sobota, 25 kwietnia 2015

9.

Patrzyłem na nią z ulgą. Jest cała, trochę mniej zdrowa. Kicha. Zziębnięta trzęsła się pod puchowym, fioletowym kocem. Trzymała kubek z kakao, jednak miałem wrażenie, że zaraz go wypuści. Nie mogła się uspokoić. Namina przywiozła mi torbę z jej rzeczami, bo przecież powrót do domu oraz kontrontacja Adili i Akrama były niedorzecznym pomysłem. Przebrała przemoczoną sukienkę na sweter i jeansy. Zdziwiło mnie to, bo sam siedziałem w t-shircie, a jej było zimno. Myślę, że takie odczucie temperatury wiązało się bardziej z emocjami. Nie próbowałem przytulić Adili od kiedy położyła się do łóżka - miną wyrażała dość znaczną niechęć. Coś przeszkadzało jej w zaśnięciu. Miała lekko nieprzytomny wzrok, ale dzielnie siorbała napój.
-Dobrze się czujesz? - zapytałem, zdając sobie jednocześnie sprawę, że było to najbardziej idiotyczne pytanie, jakie mogłem zadać.
-Wprost genialnie - odpowiedziała sarkastycznie, ale widząc moją minę, dodała - Niezbyt. Oczy mnie szczypią, świszczy mi w uszach, a głowa odmawia posłuszeństwa.
Usiadłem zatem na brzegu. Spojrzałem jej w twarz. Przekrwione oczy, zaczerwienione od długiego płaczu. Blada, nawet jak na nią, skóra. Sine worki. Ślady po zaschniętych łzach. Moja biedna Adila. Mam w tym swój udział. Ta świadomość była nie do zniesienia. Przynajmniej jej ojciec pozostawał względnie daleko. Ale ja byłem blisko, a mnie też się bała. Pogłaskałem ją po ramieniu, na co wzdrygnęła się.
-Przepraszam - powiedziałem. Niezbyt wiedziałem jednak za co.
-Zbyt łatwo dajesz się ponieść emocjom, Pascal. Tym negatywnym szczególnie.
-Nie wybaczyłaś mi jeszcze?
-Nie... to znaczy, nie wiem. Chciałam sobie to wszystko poukładać, przemyśleć, ogarnąć.  Niestety, uzyskałam zupełnie odwrotny skutek.
-Jeśli znów mi zaufasz, będzie ci łatwiej. Gdybym cię nie kochał, nie przyjechałbym po ciebie.
-Muszę być zgodna ze sobą. Już dwa razy ci zaufałam.
-Do trzech razy sztuka - stwierdziłem niepewnie. Westchnęła i owinęła się ciaśniej kocem.
-Po co czytałeś wiersz? - zapytała. Znów była zagubiona. Nie doświadczyłem nigdy takich problemów. Była to dla mnie zupełnie nowa sytuacja.
-Amen podał mi teczkę. Zostawiłaś ją w studio. Pomyślałem, że może lepiej cię poznam, zrozumiem, domyślę się gdzie przebywasz.
-Aha - stwierdziła lakonicznie. Nie czuła się komfortowo w takiej sytuacji.
-Naprawdę jesteś taka smutna?
-Mam skomplikowaną osobowość. W różnych miejscach mogę mieć różne nastroje.
-A na przykład teraz, jak się czujesz, jeśli chodzi o emocje?
-Zagubiona, sfrustrowana, niezrozumiale bezpieczna - wymieniła, szukając kontaktu wzrokowego. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, opuściła głowę. - Co z mamą?
-Czuje się dobrze, no, może poza siniakiem.
-Jej też trzeba pomóc.
-Wiem, ale na razie zajmijmy się tobą. Czasem trzeba być lekkim egoistą.
-Wszyscy patrzą na bezdomnych z góry. Ja byłam atakowana wielokrotnie nieprzyjemnymi uwagami czy gardzącymi spojrzeniami. Każdy z tych ludzi ma swoją historię, która kiedyś zaczęła być źle pisana. Czasem to nawet nie ich wina. To osobowości wrażliwe, też czujące. Czemu wszyscy są tacy obojętni, a wręcz wrogo nastawieni? Egoizm nie jest dobry.
