Małe kulki gradu obijały się ciągle o parapet. Krople deszczu pokryły już całą szybę. Lało od kilku dobrych godzin. Ludność szukała słońca, ja zaś mojego bonheur.
Myślałem o tamtym spotkaniu już parę dni, ale nie mogłem niczego zrozumieć. Najbardziej chciałem przypomnieć sobie, dlaczego byłem taki wybuchowy. Nie dziwiłem się jej. Też bym odszedł. Ale... czy odeszła?
Moim mottem było "Non, je ne regrette rien", a jednak teraz żałuję i to bardzo. Zraniłem ją nie po raz pierwszy. Czemu? Kto wie. Wybuchowość została z czasów szkolnych? Możliwe. Powinienem się tak zachowywać? Nie. To było niepoważne.
Pomyślałem, że zadzwonię, ale wszystkie połączenia pozostały nieodebrane. I tak od tygodnia. Lub dłużej. Przestałem liczyć te pieprzone dni.
Potrzebowałem muzyki, kumpla lub Adili. Tej ostatniej najbardziej, ale było to nieosiągalne na tę chwilę. Westchnąłem. Ja przygnębiony? Co się stało?
Dużo. Właśnie w tym rzecz. Zdałem sobie sprawę, co straciłem. Zrozumiałem, dlaczego zawsze ją tuliłem na przywitanie. Czemu wtórowałem jej śmiechowi. Tęskniłem za tym roześmianym, a zarazem refleksyjnym spojrzeniem. Chciałem jeszcze raz zaplątać sobie w jej włosach palce, porobić głupie miny, grać dziecięce piosenki na fortepianie "bo to takie urocze i niewinne". Naprawdę mi tego brakowało.
W niezrozumiały sposób nagle diametralnie zmieniłem wartości. Ona je zmieniła. A teraz się mnie boi.
Stwierdziła, że jestem chory. To prawda, tak się czuję. Nie umiem już kontrolować emocji. Nagrywać ten gówniany soundtrack, znosić żarciki kumpli odnośnie mojego związku, jeździć pomagać rodzicom i z uśmiechem mówić "tak, jest ok". Nic nie jest "ok". Adila nie chce mnie znać.
Polubiłem się z deszczem. Kiedy przestał mnie drażnić, wyszedłem na spacer. Mokre ulice świeciły pustkami - cóż, kto normalny przy tej pogodzie rusza się z domu. Musiałem poukładać myśli. Od razu zaatakowały mnie tysiące kropel wraz z silnym wiatrem.
"Ciekawe czy Adila obserwuje tę pogodę z okna" - pomyślałem.
Ciągle zaprzątała moje myśli. Kopałem już trzecią uliczkę ten sam kamyk. Pascal Koeu z dołem. Wow. Nawet deszcz się tego nie spodziewał - ze zdziwienia przestał padać. Czemu ludzie nie lubią tych odżywczych kropli? Potrafią obmyć problemy i dodać otuchy. W niewytłumaczalny sposób takie ulewy mi pomagały. Mimo wszystko wyglądałem gorzej niż źle.
W takim właśnie perfekcyjnym stanie przypadło mi wpaść na sąsiadkę. Opinię mam tu świetną, nie ma co. Uśmiechnęła się życzliwie. Niosła jakieś wypełnione po brzegi torby. Mieszkała niedaleko, więc stwierdziłem, że program naprawczy reputacji czas zacząć.
-Dzień dobry, może ja pomogę z tymi torbami - zaproponowałem, a ona zgodziła się skinieniem.
Czapki z głów dla kobiet, które same dźwigają takie rzeczy będąc dawno po menopauzie. Takiej wagi naprawdę nie przewidziałem. Konkretne zakupy.
-Jak wam się układa z Adilą? - zapytała, a ja aż przystanąłem. - Przepraszam, że tak prosto z mostu, ale wspomniała o was, a takie kobiety jak ja już są trochę ciekawskie - stwierdziła ze śmiechem. Tylko skąd Adila tak dobrze zna moje sąsiadki?
-W sumie to średnio... Zrobiłem coś głupiego i jest bardzo zła. Sam bym zresztą był - tym razem ona zmroziła mnie spojrzeniem.
-Zdradziłeś ją?
-Nie, nie, skąd - zaprzeczyłem naprędce - Bałem się, że ona zrobi to mi. Zobaczyłem, jak całuje ją w policzek jakiś facet... Wykręciłem jej dość mocno ręce, oczekując wyjaśnień... Jestem idiotą, boi się mnie.
Kobieta aż otworzyła usta ze zdziwienia. Zmarszczyła lekko brwi.
-To był jej brat?
-Yhym - potwierdziłem, sam będąc zaskoczony swoim wyznaniem.
-Na twoim miejscu spróbowałabym się z nią skontaktować.
-Nie odbiera.
-Jedź do niej zatem.
-Ale... dlaczego pani tak na to nalega? - byłem dość zdziwiony.
-Po pierwsze: z nią byłeś widocznie szczęśliwszy. Po drugie: uczę ją francuskiego w lycèe. Od ponad tygodnia nie pojawia się w szkole. Rodzice parę razy odwiedzali sekretariat. Nie mam pojęcia, o co może chodzić, ale to raczej nic radosnego - stwierdziła nostalgicznie. Widać było, że też się martwi.
Doniosłem miłej kobiecie zakupy pod drzwi i podziękowałem za rozmowę. Chwilę zajął mi powrót do domu - kałuże było omijać trudniej niż psie odchody. Niebo zrobiło się czyste i wyszło słońce. Wreszcie. Promienie wysuszyły odrobinę moją przemokniętą bluzę.
Musiałem się obowiązkowo przebrać. Nie przykładam do ubioru zbytniej wagi, więc wybór padł na najbliżej leżący t-shirt. Wygrzebałem z szafy jakąś szarą kurtkę i wyszedłem po samochód. Przewidująco zgarnąłem z blatu klucze od studia - tak w razie czego.
Parę minut później siedziałem już na skórzanej tapicerce. Wolałem jeździć z pasażerem. Żeby dodatkowo mi o tym przypomnieć, płyta w odtwarzaczu zawierała utwory Mecano. Pamiętne Hijo de la Luna. Nie porywał mnie ten utwór, aż do jej interpretacji.
Przemierzałem szybko jak na Paryż znaną mi drogę. Gdy dotarłem do celu, zobaczyłem tego faceta na zewnątrz. Postanowiłem podejść. Spojrzał na mnie oceniająco. Co prawda nie był to wzrok wyższości, jednak coś musiał wiedzieć.
-Witaj Pascal - rzucił z wymuszonym uśmiechem. Jestem na przegranej pozycji.
-Hej... Salem? - zabrzmiało to bardziej jak pytanie niż stwierdzenie.
-Słuchaj, jeszcze raz się wobec niej tak zachowaj... - halo, jesteś starszym bratem Adili, nie moim. Było mi jednak głupio.
-Wiem, byłem głupi. Chcę przestać, naprawdę. Pewnie Namina wprowadziła cię w szczegóły mojego życiorysu, ale to nie tak.
-Facet, prawie jej te ręce złamałeś. To jest normalne? Takie wybuchy gniewu trzeba tłumić.
Stałem ze spuszczoną głową. Pierwszy raz było mi tak głupio. Gościu był starszy ode mnie i wyższy minimum 12 centymetrów. Mało tego, to brat... mojej dziewczyny? Mogę tak jeszcze mówić?
-Co z nią? Ponoć nie chodzi do szkoły. Ma ciągle wyłączony telefon.
-Brawa dla detektywa! Ale to nie pora na sarkazm, bo sprawa jest poważna. Od tamtego wieczoru nikt nie wie, gdzie przebywa.
Z - za przeproszeniem - rozdziawioną mordą i wytrzeszczonymi oczami musiałem wyglądać kosmicznie. Jak to nikt nie wie?! Tak po prostu zaginęła dziewczyna? Moja?
-Nikt? - powtórzyłem w szoku. Salem pokazał ręką w prawo.
-Gdzieś tam stoi mama, mówi, że nic nie wie, ale na pewno coś ukrywa. To jest bardziej skomplikowane niż myślisz.
-Mówisz o tym tak obojętnie... - zwróciłem uwagę.
-Robiłem co w mojej mocy. Nigdzie jej nie ma, Pascal. Ona sobie poradzi, to wiem. Fizycznie. Ale wątpię czy znajdziemy ją psychicznie zdrową. Widzisz sam, uciekła bez śladu. W holu wyrzuciła telefon.
-Nie mogło chodzić tylko o moje zachowanie. To grubsza sprawa - stwierdziłem. - Myślisz, że mi coś powie?
-Lubi cię - powiedział, na co odwróciłem się i podszedłem do mamy Adili. Była wyraźnie przestraszona.
Jej oczy błyszczały żalem, ręce trzęsły się ze smutku. Ciężko oddychała. Patrzyła w nieokreślonym kierunku. Bardzo przypominała wtedy córkę. Po jej policzku spłynęła samotna łza.
-Nie płacz - szepnęła do siebie.
-Dzień dobry, przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałbym wiedzieć, co naprawdę zaszło.
-Och, Pascal, witaj. Co się stało... nie wiem, doprawdy. Wyszła bez słowa, nawet tego nie widziałam... Kto ucieka na ponad tydzień nie zatrzymując się u nikogo? - czułem, że zaraz się rozpłacze. Pogłaskałem ją po plecach.
Widziałem grymas bólu na jej twarzy. Za każdym dotknięciem. Gdy podparła ręką podbródek, splotła ręce... i ten policzek. Był ewidentnie spuchnięty. Spod warstwy makijażu przebijał śliwkowy fiolet. Widywałem takie rzeczy.
-Potrzebuje pani pomocy? - spojrzała na mnie podejrzliwie. Opuściła wzrok. - Akram, prawda?
Patrzyła mi prosto w oczy. To przeszywające rozpaczą spojrzenie. Drżała jej warga. Co tam warga, cała się trzęsła.
-Ona... ona uciekła, bo... Akram mną... rzucił o ścianę... - teraz pocieszałem ją jak Adilę. Płakała. A ja nie miałem pojęcia, czy w ogóle mogę pomóc.
-Często panią bije?
-Kiedy jest zły... - załkała. Przypomniały mi się słowa Adili.
"Kiedy krzyczysz, przypominasz mi ojca."
-Trzeba to gdzieś zgłosić. To tyran! - stwierdziłem. Teraz chodziło o trzy kobiety mieszkające z takim człowiekiem.
-Nie... To w końcu mój mąż...
-Niech się pani nie boi, naprawdę. Będzie dobrze. Trzeba to tylko zgłosić odpowiednim osobom. Porozmawiam z Salemem, dobrze? - pokiwała twierdząco głową.
Odbyłem z nim krótką, męską rozmowę. Miał zadbać o bezpieczeństwo tej rodziny. Ja zaś musiałem pomyśleć o aktualnej lokalizacji Adili. Stwierdziłem, że najlepiej będzie, jak pojadę do studia i naradzę się z Amenem oraz Karimem. Pewnie jak zwykle tam siedzą.
Nie pomyliłem się. Klucze zostały w kieszeni, bo studio było otwarte. Zrobili sobie z niego swojego rodzaju miejsce spotkań. Było to dobre zastosowanie. Kiedy wszedłem, błyskawicznie przerwali rozmowy. Wiedzieli, że nie powinno ich tu być. To w końcu moje studio. Ale tym razem i tak bym po nich zadzwonił.
Pili piwo, jednak na oko dopiero pierwsze. Nie miałem ochoty rozmawiać ze wstawionymi przyjaciółmi, więc cicho liczyłem na względną trzeźwość ich umysłu. Tym razem moje życzenie zostało spełnione.
-Hej Pascal, dopiero przyszliśmy. Wyglądasz nieciekawie - rzucił Karim. Spojrzeli z Amenem po sobie.
-Stary, ty... masz doła? - zapytał zdziwiony Amen. Przytaknąłem i złapałem gitarę, tylko po to, by trzymać jakiś instrument. -Chodzi o... jak jej tam... Adilę? - znów przytaknąłem.
-Zadręczasz się tym wybuchem złości? Przestań. Po tamtej kłótni wiedziała, w co się pakuje - stwierdził Karim. Uniosłem brew.
-I według ciebie postąpiłem w porządku? - zapytałem ironicznie.
-Powiedziałbym bardziej, że postąpiłeś jak ty.
Teraz oboje z Amenem posyłaliśmy spojrzenie "człowieku, serio". Brzdąkałem nieświadomie przypadkowe akordy na gitarze.
-Okej, Pascal, spokojnie. Byłeś u niej? Kontaktowałeś się? - zainteresowanie Amena było zrozumiałe. W końcu on ją ostrzegał. Miał chyba trochę racji.
-Tak. Stąd moje samopoczucie.
-Chyba z tobą nie zerwała?
-Gorzej - mruknąłem, próbując wybadać granicę przekazywania im wiadomości.
-No gorzej być chyba nie może - wtrącił Karim w formie docinki.
-Ma ojca tyrana. Nie wytrzymała. Teraz miejsce jej pobytu jest nieznane - powiedziałem z wzrokiem wbitym w posadzkę. Gdzie się podział ten super-pewny-siebie DJ Skalp?
Spojrzeli po sobie oszołomieni. Była to beznadziejna sytuacja i takie wrażenie biło też z ich oczu. Prawie jednocześnie wzięli łyk piwa. Przypomniało mi się obrzydzenie Adili, gdy spróbowała procentów pod taką postacią wtedy w klubie.
-Wybrałeś sobie charakterną dziewczynę - stwierdził Karim.
-Za to ją kocham. Ale ona taka nie jest. To musi być coś cholernie poważnego. A ja ją dobiłem.
-Nie myśl tak stary, będzie ok. Poradzi sobie. Przecież ma gdzie wrócić. Dom, ty, koleżanki...
Każde wymienione przez niego miejsce było nieodpowiednie z jej perspektywy. Ojciec tyran, chory chłopak i ameby. Zrobiło mi się jej naprawdę żal. Trudne takie życie. A ja przy okazji burzyłem jego wątpliwy, jednak zawsze jakiś porządek.
-Pascal, nie chcę cię martwić, ale ona tu zostawiła przypadkiem teczkę - zaczął Amen, obserwując dokładnie moją reakcję.
-I... czemu miałoby mnie to zmartwić? - zaniepokoiłem się.
-W niej są wiersze. Jej wiersze.
-Daj mi to - zarządziłem i wydarłem mu z rąk zieloną teczkę, gdy takową przyniósł.
Ogarnęły mnie jednak wątpliwości. To wiersze Adili. Nie pokazała ich mi. Powinienem je czytać? To przecież pewnego rodzaju intymność. Myśli, których nie uzewnętrzniamy słowami. Stwierdziłem jednak, że może to naprowadzi mnie na tok jej myślenia. Powoli otworzyłem teczkę, jakby bojąc się zawartości. Zadecydowałem, że przeczytam tylko pierwszy. Niepewnie wyciągnąłem kartkę.
Po polikach płyną łzy
Czy powodem jesteś Ty
Czy powodem jestem ja
Ktoś odpowiedź w końcu zna?
Była smutna. Zrozpaczona. Musiał być to nowy wiersz, leżał w końcu na górze. Często płakała? Widziałem? Reagowałem? Chodzi o mnie? A może o ojca?
Widać było, że bardzo wszystko przeżywa. Łatwiej jednak było jej się czuć smutną. Czasem śmiech, mimo najszczerszych chęci, wychodził wymuszony. Szukała odpowiedzi. Było mi jej szkoda. Dziewczynka zagubiona w dużym świecie, której dzieciństwo zapewne skrócił znacznie ojciec.
Złość, żal, smutek połączone
W gorzkim tańcu zatracone
Ból, strach, zawiść i cierpienie
Przygrywają niestrudzenie
Zbyt dużo negatywnych emocji. Czy za uśmiechem chowała wewnętrzną rozpacz? Pustkę? Prawie "danse macabre". Albo "ostatni taniec". Było to tak przejmująco napisane. Młoda kobieta musiejąca dźwigać taki bagaż emocji. Boże. Oskarżam ludzi o ślepotę, a tymczasem to ja miałem zamknięte oczy. Bałem się wręcz czytać kolejne zwrotki.
Dłoń swą podaj, sięgnij w mgłę
Chcę zrozumieć oczy Twe
Pragnę patrzeć w nie bez bólu
O Wspomnienie, podły królu
Wspomnienia. Ojca, krzyku, bójek, dzieciństwa. Sprzeczne ze wspomnieniami ramion matki, zabaw z koleżankami, dźwięków muzyki. Zauważyłem, że często ucieka wzrokiem. Bała się mnie podświadomie. Ale to ja musiałem zacząć zmiany. Najwyższa pora się ogarnąć, wyciągnąć tę rękę. I odnaleźć wreszcie drogę we mgle sprzecznych emocji.
Chcę ulecieć gdzieś ku Nocy
Nie doświadczać tej złej mocy
Jednak siły mi brakuje
Cóż, zbyt mocno wszystko czuję
Lubiła noc. Patrzeć w gwiazdy. Pracować. Pisać. Noc dawała siły. Księżyc był wymowny, jak chmury dla dziennych marzycieli. Czy chciała sobie coś zrobić? A może chodziło jej o ucieczkę? Przestała radzić sobie z emocjami. A jeśli Salem miał rację? Znajdziemy ją na skraju wyczerpania psychicznego?
Wtedy jej pomogę. Wiedziałem to. Widziałem, że muszę ją lepiej zrozumieć, a przede wszystkim pomóc i zapewnić poczucie bezpieczeństwa. Strach mnie nie opuszczał. Jak sobie radzi? I gdzie, do cholery, może być?!
Podniosłem głowę. Chyba się wzruszyłem, bo obdarzyli mnie jednym z najbardziej zdziwionych spojrzeń. Wlepiłem wzrok we włączony chwilę wcześniej telewizor. Musiałem poważnie pomyśleć.
France24. Świetnie. Pełna godzina, więc emitowali "Le journal". Znowu jakaś wątpliwa sensacja. Amen i Karim jednak przyglądali się badawczo wyświetlanemu filmikowi. "Nawrócony przez tajemniczą dziewczynę przestępca" - głosił nagłówek. Pewnie jakaś medialna prowokacja, albo kolejna wyssana z palca historyjka. Prezenterka zaczęła opowiadać fascynującą historię: przyzwoicie wyglądający mężczyzna okradł sklep. Drogę zagrodziła mu dziewczyna, a zamiast krzyczeć "policja" czy cokolwiek w tym stylu, zapytała o powód i wskazała na monitoring.
Ciekawe, nie powiem. Musiała być bardzo przekonująca, skoro na miłego pana to zadziałało i łupy odniósł do sklepu. Z lekka kiczowate. I jeszcze ten dopisek - "tajemnicza".
Puścili fragment z monitoringu. Karim szturchnął Amena, ten zaś mnie. Spojrzenie wbite w ziemię. Szeroko rozstawione pięty. Splecione dłonie. Częściowa obserwacja świata.
Burza ciemnych włosów podchodzi do mężczyzny. Z niewinnością, delikatnie gestykulując, coś mu tłumaczy. Biała sukienka. Jeansowa kurtka. Tajemnicza dziewczyna.
-To ona - szepnąłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz