałam się.
-Tak, oczywiście. Już duży chłopak z ciebie. Długo tu siedzisz?
-Nie wiem, jeszcze nie uczyli mnie odczytywać godzin. Zegarka też brak. Ale patrząc na słońce, to przyszedłem dość długo po wschodzie. Zjadłbym śniadanie, późno jest. Gdzie mieszkasz?
-Czemu pytasz? - zdziwiłam się. Myślałam o skombinowaniu posiłku.
-Bo widziałem jak śpisz na kamieniu. To jakaś gra? - wywołał moje ciche westchnienie.
-Nie Jean, po prostu sytuacja w moim domu jest skomplikowana.
-Czemu do mnie podeszłaś? Jesteś bardzo miła... też nie masz co jeść?
-Mam, oczywiście że mam. A podeszłam, bo byłeś smutny. Mój starszy brat nauczył mnie, że każdy człowiek ma wielką wartość, a jego szczęście jeszcze większą.
-To, że jestem dzieckiem, nie znaczy, że możesz kłamać. Ty też jesteś smutna.
Mądry dzieciak. Patrzyłam mu w oczy. Były zielone, głębokie, ufne. Oczy dziecka. Spostrzegawczego. Złapałam go za dłoń. Jasną, wręcz porcelanową. Zimną. Słabą.
-Chodź - zarządziłam. Pieniądze się przydają. - Pójdziemy ci kupić coś do jedzenia. Nie mam ze sobą wielu pieniędzy, ale powinno wystarczyć.
-Dziękuję - szepnął wysokim głosem i rzucił mi się na szyję.
Spacerowałam trzymając go za rękę. Podskakiwał i nucił melodię o bliżej nieokreślonym rytmie. Szliśmy w stronę najbliższego marketu. Wiatr się uspokoił w satysfakcjonującym stopniu. Wręczyłam mu moje 5 euro oraz poklepałam po ramieniu.
-Weź sobie co chcesz, ale wiedz, że to na dużo nie starczy. Zapytaj kogoś, jeśli będziesz miał wątpliwości co do ceny swoich zakupów.
Kiwnął posłusznie głową. Weszłabym z nim, ale okropnie się poczułam. Z trudem usiadłam na krawężniku. Kręciło mi się w głowie. Ludzie zaczęli przyjmować zarysy bezkształtnych humanoidów. Pomimo minimum dwudziestu stopni było mi zimno. Usłyszałam otwierające się drzwi od sklepu. Ze świstem wypuściłam powietrze.
Jean podszedł do mnie i wręczył 2 euro.
-Taka miła starsza pani dołożyła mi trochę od siebie. Kupiłem chleb, jakieś parówki i butelkę wody - oznajmił. Musiała mu dużo dołożyć. Postawił coś obok mnie.
-Tobie wziąłem wodę i bagietkę.
-Jean, weź to sobie. Naprawdę niczego nie potrzebuję - powiedziałam, choć mój żołądek miał zupełnie odmienne zdanie. Malec przykucnął obok mnie.
-Wszystko będzie dobrze, pani Adilo. Nie możesz chodzić głodna, bo jesteś miła i widzisz więcej - jego ton głosu zmienił się. Zmarszczyłam brwi. Omamy słuchowe? Odłamałam kawałek bagietki. Może to z głodu.
-Dzięki - powiedziałam, po czym spojrzałam mu prosto w oczy. Przestraszył się trochę. Oczy są zwierciadłem duszy, tak? Fuknęłam sama na siebie. Co ty przypuszczasz, Adila. Gdzie twoja zdolność oceny?
-Coś się stało? - spytał zdezorientowany.
-Nie, tylko... - zaczęłam, jednak chłopiec momentalnie się we mnie wtulił. Patrzył z przerażeniem na przechodzącego mężczyznę.
-Ten pan... Adilo, przytulisz mnie? Boję się - powiedział odwracając głowę. Spełniłam jego prośbę.
-Dzień dobry, panno Sedraïa - powiedział mijając nas. Znałam go. Był lekarzem dziadka, zanim ten...
-Dzień dobry. Jean, masz może... drugie imię? - zapytałam karcąc się w duchu za niedorzeczne pomysły.
-Tak, Rashid.
-Skąd takie? - zapytałam. Starałam się zachować pozory spokoju. Bez jaj. To przecież niemożliwe, dziewczyno, wariujesz.
-Mamie ponoć ktoś się przyśnił i tak przykazał. Mnie się podoba, a tobie?
-Też. To bardzo ładne imię, zresztą tak jak Jean - stwierdziłam obserwując moje drżenie rąk.
-Mama się będzie martwić, muszę iść. Jeszcze cię kiedyś znajdę.
-Jeśli będziesz czegoś potrzebował, zawsze pomogę - powiedziałam. Skąd u niego ta pewność? To sześcioletni pierwszoklasista.
Popędził z zakupami w reklamówce wzdłuż ulicy. Zostałam na krawężniku i skubałam bagietkę. Tak, byłam głodna. Zaczęło to do mnie docierać. Ale tam nie wrócę.
Ludzie patrzyli na mnie dziwnie, jak w parku. Podniosłam się z trudem, zabrałam prowiant i wyruszyłam na dłuższy spacer. Planowałam zatrzymywać się po drodze. Podziwiać promienie słoneczne ogrzewające mięsiste liście drzew. Wpatrywać się w czerwony neon teatru przy Saint-Martin. Wdychać zapach deszczu mieszający się z wonią bagietek. Używać życia. I nie myśleć o wycieńczającej nauce. Ten chłopczyk był niezwykły. Wiele osób ma w sobie coś spektakularnego. Mama. Marie.
-Pascal - szepnęłam do siebie, chcąc zdusić uczucie pustki. To dopiero paręnaście godzin. Gryz.

***
Paryż ostatnimi czasy był podejrzanie deszczowy. Siedziałam, a raczej kuliłam się pod Pont Neuf i obserwowałam krople uderzające monotonnie o taflę wody. Powietrze miało orzeźwiający zapach. Gwiazd nie było widać prawie wcale. Latarnie emanowały ciepłym światłem. Kolejna noc. Szukają mnie? Nie sądzę. Oparłam głowę o zimny mur.
Oddychałam głęboko, by powstrzymać płacz. Może powinnam wrócić? To trudniejsze niż myślałam. Samotność potrafi być wyniszczająca. Ktoś mnie potrzebuje? Jedyną przeszkodą na razie jest obowiązek szkolny. Kiedyś to nadrobię. Stukałam palcami o chodnik.
Zwiedziłam dziś parę parków, podziwiałam Łuk Triumfalny, przyglądałam się mojemu odbiciu w piramidzie Luwru. Uroczy dzień. Długa droga. Księżyc wychylał się zza chmur zdobiąc swym odbiciem taflę. Zaczęły mi opadać powieki. Zwinęłam się w kłębek i ułożyłam na zaokrąglonej ścianie.
Stałam pośrodku dziwnej rzeczywistości. Była pięcio lub więcej wymiarowa. Wszystko było zakrzywione i zlewające się ze sobą. Zdałam sobie sprawę z tego, że śnię. Niepewnie zrobiłam krok w przód. Zaczęłam spadać.
Zobaczyłam małą, ciemnowłosą dziewczynkę. Razem z rodzicami szła jedną z paryskich ulic. Trzymała ich posłusznie za ręce.
-Mamo, tato, a kupicie mi kolczyki? - wybrzmiała prośba. Ku zrealizowaniu jej skierowali się do odpowiedniego sklepu.
Coś zmuszało mnie do podążania za nimi. Starałam się pozostać niezauważona, ale odkryłam, że nikt na moją osobę nie zwraca uwagi. Kątem oka dostrzegłam wybraną biżuterię. Małe, srebrne kolczyki w kształcie serduszek z małym diamencikiem w obu. Dotknęłam mimowolnie uszu. Miałam na sobie identyczne, jak te właśnie kupowane. Mężczyzna spojrzał w moim kierunku. Te same niebieskie oczy. Zawsze niezmienne, ale... tym razem o ciepłym wyrazie. Gdzie ten chłód? Gdzie obojętność?
Tak jak poprzedni ludzie, nie zauważył mnie. Wyszli uśmiechnięci.
-Dziękuję wam - wybrzmiało przed drzwiami sklepu. Tata wziął ją... mnie? na ręce. Co się zmieniło?
-Tato! - krzyknęłam i zaczęłam biec. Chciałam mu zadać multum pytań.
Kiedyś było dobrze. Nie pamiętałam tej sytuacji. Czy naprawdę miała miejsce? A może to wszystko jest tylko wytworem mojej wyobraźni?
Tym razem znalazłam się w podejrzanym wirze. Gdy wreszcie z niego wypadłam, otaczał mnie soczyście zielony, liściasty las. Ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłam głowę.
-Dziadku!
-A kogo się pani Adila spodziewała? - zapytał z uśmiechem. Wzruszyłam ramionami. Strumieniami ciekły mi łzy.
-Ale... od twojej śmierci...
-Tak, wiem, nie pokazywałem ci się w snach, wnusiu. To dlatego, że kazali mi zasłużyć na nową postać.
-Nową postać?
-Tak, dokładnie. I nawet mi się to udało. Za życia musiałem być dobry, miło, kiedy jest to nagradzane.
-Byłeś, dla mnie szczególnie - uśmiechnęłam się. - Jaką nową postać? Odwiedziłeś babcię?
-Nie domyśliła się, a ty tak, więc masz mnie w bonusie podczas snu.
Przytuliłam go mocno. Kiedy nasze stosunki z ojcem zaczęły się pogarszać, to właśnie dziadek pełnił tę rolę. Śmiałam się pod nosem. Nie wierzyłam. Genialny sen.
-To ty byłeś... - zaczęłam, ale mi przerwał.
-Tak, moje nowe imię to Jean. Mam nowe życie, nie zawsze wszystko pamiętam, w końcu mam mózg dziecka, ale to jest piękne. Nadal głodna?
-Nie, już nie. Dziadku... dlaczego tata się zmienił?
-Zdradziła go niestety jego własna siostra. Nie oddała ani grosza z tysięcy, które jej pożyczył, by podniosła się po życiowym załamaniu. Obgadywała go przed jego znajomymi.
-Ciocia taka nie jest.
-Ale była, Adilo. A Akram jej wybaczył. Stał się jednak gruboskórny i nieczuły. Nie chciał być ponownie wykorzystanym. Jest ofiarą własnej dyscypliny. Zatracił się w tym.
Pociągnęłam nosem. On też miał powód. Jak każdy. Nie usprawiedliwiało go to, fakt. Ale jego zachowanie miało jakieś podłoże.
-Dziadku... będziesz przychodził? - złapałam go za ramię.
-Będę cię znajdował, Adilo. Pamiętaj, mam duże możliwości - mrugnął okiem. Przytulił mnie. Rozpłynęłam się razem z nim.
Znów byłam w Paryżu. Dobrze znane mi mieszkanie. Usiadłam na kanapie. Pascal siedział z twarzą w dłoniach. Intensywnie myślał. Był zły i sfrustrowany. Dotknęłam jego dłoni. Momentalnie spojrzał na mnie zdziwiony.
-Adila? Boże, Adila! Ale... przecież ja śpię...
-Ja też. Jesteśmy w swoich snach?
-Absurdalne, ale nie niemożliwe - zaśmiał się. Nadal byłam na niego zła, jednak tata miał powód. On też musiał. Dotknął mojego policzka. - Przepraszam, naprawdę.
-Nie wybaczyłam ci jeszcze, Pascal. Znalazłam się tu przypadkiem. Zachowałeś się podle.
Spuścił wzrok. Westchnął i podparł twarz. Spojrzał na mnie niepewnie.
-Jeśli do ciebie rano przyjadę, porozmawiasz ze mną?
-Nie. To bez celu. Przynajmniej na razie bywam w innych miejscach.
Miał podejrzliwą minę, ale ja znów poczułam zawroty. Ciekawie uczucie, doprawdy.
-Miłej nocy - powiedziałam i obudziłam się.
Była jakaś 5 rano. Sklepy czynne od 6. A może to już ta godzina? Pojedynczy przechodnie spacerowali mostem. Wstałam z trudem. Zauważyłam rozdarcie sukienki i poplamiony fragment kurtki. Zmalało mi widocznie poczucie estetyki. Upadłam na ścianę. Wyglądałam jak zataczająca się młodociana pijaczka. Na pewno wszystko sobie wymyśliłam. Za rogiem mignęła mi znajoma głowa. Salem? Zaczęłam biec pomimo rozmazujących się obrazów. Zauważyłam więcej samochodów, więc skierowałam się do najmniej uczęszczanego sklepu w okolicy. Musiałam wypić wodę. Stawałam się odwodniona. Chwiejnym krokiem przebiegłam przez pasy, prawie wpadając pod samochód. Zdecydowałam się obrać potem kurs na jedną ze stacji metra.

***
Koczowanie w takim miejscu było dość przyjemne. Ochrona przed kaprysami pogody, wbrew pozorom mała ilość podejrzanych typów. Starczyło mi pieniędzy tylko na wodę i to oszczędnie wydzielaną. Po jakimś czasie jednak uczucie głodu zanika, co było przydatne. Siódmy dzień samotnej tułaczki. Teraz nie odgadłabym pierwotnych kolorów mojego ubioru. Twarz obmywałam w fontannie na Champs-Elysèes. Po zmroku oczywiście, by nie siać wśród ludzi zgorszenia. Do spania wybierałam zaułki starannie zakamuflowane - a nuż ktoś będzie przechodził i wezwie policję, że nastolatka w poplamionej, podartej sukience nocuje na stacji metra.
Zaznajomiłam się ze sklepikarką. Sprzedawała gazety, trochę rzeczy spożywczych, jakieś pamiątki i kosmetyki. Nic spektakularnego. Ze względu na umiejscowienie sklepu kręciło się u niej wiele osób, więc nie zwróciłam z początku uwagi na eleganckiego mężczyznę. Wyglądał normalnie, może trochę bardziej niż inni się rozglądał.
"Może nie chce, by uciekło mu metro" - pomyślałam. Takie typy zawsze się gdzieś śpieszą.
Wstałam w celu pogawędzenia ze starszą kobietą, tudzież pomocy jej przy kasie czy wykładaniu towaru. Usłyszałam krzyki oburzenia paru osób. Posypały się wyzwiska. Ze sklepu wybiegł przerażony elegancik z wypchaną walizą. Więc to tak, kradzież w biały dzień. O nie, to bulwersujące. Miałabym do tego dopuścić?
Zmierzał z łupem w moją stronę. Zgubna twa ucieczka. Stanęłam przed nim powodując konsternację. Podburzeni klienci stracili go z oczu, miałam zatem trochę czasu.
-To śmieszne - powiedziałam, czekając na jego reakcję. Absurdalnie śmieszne, doprawdy.
-Ale o co pani chodzi?
-Kradnie pan towar o tak niskiej wartości. To nic z pieniężnego punktu widzenia dla pana. Ale co innego, jeśli zainteresujemy się sytuacją właścicielki tego sklepu. Zarabia tylko na nim, a nie są to kokosy. To starsza pani, a takimi sytuacjami można wywołać nawet uszczerbek na jej zdrowiu. Co to panu da? - zapytałam wskazując palcem bagaż, który kurczowo trzymał w ręce. - Grzywną? Bycie notowanym w policji? Wyrzuty sumienia? Zresztą tu i tak są kamery. Niech pan spojrzy.
Stał nieruchomo. Patrzył na zmianę: ja, monitoring, sklep. Otworzył usta i chciał coś powiedzieć, jednak ostatecznie tylko głośno wciągnął powietrze. Spuścił głowę. Odwrócił się, po czym zaczął iść w kierunku sklepu. Przetarłam oczy. Naprawdę? Oddał to. Zostawił nawet porządną, skórzaną walizę jako zadośćuczynienie. Ktoś poklepał mnie po ramieniu.
Dookoła zapanowało zamieszanie. Ludzie gdzieś dzwonili, rozglądali się, uspokajali biedną sklepikarkę. Absurd, czysty absurd. Co też we mnie wstąpiło? Mógł mieć broń. Właśnie - mógł. Ale nie miał. Istnieje coś takiego jak przeznaczenie? Byłam tu, bo uciekłam. Czy coś popchnęło mnie do wybrania akurat tego miejsca, by pomóc w tej akurat sprawie? Po moim śnie byłam skłonna poprzeć własną teorię.
Maszerowałam szybko wdłuż tunelu wymijając starannie napływających reporterów. Usiadłam w jakimś kącie. Tęsknota. Wyniszczająca tęsknota. Widziałam Salema trzy razy. Uciekałam. On chyba mnie nie zauważył. Wtedy czułam, że tak jest lepiej. Ale nic nie było lepiej. To dopiero była ucieczka przed problemami. One dzięki temu nie znikną, a ja jako bezdomna to nieciekawa perspektywa. Brak skończonej szkoły, znajomych czy rodziny. Wszystko było bez sensu. Starając się odsunąć zło, trafiałam na kolejne. Błędne koło. Chciałam być potrzebna, kochana, rozumiana. Bezpieczna. Gdyby nie miejsce publiczne, zaczęłabym krzyczeć z bezsilności. To jeden z rodzajów, którego się nie boję. Każdy takiego czasem potrzebuje.
Zamiast tego zaczęłam płakać. Z powodu zaczerwienionych od zanieczyszczeń i braku snu oczu było to bolesne. Przestawałam myśleć rozsądnie. Całą wczorajszą noc przesiedziałam pod wieżą Eiffla. O zmrużeniu oka nie było mowy. Cały czas szukałam odpowiedzi, a względny spokój zgubiłam dość szybko. Znów byłam nikim. Poddałam się. Zawsze być wesołym? Uśmiechać się do życia? Okej. Uniosłam nieznacznie kąciki ust, na co wybuchnęłam jeszcze większym płaczem. To wszystko było puste. Sztuczne. Okrutnie nieprawdziwe. Przez głowę przeleciała mi myśl, żeby po prostu wejść pod metro. Wtedy skończą się problemy. Ale nie tylko problemy. Całe życie, które obfituje także w radości. Rzadziej, bo rzadziej, jeśli chodzi o moją aktualną sytuację, ale jednak.
Usłyszałam, że ktoś biegnie. Czyżby coś się stało? Odwróciłam głowę, ale nie zobaczyłam nic poza barwnymi plamami. Łzy na gałce ocznej. Pozostało mi zatem ciężko przełknąć ślinę i zamknąć oczy, które piekły coraz bardziej. Mój ryk został przerwany przez to, że ktoś mnie podniósł i przytulił.
-Adila... Adila, jak mogłaś... Wszyscy się martwimy - otulił mnie jego głos. Miałam gdzieś ból, łzy leciały mi potokiem.
-Pascal! A ty jak mogłeś? - zapytałam bardziej niż oskarżałam. Cała dygotałam. Nadal mnie trzymał, ja zaś się w niego wtuliłam.
-Przepraszam cię, naprawdę, nie wiem co jeszcze mogę zrobić... Zrozumiałem wiele rzeczy, dużo myślałem - powiedział lekko roztrzęsiony. - Śniłaś mi się - dodał niepewnie.
-Wiem. Śniliśmy się sobie nawzajem - oznajmiłam, wywołując jego zdziwienie.
-Poradzimy sobie z twoim ojcem i całą tą sytuacją, Adila, zaufaj mi ostatni raz.
-Wiesz co ja teraz czuję? - zachlipałam, choć w środku byłam szczęśliwa. Przyszedł po mnie. Kiedy skończyły mi się siły.
-Powiedzmy, że wiem. Czytałem... twój wiersz.
Spojrzałam na niego zdziwiona, jednak ostatecznie znów wtuliłam się jak małe dziecko. Zawroty głowy. Zbyt wiele emocji. Teraz wyjątkowo dziwnie zmieszanych. Ulga. Niepokój. Radość. Rozdarcie.
-Kocham cię, Pascal.
-Ja ciebie też, zawsze o tym pamiętaj. I nie martw się, Adila. Po prostu się nie martw.

______
* fragment piosenki zespołu Mecano - Hijo de la luna, tłumaczenie z tekstu francuskiego


środa, 1 kwietnia 2015

7.

Małe kulki gradu obijały się ciągle o parapet. Krople deszczu pokryły już całą szybę. Lało od kilku dobrych godzin. Ludność szukała słońca, ja zaś mojego bonheur.
Myślałem o tamtym spotkaniu już parę dni, ale nie mogłem niczego zrozumieć. Najbardziej chciałem przypomnieć sobie, dlaczego byłem taki wybuchowy. Nie dziwiłem się jej. Też bym odszedł. Ale... czy odeszła?
Moim mottem było "Non, je ne regrette rien", a jednak teraz żałuję i to bardzo. Zraniłem ją nie po raz pierwszy. Czemu? Kto wie. Wybuchowość została z czasów szkolnych? Możliwe. Powinienem się tak zachowywać? Nie. To było niepoważne.
Pomyślałem, że zadzwonię, ale wszystkie połączenia pozostały nieodebrane. I tak od tygodnia. Lub dłużej. Przestałem liczyć te pieprzone dni.
Potrzebowałem muzyki, kumpla lub Adili. Tej ostatniej najbardziej, ale było to nieosiągalne na tę chwilę. Westchnąłem. Ja przygnębiony? Co się stało?
Dużo. Właśnie w tym rzecz. Zdałem sobie sprawę, co straciłem. Zrozumiałem, dlaczego zawsze ją tuliłem na przywitanie. Czemu wtórowałem jej śmiechowi. Tęskniłem za tym roześmianym, a zarazem refleksyjnym spojrzeniem. Chciałem jeszcze raz zaplątać sobie w jej włosach palce, porobić głupie miny, grać dziecięce piosenki na fortepianie "bo to takie urocze i niewinne". Naprawdę mi tego brakowało.
W niezrozumiały sposób nagle diametralnie zmieniłem wartości. Ona je zmieniła. A teraz się mnie boi.
Stwierdziła, że jestem chory. To prawda, tak się czuję. Nie umiem już kontrolować emocji. Nagrywać ten gówniany soundtrack, znosić żarciki kumpli odnośnie mojego związku, jeździć pomagać rodzicom i z uśmiechem mówić "tak, jest ok". Nic nie jest "ok". Adila nie chce mnie znać.
Polubiłem się z deszczem. Kiedy przestał mnie drażnić, wyszedłem na spacer. Mokre ulice świeciły pustkami - cóż, kto normalny przy tej pogodzie rusza się z domu. Musiałem poukładać myśli. Od razu zaatakowały mnie tysiące kropel wraz z silnym wiatrem.
"Ciekawe czy Adila obserwuje tę pogodę z okna" - pomyślałem.
Ciągle zaprzątała moje myśli. Kopałem już trzecią uliczkę ten sam kamyk. Pascal Koeu z dołem. Wow. Nawet deszcz się tego nie spodziewał - ze zdziwienia przestał padać. Czemu ludzie nie lubią tych odżywczych kropli? Potrafią obmyć problemy i dodać otuchy. W niewytłumaczalny sposób takie ulewy mi pomagały. Mimo wszystko wyglądałem gorzej niż źle.
W takim właśnie perfekcyjnym stanie przypadło mi wpaść na sąsiadkę. Opinię mam tu świetną, nie ma co. Uśmiechnęła się życzliwie. Niosła jakieś wypełnione po brzegi torby. Mieszkała niedaleko, więc stwierdziłem, że program naprawczy reputacji czas zacząć.
-Dzień dobry, może ja pomogę z tymi torbami - zaproponowałem, a ona zgodziła się skinieniem.
Czapki z głów dla kobiet, które same dźwigają takie rzeczy będąc dawno po menopauzie. Takiej wagi naprawdę nie przewidziałem. Konkretne zakupy.
-Jak wam się układa z Adilą? - zapytała, a ja aż przystanąłem. - Przepraszam, że tak prosto z mostu, ale wspomniała o was, a takie kobiety jak ja już są trochę ciekawskie - stwierdziła ze śmiechem. Tylko skąd Adila tak dobrze zna moje sąsiadki?
-W sumie to średnio... Zrobiłem coś głupiego i jest bardzo zła. Sam bym zresztą był - tym razem ona zmroziła mnie spojrzeniem.
-Zdradziłeś ją?
-Nie, nie, skąd - zaprzeczyłem naprędce - Bałem się, że ona zrobi to mi. Zobaczyłem, jak całuje ją w policzek jakiś facet... Wykręciłem jej dość mocno ręce, oczekując wyjaśnień... Jestem idiotą, boi się mnie.
Kobieta aż otworzyła usta ze zdziwienia. Zmarszczyła lekko brwi.
-To był jej brat?
-Yhym - potwierdziłem, sam będąc zaskoczony swoim wyznaniem.
-Na twoim miejscu spróbowałabym się z nią skontaktować.
-Nie odbiera.
-Jedź do niej zatem.
-Ale... dlaczego pani tak na to nalega? - byłem dość zdziwiony.
-Po pierwsze: z nią byłeś widocznie szczęśliwszy. Po drugie: uczę ją francuskiego w lycèe. Od ponad tygodnia nie pojawia się w szkole. Rodzice parę razy odwiedzali sekretariat. Nie mam pojęcia, o co może chodzić, ale to raczej nic radosnego - stwierdziła nostalgicznie. Widać było, że też się martwi.
Doniosłem miłej kobiecie zakupy pod drzwi i podziękowałem za rozmowę. Chwilę zajął mi powrót do domu - kałuże było omijać trudniej niż psie odchody. Niebo zrobiło się czyste i wyszło słońce. Wreszcie. Promienie wysuszyły odrobinę moją przemokniętą bluzę.
Musiałem się obowiązkowo przebrać. Nie przykładam do ubioru zbytniej wagi, więc wybór padł na najbliżej leżący t-shirt. Wygrzebałem z szafy jakąś szarą kurtkę i wyszedłem po samochód. Przewidująco zgarnąłem z blatu klucze od studia - tak w razie czego.
Parę minut później siedziałem już na skórzanej tapicerce. Wolałem jeździć z pasażerem. Żeby dodatkowo mi o tym przypomnieć, płyta w odtwarzaczu zawierała utwory Mecano. Pamiętne Hijo de la Luna. Nie porywał mnie ten utwór, aż do jej interpretacji.
Przemierzałem szybko jak na Paryż znaną mi drogę. Gdy dotarłem do celu, zobaczyłem tego faceta na zewnątrz. Postanowiłem podejść. Spojrzał na mnie oceniająco. Co prawda nie był to wzrok wyższości, jednak coś musiał wiedzieć.
-Witaj Pascal - rzucił z wymuszonym uśmiechem. Jestem na przegranej pozycji.
-Hej... Salem? - zabrzmiało to bardziej jak pytanie niż stwierdzenie.
-Słuchaj, jeszcze raz się wobec niej tak zachowaj... - halo, jesteś starszym bratem Adili, nie moim. Było mi jednak głupio.
-Wiem, byłem głupi. Chcę przestać, naprawdę. Pewnie Namina wprowadziła cię w szczegóły mojego życiorysu, ale to nie tak.
-Facet, prawie jej te ręce złamałeś. To jest normalne? Takie wybuchy gniewu trzeba tłumić.
Stałem ze spuszczoną głową. Pierwszy raz było mi tak głupio. Gościu był starszy ode mnie i wyższy minimum 12 centymetrów. Mało tego, to brat... mojej dziewczyny? Mogę tak jeszcze mówić?
-Co z nią? Ponoć nie chodzi do szkoły. Ma ciągle wyłączony telefon.
-Brawa dla detektywa! Ale to nie pora na sarkazm, bo sprawa jest poważna. Od tamtego wieczoru nikt nie wie, gdzie przebywa.
Z - za przeproszeniem - rozdziawioną mordą i wytrzeszczonymi oczami musiałem wyglądać kosmicznie. Jak to nikt nie wie?! Tak po prostu zaginęła dziewczyna? Moja?
-Nikt? - powtórzyłem w szoku. Salem pokazał ręką w prawo.
-Gdzieś tam stoi mama, mówi, że nic nie wie, ale na pewno coś ukrywa. To jest bardziej skomplikowane niż myślisz.
-Mówisz o tym tak obojętnie... - zwróciłem uwagę.
-Robiłem co w mojej mocy. Nigdzie jej nie ma, Pascal. Ona sobie poradzi, to wiem. Fizycznie. Ale wątpię czy znajdziemy ją psychicznie zdrową. Widzisz sam, uciekła bez śladu. W holu wyrzuciła telefon.
-Nie mogło chodzić tylko o moje zachowanie. To grubsza sprawa - stwierdziłem. - Myślisz, że mi coś powie?
-Lubi cię - powiedział, na co odwróciłem się i podszedłem do mamy Adili. Była wyraźnie przestraszona.
Jej oczy błyszczały żalem, ręce trzęsły się ze smutku. Ciężko oddychała. Patrzyła w nieokreślonym kierunku. Bardzo przypominała wtedy córkę. Po jej policzku spłynęła samotna łza.
-Nie płacz - szepnęła do siebie.
-Dzień dobry, przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałbym wiedzieć, co naprawdę zaszło.
-Och, Pascal, witaj. Co się stało... nie wiem, doprawdy. Wyszła bez słowa, nawet tego nie widziałam... Kto ucieka na ponad tydzień nie zatrzymując się u nikogo? - czułem, że zaraz się rozpłacze. Pogłaskałem ją po plecach.
Widziałem grymas bólu na jej twarzy. Za każdym dotknięciem. Gdy podparła ręką podbródek, splotła ręce... i ten policzek. Był ewidentnie spuchnięty. Spod warstwy makijażu przebijał śliwkowy fiolet. Widywałem takie rzeczy.
-Potrzebuje pani pomocy? - spojrzała na mnie podejrzliwie. Opuściła wzrok. - Akram, prawda?
Patrzyła mi prosto w oczy. To przeszywające rozpaczą spojrzenie. Drżała jej warga. Co tam warga, cała się trzęsła.
-Ona... ona uciekła, bo... Akram mną... rzucił o ścianę... - teraz pocieszałem ją jak Adilę. Płakała. A ja nie miałem pojęcia, czy w ogóle mogę pomóc.
-Często panią bije?
-Kiedy jest zły... - załkała. Przypomniały mi się słowa Adili.
"Kiedy krzyczysz, przypominasz mi ojca."
-Trzeba to gdzieś zgłosić. To tyran! - stwierdziłem. Teraz chodziło o trzy kobiety mieszkające z takim człowiekiem.
-Nie... To w końcu mój mąż...
-Niech się pani nie boi, naprawdę. Będzie dobrze. Trzeba to tylko zgłosić odpowiednim osobom. Porozmawiam z Salemem, dobrze? - pokiwała twierdząco głową.
Odbyłem z nim krótką, męską rozmowę. Miał zadbać o bezpieczeństwo tej rodziny. Ja zaś musiałem pomyśleć o aktualnej lokalizacji Adili. Stwierdziłem, że najlepiej będzie, jak pojadę do studia i naradzę się z Amenem oraz Karimem. Pewnie jak zwykle tam siedzą.
Nie pomyliłem się. Klucze zostały w kieszeni, bo studio było otwarte. Zrobili sobie z niego swojego rodzaju miejsce spotkań. Było to dobre zastosowanie. Kiedy wszedłem, błyskawicznie przerwali rozmowy. Wiedzieli, że nie powinno ich tu być. To w końcu moje studio. Ale tym razem i tak bym po nich zadzwonił.
Pili piwo, jednak na oko dopiero pierwsze. Nie miałem ochoty rozmawiać ze wstawionymi przyjaciółmi, więc cicho liczyłem na względną trzeźwość ich umysłu. Tym razem moje życzenie zostało spełnione.
-Hej Pascal, dopiero przyszliśmy. Wyglądasz nieciekawie - rzucił Karim. Spojrzeli z Amenem po sobie.
-Stary, ty... masz doła? - zapytał zdziwiony Amen. Przytaknąłem i złapałem gitarę, tylko po to, by trzymać jakiś instrument. -Chodzi o... jak jej tam... Adilę? - znów przytaknąłem.
-Zadręczasz się tym wybuchem złości? Przestań. Po tamtej kłótni wiedziała, w co się pakuje - stwierdził Karim. Uniosłem brew.
-I według ciebie postąpiłem w porządku? - zapytałem ironicznie.
-Powiedziałbym bardziej, że postąpiłeś jak ty.
Teraz oboje z Amenem posyłaliśmy spojrzenie "człowieku, serio". Brzdąkałem nieświadomie przypadkowe akordy na gitarze.
-Okej, Pascal, spokojnie. Byłeś u niej? Kontaktowałeś się? - zainteresowanie Amena było zrozumiałe. W końcu on ją ostrzegał. Miał chyba trochę racji.
-Tak. Stąd moje samopoczucie.
-Chyba z tobą nie zerwała?
-Gorzej - mruknąłem, próbując wybadać granicę przekazywania im wiadomości.
-No gorzej być chyba nie może - wtrącił Karim w formie docinki.
-Ma ojca tyrana. Nie wytrzymała. Teraz miejsce jej pobytu jest nieznane - powiedziałem z wzrokiem wbitym w posadzkę. Gdzie się podział ten super-pewny-siebie DJ Skalp?
Spojrzeli po sobie oszołomieni. Była to beznadziejna sytuacja i takie wrażenie biło też z ich oczu. Prawie jednocześnie wzięli łyk piwa. Przypomniało mi się obrzydzenie Adili, gdy spróbowała procentów pod taką postacią wtedy w klubie.
-Wybrałeś sobie charakterną dziewczynę - stwierdził Karim.
-Za to ją kocham. Ale ona taka nie jest. To musi być coś cholernie poważnego. A ja ją dobiłem.
-Nie myśl tak stary, będzie ok. Poradzi sobie. Przecież ma gdzie wrócić. Dom, ty, koleżanki...
Każde wymienione przez niego miejsce było nieodpowiednie z jej perspektywy. Ojciec tyran, chory chłopak i ameby. Zrobiło mi się jej naprawdę żal. Trudne takie życie. A ja przy okazji burzyłem jego wątpliwy, jednak zawsze jakiś porządek.
-Pascal, nie chcę cię martwić, ale ona tu zostawiła przypadkiem teczkę - zaczął Amen, obserwując dokładnie moją reakcję.
-I... czemu miałoby mnie to zmartwić? - zaniepokoiłem się.
-W niej są wiersze. Jej wiersze.
-Daj mi to - zarządziłem i wydarłem mu z rąk zieloną teczkę, gdy takową przyniósł.
Ogarnęły mnie jednak wątpliwości. To wiersze Adili. Nie pokazała ich mi. Powinienem je czytać? To przecież pewnego rodzaju intymność. Myśli, których nie uzewnętrzniamy słowami. Stwierdziłem jednak, że może to naprowadzi mnie na tok jej myślenia. Powoli otworzyłem teczkę, jakby bojąc się zawartości. Zadecydowałem, że przeczytam tylko pierwszy. Niepewnie wyciągnąłem kartkę.

Po polikach płyną łzy
Czy powodem jesteś Ty
Czy powodem jestem ja
Ktoś odpowiedź w końcu zna?

Była smutna. Zrozpaczona. Musiał być to nowy wiersz, leżał w końcu na górze. Często płakała? Widziałem? Reagowałem? Chodzi o mnie? A może o ojca?
Widać było, że bardzo wszystko przeżywa. Łatwiej jednak było jej się czuć smutną. Czasem śmiech, mimo najszczerszych chęci, wychodził wymuszony. Szukała odpowiedzi. Było mi jej szkoda. Dziewczynka zagubiona w dużym świecie, której dzieciństwo zapewne skrócił znacznie ojciec.

Złość, żal, smutek połączone
W gorzkim tańcu zatracone
Ból, strach, zawiść i cierpienie
Przygrywają niestrudzenie

Zbyt dużo negatywnych emocji. Czy za uśmiechem chowała wewnętrzną rozpacz? Pustkę? Prawie "danse macabre". Albo "ostatni taniec". Było to tak przejmująco napisane. Młoda kobieta musiejąca dźwigać taki bagaż emocji. Boże. Oskarżam ludzi o ślepotę, a tymczasem to ja miałem zamknięte oczy. Bałem się wręcz czytać kolejne zwrotki.

Dłoń swą podaj, sięgnij w mgłę
Chcę zrozumieć oczy Twe
Pragnę patrzeć w nie bez bólu
O Wspomnienie, podły królu

Wspomnienia. Ojca, krzyku, bójek, dzieciństwa. Sprzeczne ze wspomnieniami ramion matki, zabaw z koleżankami, dźwięków muzyki. Zauważyłem, że często ucieka wzrokiem. Bała się mnie podświadomie. Ale to ja musiałem zacząć zmiany. Najwyższa pora się ogarnąć, wyciągnąć tę rękę. I odnaleźć wreszcie drogę we mgle sprzecznych emocji.

Chcę ulecieć gdzieś ku Nocy
Nie doświadczać tej złej mocy
Jednak siły mi brakuje
Cóż, zbyt mocno wszystko czuję

Lubiła noc. Patrzeć w gwiazdy. Pracować. Pisać. Noc dawała siły. Księżyc był wymowny, jak chmury dla dziennych marzycieli. Czy chciała sobie coś zrobić? A może chodziło jej o ucieczkę? Przestała radzić sobie z emocjami. A jeśli Salem miał rację? Znajdziemy ją na skraju wyczerpania psychicznego?
Wtedy jej pomogę. Wiedziałem to. Widziałem, że muszę ją lepiej zrozumieć, a przede wszystkim pomóc i zapewnić poczucie bezpieczeństwa. Strach mnie nie opuszczał. Jak sobie radzi? I gdzie, do cholery, może być?!
Podniosłem głowę. Chyba się wzruszyłem, bo obdarzyli mnie jednym z najbardziej zdziwionych spojrzeń. Wlepiłem wzrok we włączony chwilę wcześniej telewizor. Musiałem poważnie pomyśleć.
France24. Świetnie. Pełna godzina, więc emitowali "Le journal". Znowu jakaś wątpliwa sensacja. Amen i Karim jednak przyglądali się badawczo wyświetlanemu filmikowi. "Nawrócony przez tajemniczą dziewczynę przestępca" - głosił nagłówek. Pewnie jakaś medialna prowokacja, albo kolejna wyssana z palca historyjka. Prezenterka zaczęła opowiadać fascynującą historię: przyzwoicie wyglądający mężczyzna okradł sklep. Drogę zagrodziła mu dziewczyna, a zamiast krzyczeć "policja" czy cokolwiek w tym stylu, zapytała o powód i wskazała na monitoring.
Ciekawe, nie powiem. Musiała być bardzo przekonująca, skoro na miłego pana to zadziałało i łupy odniósł do sklepu. Z lekka kiczowate. I jeszcze ten dopisek - "tajemnicza".
Puścili fragment z monitoringu. Karim szturchnął Amena, ten zaś mnie. Spojrzenie wbite w ziemię. Szeroko rozstawione pięty. Splecione dłonie. Częściowa obserwacja świata.
Burza ciemnych włosów podchodzi do mężczyzny. Z niewinnością, delikatnie gestykulując, coś mu tłumaczy. Biała sukienka. Jeansowa kurtka. Tajemnicza dziewczyna.
-To ona - szepnąłem.