-Mówisz o zupełnie innej sprawie, Adilo. Dużo bardziej złożonej i poważniejszej. Ale nie możesz wiecznie myśleć o innych. To ty miałaś powód, by uciec.
-Myślałeś o mnie? - zapytała cicho, chyba licząc na to, że nie usłyszę.
-Myślałem, śniłem, zadręczałem się. Przepraszałem cię po raz kolejny we śnie - ponownie podjąłem próbę dotknięcia jej ramienia, tym razem pomyślną.
-Wiem, ale to ja powinnam cię teraz przeprosić. Jestem problemem.
-To, że masz problemy, nie znaczy, iż sama nim jesteś. I tak podziwiam cię za wewnętrzną siłę - uśmiechnąłem się ciepło.
-Pascal... przytulisz mnie?
Spełniłem jej prośbę. Nawet nie próbowałem sobie wyobrażać, co może teraz przechodzić. Zastanawiałem się, czy ma więcej takich wierszy. Miałem na twarzy uśmiech. Jest. Obok mnie. Bezpieczna. Jej mama też była już spokojna, ale pozostawała sprawa ojca. Chyba byłoby lepiej wysłać go do jakiegoś ośrodka, odizolować na jakiś czas. Stres może przecież wywoływać takie stany. Sam zacząłem się trząść. Schodziło ze mnie całe napięcie. Pocałowałem ją w czoło i wstałem.
-Chcesz jakieś tabletki na ten ból głowy? - jako posiadacz dobrze wyposażonej apteczki, musiałem zapytać. Pokiwała twierdząco.
Poszedłem zatem do kuchni i jak zwykle nie wiedziałem, co jest w której szafce. Po prostu nie mam do takich rzeczy głowy. Muszę zapamiętywać o wiele ważniejsze informacje. Po paru podejściach metodą prób i błędów znalazłem odpowiednią. Na mały talerz ułożyłem kolejno: tabletkę na ból głowy (klasyczną, białą, owalną, strzelam, że coś z paracetamolem), uspokajającą, działającą także nasennie (podejrzanie błyszczącą i zieloną) oraz jakieś witaminy, które kolorami i kształtami miały chyba zachęcać do ich zażywania małe dzieci. Bądźmy stereotypowi, każdy Francuz to hipochondryk, więc bierze multum tabletek. Jako że pewnie jest dumna ze swojej narodowości, będzie mogła być przykładem potwierdzającym to przekonanie, poniekąd prawdziwe.
Nalałem do kubka wody i poszedłem jej zanieść. Zaśmiała się. Z jej twarzy odczytałem, że głowa bardzo boli.
-Aż tak fatalnie się chyba nie czuję - powiedziała z wymuszonym uśmiechem.
-Kiedy wszedłem, wyglądałaś jakbyś zawzięcie obliczała w pamięci pole dywanu, ewentualnie nie mogła wytrzymać z bólu. Coś jeszcze ci dolega?
-Skurcze mięśni.
-Na to masz magnez, ten mały, granatowy. Pełna paleta barw i zastosowań. Podlecz się i spróbuj zasnąć. Na pewno jesteś zmęczona - powiedziałem, patrząc na nią z politowaniem. Gdybym tylko wiedział, jak mogę naprawdę pomóc.
Zamknąłem cicho drzwi i założyłem słuchawki. Odpłynąłem w świat dźwięków. Muzyka to jednak coś niezwykłego. Niby sam ją produkuję, ale kiedy coś staje się rutyną, przestaje być przyjemne i unikalne. Tego chciałem uniknąć. Fakt, że Adila także się nią interesuje, był pomocny. Musiałem nazajutrz iść do studia. Trzeba ją zabrać, nie zostanie przecież sama. Potrzebuje wyzdrowieć, a przynajmniej lepiej się poczuć, by iść do szkoły. Było już późno. Gwiazdy zaglądały przez okno. Księżyc oświetlał sąsiedni pokój bladym światłem. Wyłączyłem odtwarzacz i wróciłem do rzeczywistości.
-Oj Adila, niesforne dziecko księżyca - powiedziałem do siebie.
Patrzyłem w sufit, który wydawał się czarny. Panował mrok. Jak pomóc jej rodzinie? Ma jakieś przyjaciółki, z którymi może pogadać? Może powinienem porozmawiać z jej ojcem? Ile jeszcze mam projektów do zrealizowania? Widmo pracy wisiało mi nad głową. Dorosłe życie nie jest tak piękne, jak wydaje się dzieciom. Kiedy byłem mały, marzyłem o takiej pracy. Wyczekiwałem osiemnastki, a kiedy ta nadeszła, trochę się w tym wszystkim pogubiłem. Trochę bardzo. Na te wspomnienia wypuściłem ciężko powietrze. Rzuciłem ponownie okiem na sufit i gdzieś pośród tej ciemności zasnąłem.

***

-Pascal, Ama w studio - padło z słuchawki. Ama? Trzeba nagrywać płytę?
-Yhym, super, wy też jesteście - odpowiedziałem. Obudzili mnie. Nawet wyspać się człowiek nie może.
-To twoja wytwórnia. Podnoś tyłek i przyjeżdżaj.
Rzuciłem okiem na zegarek. Kreski układały się w 8:04. Trochę wcześnie. Na ulicach tętniło już życie, od paru godzin zresztą. Podejrzewałem, że Adila też wstała. Drzwi nadal były zamknięte, więc stwierdziłem, iż przyda się sprawdzić prawdziwość tych przypuszczeń. Przypomniałem sobie o słuchawce przyciśniętej do ucha, a dokładniej przypomniało mi chrząknięcie Karima.
-Twoja też.
-Nie marudź, stary. Mam kazać jej czekać w nieskończoność? To ty z nią gadałeś.
-Pisałem. I to maile. Jej wygląd uświadomiła mi Grafika Google - odpowiedziałem z przekąsem. Nie po to mam firmę, żeby mnie budzono rano. Chociaż,  z drugiej strony - praca to praca. Trzeba iść.
Odbąknąłem coś niezrozumiałego. Wody, ludzie, wody w twarz. Może wreszcie się obudzę. Stres? Sam powinienem się naszprycować tymi wesołymi, uspokajającymi grochami.
-Okej, w przeciągu godziny będę.
-Godziny?!
-Powiem ci nawet, że to nie koniec dobrych wieści. Przyjedziemy we dwójkę - moja wypowiedź została skwitowana przeciągłym westchnięciem. Pik. Połączenie zakończone.
Pokonałem drogę po łuku, by dotrzeć do zlewu i spełnić swój pomysł z chluśnięciem w twarz. Takiej temperatury nie przewidziałem. Oczekiwałem, że "zimna" oznacza "zimna", a nie "mrożąca i raniąca ci mordę". Zdjąłem z wieszaka ręcznik i zacząłem trzeć dość intensywnie twarz - chyba trochę za bardzo oszołomiła mnie ta woda. Odwróciłem się do lustra.
-Witam pomidora - mruknąłem, patrząc na mój aktualny kolor. Pomimo umiejscowienia, twarzowy nie był zdecydowanie.
Wymaszerowałem z łazienki zirytowany niczym mały chłopczyk, któremu rodzice nie chcą kupić nowego, zdalnie sterowanego autka. Z zaciśniętymi pięściami przemierzałem dzielnie korytarz, kiedy to mój wspaniałomyślny los doprowadził do spotkania mojej stopy z nogą stołu. Głośno wypuściłem powietrze, jednak to nie wystarczyło. Walnąłem pięścią w stół. Czy ten dzień musi być tak fatalny?! Wiązanka przekleństw wybrzmiewała dzielnie, wraz z pulsowaniem bólu zwiększając głośność. Odwróciłem się i zobaczyłem przestraszoną Adilę stojącą w drzwiach. W jej spojrzeniu tkwiło pytanie z migającym na czerwono pytajnikiem. Było to coś pomiędzy "Co się stało?" a "Coś zamierzasz mi zrobić?". Włożyłem najbardziej życzliwy uśmiech,  na jaki po takich porannych sytuacjach było mnie stać i podszedłem do niej. Pocałowałem ją w czoło, wywołując względny spokój oraz uśmiech.
-Muszę jechać do studia. Taka jedna artystka nagrywa płytę, a ci inteligenci mnie wzywają - wydała się moją wypowiedzią zasmucona. - Oczywiście ty jedziesz ze mną, więc zbieraj się.
Jak to kobieta, poszła do łazienki i siedziała tam jedynie kwadrans - naprawdę dobry wynik. Bywało gorzej. Ja tylko się przebrałem oraz względnie przeczesałem te parę centymetrów włosów.
-Ślicznie wyglądasz - powiedziałem, bo granatowa, zwiewna sukienka i włosy zaplecione w dosyć długi warkocz zrobiły na mnie wrażenie.
-Dzięki - odpowiedziała. Gdyby umiała, pewnie by się zarumieniła. - Co to za artystka?
-Ama. Głównie pop, trochę r'n'b. Zresztą, poznasz - powiedziałem, po czym wyszliśmy. Ze znanych mężczyznom powodów puściłem ją przodem. Pascal szowinista? Nie, po prostu Pascal samiec. Instynkt.
Kiedy weszliśmy, Amen omawiał z Amą jakiś tekst piosenki, Karim zaś wnikliwie obserwował wejście. Oto jestem, ja, twój wybawca. Raduj się zatem, nie będziesz siedział samotnie.
-Mógłbyś nauczyć się dobrze grać na jakimś instrumencie, wtedy szybciej znalazłbyś kompana do rozmowy - rzuciłem zgryźliwie. To on mnie obudził, niech zatem pokutuje.
Ama gwałtownie wstała. Wyglądała o wiele młodziej niż na zdjęciach. Lekki makijaż, miodowe włosy związane w luźną kitkę. Jej ubiór znacznie różnił się od Adili - luźny t-shirt i wytarte jeansy. Chyba zwracałem na siebie mniej uwagi niż moja partnerka.
-Mnie jeszcze nie znasz. Adila - powiedziała i wyciągnęła rękę, którą Ama uścisnęła.
-Amelie. A ty jesteś Pascal?
Odpowiedziałem skinieniem. Polubiłyby się. Kobiety. Chwyciłem gitarę i zacząłem poszukiwania dobrego akordu. Ten nie, ten też, to jest bez sensu... Załamany oraz bez energii trochę przypadkowo zmieniłem ustawienie palców. Tak. Znalazłem. To Amenowi jednak powierzyłem komponowanie dalszej gitarowej melodii. Nie miała być zresztą jakoś specjalnie skomplikowana - tylko parę akordów. Mamy przecież do dyspozycji fortepian, syntezator, perkusję... Dziewczyny wymieniły się spojrzeniami i już wiedziałem, że o coś chodzi.
-Brakuje tu skrzypiec - stwierdziła Adila, czemu przytaknęła Ama.
Spojrzałem na nie jednocześnie zdziwiony i zakłopotany. Skąd ja ściągnę muzyka? Nie ten dzień, nie ta godzina. Bez szans. Zresztą, mogłem co najwyżej pobawić się ustawieniami keyboardu.
-Ja nie umiem grać na skrzypcach - stwierdziłem twardo. Rzuciłem Karimowi niby pytające, niby kpiące spojrzenie. Pokiwał przecząco głową. Na tym też nie potrafił.
-Tam przecież leżą - wtrąciła Ama tonem rozkapryszonej dziewczynki, przeciągając świadomie ostatnią literę. Przewróciłem oczami. Prawie jak zirytowana kobieta.
-Pascal, dalej, nie możesz zawieść damskiej części publiczności - zaśmiał się Amen.
-Dzięki - mruknąłem i z rezygnacją podszedłem do skrzypiec, modląc się w duchu, żeby tylko ich nie uszkodzić.
Do końca nie wiedziałem nawet, jak to trzymać. Podpatrywałem niby muzyków, ale bez przesady. Nie jestem geniuszem, żeby opanować wszystko. Zabiliby mnie za porównanie tego instrumentu do gitary, ale tylko ta myśl mnie pocieszała. Ułożyłem je w dobrej pozycji i zupełnie bez gracji dziabnąłem smyczkiem strunę. Jeden na dziesięć.
-Ma ktoś pomysł na melodię? - rzuciłem pozbawionym entuzjazmu tonem.
-Coś świeżego, dajesz stary - naigrywał się Karim. Spojrzałem w stronę Adili i do głowy przyszła mi pewna myśl.
Jedna struna, druga, trzecia, znów ta pierwsza, trochę wyżej, lekko niżej, powtarzalność... Było to coś w stylu rytmów turecko - arabskich. Karim, zamówiłeś świeżość. Twoja wina. Spodobały mi się skrzypce - były tak "dostojne" jak fortepian. Brakowało tylko garnituru - najlepiej któregoś z tych drogich, niby najprostszych, a jednak z drogocenną metką.
Zebrałem oklaski i przez chwilę poczułem się niczym wirtuoz po koncercie. Adila uśmiechała się szeroko, a Amen z Karimem siedzieli trochę osłupieni - wiedzieli, że pierwszy raz miałem w ręku ten instrument. Ama chyba próbowała posklejać w głowie powstającą melodię - kto tam wie te kobiety. Pokerowa mina i nic nie odczytasz.
Obrzuciła gwałtownie spojrzeniem zegarek. Natychmiast przywdziała wzrok głodnej stresu, wiecznie zabieganej paryżanki, czyhającej na promocje u Gaultiera czy Korsa. Czekałem na rajd w szpilkach, które pomimo luźnej reszty ubioru były obowiązkowe - przecież kobieta sukcesu, co się dziwić. Niestety, niezbyt spektakularnie podniosła tylko torebkę. Nie Vuitton. Kors. Czyżby po jednej z promocji?
-Za kwadrans mam sesję zdjęciową. Mogę przyjść jutro na nagranie? - wyartykuowała z prędkością karabinu maszynowego dobrej klasy.
-Tak, jutro popracujesz z Karimem, jeśli ci to nie przeszkadza - starałem się podtrzymywać tempo.
-D'accord - rzuciła tylko, pożegnała się chyba pod nosem i pognała ku wielkomiejskiej aglomeracji... albo po prostu wyszła, jak kto woli.
Za nią gęsiego opuścili studio Amen oraz Karim. Co tu po nich, kiedy jedyna obecna kobieta jest moją dziewczyną. Znów sami w studio - no, ciekawie, ciekawie.
-Dziś mi nie zaśniesz? - zażartowałem i włączyłem radio. Bądźmy na bieżąco z muzyką, choćby taką popularną.
-Nie mam tego w planach - zaśmiała się.
Audycja była poświęcona jakiejś szkole tańca i tańcu jako takiemu - ciekawostki, wywiady, sondy miejskie - w przerwach między piosenkami, oczywiście. Dużo dat, zbyt wiele suchych faktów. I datki. Prośby o datki. Adila fuknęła pod nosem i przewróciła oczami. Już chyba wiem, od kogo mi się to wzięło.
-Taniec w liczbach. Świetnie - plus za telepatię, moja droga.
-Wiesz, co innego mogli przekazać w komercyjnym radiu.
-Choćby symbolikę tańca. Zastanawiałeś się kiedyś nad tym?
Prawdę mówiąc nie, nigdy. Jest sobie taniec, niech będzie. Robią pokazy? Okej. Ale żebym specjalnie się w to zagłębiał?  Nie przypominam sobie. Ja mam muzykę, oni wygibasy. Artystyczne i emocjonalne wygibasy, fakt, ale to inna dziedzina. Pokiwałem zatem przecząco głową, niech kontynuuje, ja się bezceremonialnie i z przyzwoleniem pogapię. Porozmyślam także - przecież mówi mądrze, sensownie. Innej bym zresztą nie wybrał - dlatego Adila jest moja. Nikt mi jej nie zabierze. Zaborczy Pascal.
-Samo to, ile jest styli tanecznych - szybkie, wolne, romantyczne, pełne akrobatyki... to trochę jak ludzkie osobowości. Każdy tancerz musi odczuwać ruchy, wkładać emocje oraz cząstkę siebie. To tak jak w śpiewie. Wszyscy opowiadają swoją historię, a te toczą się różnie - piruety rozmyślań, upadki, wzloty, gesty rozpaczy, uśmiechy czy skoki. Przedstawiają własne życie w większym lub mniejszym stopniu. Albo taki danse macabre - ostatni taniec, taniec śmierci. Wyraź się gdy odchodzisz, zaszufladkuj swoją osobę. Bo ludzie potrzebują szufladek. Zostaw emocje, oczyść się, wiruj w rytmie żałobnym. Bądź równy swym partnerom z rzędu. Ostatnim tańcem można nazwać wszystko - od uścisku ręki konającemu, przez utraconą miłość i pragnienie powtórnego zawirowania do potrzeby chwilowej radości, odskoczni, przekazania innym siebie.
Byłem zdziwiony tą wypowiedzią. Taniec. Motyw od lat wykorzystywany w literaturze i sztuce. Motyw, nad którym większość się nie zastanawia. Pasja milionów. Czemu? Teraz chyba rozumiem. Bo większość potrzebuje chwili dla swojej opowieści. Tej jedynej, unikalnej, którą pisze życie.
-Za takie rozmowy cię kocham - szepnąłem, ona zaś położyła mi głowę na ramieniu.
Z radia płynęły dźwięki charakterystyczne dla komercyjnej rozgłośni. Rozpoznałem hit L5 - nienajgorszy, nienajlepszy. Niby tylko do potupania nóżką, a jednak teraz tak trafny. Wstałem i wyciągnąłem rękę.
-Zatańczysz zatem?
Złapała moją dłoń i pocałowała mnie. Ująłem jej ręce. Kołysaliśmy się rytmicznie w rytm muzyki. Czy widzieli nas ludzie z ulicy? Pewnie tak, ale jakie to miało znaczenie.

Wszystkie kobiety twojego życia
Zebrane we mnie
Twoja bratnia dusza, twoja muza
Czasami najlepszy wróg.*

Obrót. I jeszcze jeden. Granatowa sukienka wirowała. To było tak swobodne, naturalne, nie to co sztuczne pary na dyskotekach. Krok do przodu, krok do tyłu. Kiedy na mnie patrzyła, błyszczały jej oczy. Poruszała się na pewno zgrabniej ode mnie. Warkocz co jakiś czas opadał na plecy. Wokół nas była jakaś otoczka beztroski nie do pokonania. Krok w prawo, obrót, do przodu. To idzie ze środka. Jeśli masz odpowiednią partnerkę, nie liczy się muzyka. Tańczysz. Opowiadasz siebie.

Wszystkie kobiety twojego życia
Glamour czy sexy
Bohaterka twoich pragnień
Jak widzisz, jestem wszystkimi kobietami
Wszystkimi kobietami twojego życia.*

Położyła ręce na moich ramionach. Uśmiechnęła się szeroko. Jak łatwo uszczęśliwić kobietę. W sumie, to wyzwala szczęście u każdego człowieka. Także ułożyłem dłonie na jej ramionach i zacząłem dość marnie udawać, że ją prowadzę. Przynajmniej ani razu żadne z nas nikogo nie nadepnęło - to już krok w stronę perfekcji. Poruszała się z gracją. Znów złapałem jej dłonie. Kolejny obrót. Zaśmiała się, po czym zmusiła mnie do wykonania piruetu. Raz się żyje. Rozkloszowany krój sukienki powodował, że kręciła się rytmicznie. Byliśmy w siebie zapatrzeni. Młodzi zakochani. Tej opowieści nie przerwały nawet wibracje jej telefonu - technologii w takich momentach mówię nie. Kolekcjonujcie chwile zamiast rzeczy. Tego się trzymajmy.
Obrót.

______
* fragmenty tekstu piosenki zespołu L5 - Toutes les femmes de ta vie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz