poniedziałek, 4 maja 2015

10.

Chłodny, gwałtowny podmuch wiatru zmroził moją zalaną łzami twarz. Patrzyłam nieprzytomnie przed siebie, nie wiedząc do końca, na czym skupić wzrok i czy w ogóle go skupiać. Sens? Jaki sens? To nie ma sensu. Niedorzeczność. Kręciło mi się w głowie, nie łykałam przecież tabletek - a pewnie lepiej byłoby, gdybym połknęła ich o wiele za dużo. Znów zwiesiłam głowę - standardowa postawa tchórza uciekającego przed życiem. Niegodnego radości. Miłości.
Dygotałam z przeszywającego zimna oraz strachu, który mnie wypełniał. To było zresztą zrozumiałe. Jeszcze chwila, jeszcze tylko moment, parę najgorszych minut, a może nawet sekund twojego życia i będzie po wszystkim. Absolutnie wszystkim. Tak po prostu. Chciało mi się wyć, wymiotować, leżeć, krzyczeć i tupać jednocześnie - zamiast tego cicho westchnęłam. Jak mnie zapamiętają? Czy żyłam wystarczająco dobrze, by zasłużyć na coś więcej? Jestem godna? Pochyliłam się do przodu i zobaczyłam swoje odbicie w tafli. Lustro wody mąciły tylko moje spadające co chwila łzy. Gorzkie. Puste. Ostatnie...
-Schodź stamtąd natychmiast! Adila! Ty idiotko! Adila!
Głuchy krzyk uleciał w przestrzeń, nie mając o co się odbić. Zacisnęłam pięści i przygryzłam wargę. Bądź odważna, dziewczyno, dzielna choć ten jeden raz. Sparaliżowało mnie, nie mogłam się ruszyć. Nie chciałam się ruszyć. Słyszałam narastające za mną zamieszanie. Cyk aparatu. Uprzejmość ludzka naprawdę nie zna granic - zostawcie mnie choć teraz. Pozwólcie być uczciwie samotnym, spojrzeć wgłąb siebie, zrozumieć. Zostało tak niewiele czasu. A księżyc niestrudzenie świecił, dzięki czemu byłam teraz spowita jasnym, srebrzystym blaskiem. Zapamiętaj swoje dziecko. Choć ty jeden.
Mama. Ciekawe co pomyśli i od kogo się dowie. Pozbieranie może jej zająć trochę czasu, ale ma przecież jeszcze trójkę dzieci - któreś ją pocieszy. Będzie musiała żyć dalej. Przeżyłyśmy razem wiele pięknych chwil - główne te z wczesnego dzieciństwa. W głowie rozbrzmiewał mi śmiech, dziecięce tupanie, beztroski uśmiech. Wszyscy przyjaciele z przedszkola, miła wychowawczyni, śmieszne, hawajskie występy. Śpiew. Już wtedy śpiew. Szkoła. Cierpliwe znoszenie afer o nic, pocieszanie, motywowanie do nauki oraz lepszych ocen. Była ze mną w tych najgorszych i najlepszych momentach - a ja? Jak zwykle w tych dramatycznych chwilach musiałam zawieść, stchórzyć. To samo robię zresztą teraz - zwyczajnie tchórzę. Mamo, nie tak mnie wychowywałaś, wiem. Powinnam być innym człowiekiem, tego chciałaś, tego oczekiwałaś. Charakteru nie da się jednak do końca wyrzeźbić pod swoje upodobania. Ideały też mają wady i ciemniejsze strony osobowości. Każdy kiedyś zawinił, każdy obraził. Nikt nie może rzucić kamieniem. Przepraszam, mamo. Przepraszam.
Tata. Mój tata. Kierowca, autorytet, nauczyciel i przyjaciel w jednym - przynajmniej kiedyś. Na falach życia ludzie często spotykają przeszkody wydające się nie do pokonania - wtedy następują zmiany. Często gruntowne, pochopne, niewłaściwe. Pod wpływem chwili można zrobić wiele rzeczy, na przykład stać tu, gdzie ja teraz. Może i mnie nie kochasz, tato. Może nikt nie uczył cię, jak w ogóle kochać. Skąd mam to wiedzieć? Twoim obowiązkiem było nauczyć mnie tych rzeczy, a ty zawaliłeś. Po paru latach zacząłeś zawalać. Wszystko - rodzinę, miłość, uśmiech. Zawaliłeś test na osobowość - stałeś się szarym, zirytowanym przez wszystko osobnikiem gatunku ludzkiego. Suniesz z kamienną, jakby już martwą twarzą bez emocji po ulicach, nie wnikając w sytuacje, momenty, uczucia innych. Życzę ci powodzenia, tato. Naprawdę, bo nic innego mi nie pozostało. Odnajdź ten uśmiech, tę radość, empatię. Znajdź wreszcie wewnętrzną miłość, nie tylko do żony i dzieci, ale także świata. Stań się szczęśliwy, tato. Proszę.
Pascal. Stał za mną i dobrze to wiedziałam. Krzyczał przecież rozpaczliwie, ale nie odważył się podejść. Byłam już martwym, kamiennym posągiem ponad tłumem gapiów i nim. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jak teraz wygląda. Kiedy jakiś kwadrans temu rzuciłam okiem, był sparaliżowany jak ja. Równie zagubiony. Niemiło się tak czuć, prawda? Wiedział, że jeśli on się zbliży, ja zrobię to samo w stosunku do krawędzi. Nie każdy by to pojął bez słów. Możesz być z kim chcesz, kochany. Tobie też powinnam podziękować za wspaniałe momenty, próby zrozumienia, pocieszanie i częściowe wniknięcie w moją osobowość. A to wszystko tak szybko, wręcz od razu. Byłeś mi pisany, byłeś mi potrzebny. Po co używam czasu przeszłego? Jesteś. Jesteś i zawsze będziesz. Kocham cię, Pascal. Teraz ty musisz pamiętać.
W głowie mieszały mi się głosy, obrazy, wspomnienia, melodie. Wrażenia wzrokowe odbierałam na znacznie ograniczonym poziomie - zlewające się plamy barwne, piękne, fakt, acz nienaturalne i trochę frustrujące. Białą był księżyc, drugą białą - jego odbicie, małymi kołami tej samej barwy były zaś świecące o tej porze latarnie. Poza tym zlewające się odcienie granatu i czerń. Szum rozmów, który wydobywał się zza mnie. Zostawiam to. Słyszycie? Zostawiam! Zło, choroby, bóle, udręki... Nie będę nikomu wchodzić w drogę, bierzcie co i kogo chcecie. Usłyszałam głosy Paula, Salema i Naminy. Próbowali chyba uświadomić mi to, co parę chwil wcześniej Pascal. Nie byłam w stanie słuchać czy myśleć. Ostatnie bezmyślne sekundy.
Krok do przodu. Pochyliłam się, stając twarzą w twarz z ostatecznym bólem.
Nie mogłam tego zrobić. Po prostu nie mogłam. Zacisnęłam mocno powieki.
"Dalej, dziewczyno, pośpiesz się. Wieczny spokój czeka"
Zmarszczyłam brwi i westchnęłam ciężko. Jeszcze raz. I jeszcze.
-Ona skacze! - krzyknął jeden z mundurowych.
Do przodu. Spokojnie. Już na ciebie czekają.
Stojąc na krawędzi mostu, zemdlałam.

*
dzień wcześniej

Wyszłam ze studia sama, bo Pascal musiał posklejać melodię w całość, ja zaś - się przewietrzyć. Potrzebowałam kofeiny i to nie tej z tabletek przeciwbólowych. Oczami wyobraźni już widziałam tę parującą w białej filiżance kawę, może też jakieś ciastko. Trzeba będzie jakoś spalić te kalorie, ale o tym na razie nie myślałam, bo po co zaprzątać sobie głowę takimi błahymi sprawami. Świat wydawał się milszy, ptaki ćwierkały, a drzewa rzucały na chodnik przyjemny cień. Czas deszczu najwyraźniej dobiegł końca. Pięknie, po prostu pięknie. Jakiś biedniejszy przechodzień odbierał w kawiarni "zawieszoną" kawę - swoją drogą, to bardzo dobry pomysł. Podczas mojej wędrówki, cóż, dość krótkiej, często proponowano mi "zawieszone" posiłki. Niektórzy, gdy dowiedzieli się, że normalnie rozmawiałam z bezdomnymi, komentowali to w dość nieprzyjemny sposób - a to przecież też ludzie, tylko ludzie.
Pomimo kołyszących się liści drzew nie czułam zupełnie wiatru. Grzywka trzymała się na swoim miejscu, a to najlepsze, co mogło mnie spotkać. Nie ma nic gorszego niż iść pod wiatr i co chwila poprawiać włosy. Mogłam spokojnie oddychać paryskim, zanieczyszczonym powietrzem. Była w tym jednak jakaś magia, nutka romantyzmu. Na ulicach mieszały się narodowości, osobowości, pokolenia. Zachwycająca różnorodność Paryża.
Szłam szybkim tempem, wyjątkowo bez słuchawek. Czasem trzeba odpocząć i posłuchać tych dźwięków, które rozbrzmiewają wokół. Może nie mają dobrych basów, chwytliwego beatu czy melodyjnego wokalu, ale coś w nich jest. Strzępki rozmów, śmiechy, szum, klaksony kierowców, co jakiś czas rzucane "Pardon!". Uśmiechnęłam się pod nosem, lecz średnio pasowało to do mojego wizerunku. Dłonie miałam wciśnięte w kieszenie granatowego, grubego płaszcza, głowę lekko zwieszoną, w sumie nawet nieświadomie. Szłam wyprostowana tylko wtedy, gdy przypominałam sobie o konieczności prawidłowej postawy. Skórzane, czarne baleriny rytmicznie stukały o wyremontowany niedawno chodnik.
Bałam się czegoś. Niezależnie, podświadomie. Nie umiałam wyjaśnić ani czego, ani czemu - po prostu narastał we mnie niewytłumaczalny strach. Coś przeczuwałam - to było pewne. Przed przejściem dla pieszych czekałam wyjątkowo dwa razy dłużej, a i tak prawie wpadłam pod samochód, który zatrzymał się dopiero będąc w połowie pasów. Odruchowo odskoczyłam w bok - jeżeli przechodzisz przez jezdnię w Paryżu, musisz mieć refleks lepszy niż do gier wideo. Zagubiony kierowca o dziwo okazał się kulturalny. Krzyknął "pardon!", trochę niczym mantrę. Takie sytuacje nie są niczym niezwykłym - każdy paryżanin może opowiadać anegdotki, jak to ledwo uszedł z życiem podczas tak prozaicznej czynności, jaką jest kroczenie na zielonym świetle po "zebrze".
Po tych "chwilach grozy" bezpiecznie dowlokłam się do najbliższej kawiarni. Przełożyłam włosy na jedną stronę i weszłam do przyjemnie ciepłego pomieszczenia. Usiadłam przy jednym ze stolików stojących obok ściany z cegieł pomalowanych na biało. Reszta była w kolorze gorzkiej czekolady, którą pił teraz po drugiej stronie sali jakiś student skrzętnie piszący coś na laptopie. Do tego oprawione w ramki zdjęcia Paryża - stare, czasem zrobione nocą. Klimat był, przyznaję. Z głośników cicho płynęła jakaś muzyka klasyczna. Ciemnobrązowe krzesło okazało się nadzwyczaj wygodne. Po chwili podeszła kelnerka, ubrana w spódnicę za kolana, koszulę i staromodny fartuszek. Niezły lokal. Wolę testować takie miejsca niż kluby, zdecydowanie.
-Co podać? Dziś polecamy duże espresso, tylko 3 euro.
-Dobrze, niech będzie, dziękuję.
Tu płaciło się od razu, bo zanotowano parę przypadków ucieczki nieuczciwych klientów, więc nie chcąc wyciągać karty, szybko przeszukałam kieszenie płaszcza i pieniądze podałam kelnerce. Pięć euro, czyli napiwek w wysokości prawie połowy. No, Adila, hojny dzień. Teraz należało tylko cierpliwie czekać. Stukałam cicho palcami o stolik w rytm muzyki. W myślach układałam opis tulipana stojącego przede mną w podłużnym, szklanym wazonie. Czerwony, można by powiedzieć karminowy, o soczyście żółtych końcówkach płatków...
Moje pseudoliterackie rozmyślania przerwał dźwięk otwieranych drzwi i podmuch wiatru, który wpadł do pomieszczenia. Czyli jednak wietrznie. Tu było jednak ciepło, więc ostatecznie zdjęłam płaszcz. Odwróciłam głowę ku wejściu, by zbadać wzrokiem nowego gościa kawiarni. Była nim dziewczyna w moim wieku. Zdjęła skórzaną kurtkę i spojrzała na mnie. Ja siedziałam zahipnotyzowana, ona stała wryta.
Długie, proste, jasne włosy opadały jej na ramiona. Nawet z daleka widziałam zieleń jej oczu. Podejrzanie jasna cera. Była bardzo chuda, tak jak kiedyś. Prosta grzywka prawie zasłaniała jej brwi. Zaśmiała się pod nosem. Ten sam śmiech. Ona się nie zmieni, na pewno. Pomachała do mnie, ja zaś wskazałam ręką, by się dosiadła. Wiedziałam, że zaraz nadejdzie ten moment, kiedy makijaż mi się rozmaże, a chusteczka będzie potrzebna. Akurat kelnerka przyniosła moją kawę i zapytała się o zamówienie przybyszki.
-To samo - wydukała ze śmiechem.
Usiadła już trochę mniej pewnie. Oczywiście, że się poznałyśmy. To ja przecież się nie zmieniam, a ją było łatwo rozpoznać. Mogłam lepiej obejrzeć jej twarz - charakterystyczny pieprzyk obok oka. Zaczęłam się śmiać. Serio? To było absurdalne i zarazem genialne zrządzenie losu. Złapała moje ręce. Żadna z nas nie wypowiedziała ani słowa, ale obie wiedziałyśmy, że dużo przed nami. Odbudowywania straconych lat. Spotkań. Śmiechu.
-Cześć, Marie - powiedziałam, uśmiechając się zapewne tak szeroko jak Joker do ofiar.
-Adila... nie spodziewałam się, że cię spotkam - obie jeszcze byłyśmy w szoku. - Co tu robisz?
-Siedzę. Wpadłam ze studia, nie chciałam przeszkadzać w pracy. A ty? Jak to możliwe, że przez tyle lat się nie widziałyśmy?
-Ze studia? - ta część zdania chyba zainteresowała ją najbardziej. - Ja w sumie szłam od rodziców, ale coś kazało mi tu wejść. To dziwne, że się nie spotkałyśmy. Najpierw jakaś siła nas od siebie odpycha, a potem łączy. Nie sądzisz, że to anormalne?
-Nietypowe na pewno. Jak wasze relacje z rodzicami? Poprawiły się?
-Tak, tak, jest o wiele lepiej. Mama dostała dobrą pracę, fakt, w efekcie starych znajomości, ale to pozwoliło nam stanąć na nogi. A u ciebie? Jak znam życie, tak samo dobrze. I nadal nie odpowiedziałaś, o co chodzi ze studiem - spojrzała na mnie podejrzliwie i uśmiechnęła się lekko. Wypuściłam ze świstem powietrze.
-W żadnym wypadku nie jest tak samo dobrze - zaśmiałam się nerwowo. - Mam nadzieję, że mogę ci ufać. Problemy w domu i to dość potężne. Jako że tylko ja już mieszkam z rodzicami, rodzeństwo nie do końca rozumie. A co do studia - mój chłopak jest producentem i to u niego teraz mieszkam - ostatnie słowa wypowiedziałam ciszej, z wahaniem. Marie to Marie - takie osoby się nie zmieniają... tak sądzę. Obym miała rację.
-Adila, matko, przecież byłaś z nimi taka zżyta... Nie będę cię zmuszać, byś opowiadała wszystko ze szczegółami, bo to pewnie bolesne, ale to coś poważnego, tak? Uciec od rodziców to odważna decyzja, tym bardziej do chłopaka.
-Lepiej tak, niż uciekać przed wszystkimi - mruknęłam, dając do zrozumienia, że nie mam nastroju na jakiekolwiek kazanie. Marie zmarszczyła brwi.
-Wszystkimi? Adi, co ty za głupstwo zrobiłaś?
-Uciekłam.
-Po prostu uciekłaś?
-Tak, ale spanie na stacji metra to nienajlepsze doświadczenie życiowe.
Pogłaskała mnie po ramieniu. Była wyraźnie w szoku - kiedyś to przecież ona miała problemy, a ja kochającą się rodzinę, wcale nie taką biedną zresztą. Teraz żyłam w strachu przed ojcem, zadręczałam się o mamę, podejmowałam starania jako takiego życia z Pascalem - ale było to trudne, naprawdę. Ponoć dzieciom rozwodników trudniej dobierać się w pary, bo mają spaczony wzór miłości. Moi rodzice byli nadal razem, ale ja nie widziałam sensu tego ciągnąć. Podświadomy strach przed mężczyznami wykształcił mi się dość dobrze, a po dwóch awanturach ze strony mojego wybranka zaczął być widoczny. Chciałam ufać, ale nie potrafiłam do końca. Kochałam, ale z akompaniamentem strachu. Radości tłamszonej często smutkiem. Marie obserwowała tylko moją zamyśloną twarz, doskonale wiedziała, kiedy się odzywać.
-Ja się sama zadręczam - stwierdziłam i rozpoczęłam misję "spływający makijaż". Upiłam trochę kawy, była jeszcze w miarę gorąca. Dobrze, nie stygnie tak szybko.
-Jeśli tak, to przecież musisz mieć powód. Widać, że jesteś rozsądna. Zawsze byłaś. Wina na pewno nie leży tylko po twojej stronie.
-Ja jej nie pomogłam, a jeśli on jeszcze raz tak postąpi... - szybko oddychałam, a Marie i tak nie rozumiała sensu mojej wypowiedzi, bo przecież skąd mogła znać bliżej sytuację. - Mój ojciec pobił mamę. A ja po prostu wyszłam.
-Bałaś się o siebie, to zrozumiałe.
-To egoistyczne.
-Mogłaś przecież zawsze poprosić swojego chłopaka...
-Pascal też nie jest bez winy - wtrąciłam. - Ja tym bardziej. Z jakiegoś powodu w końcu klasa mnie nie trawi.
-Nie wszyscy muszą cię lubić, tylko szanować. Ważne, że masz osoby, dla których się liczysz. Wiesz, że myślałam ostatnio jak sobie radzisz?
-A co, jeśli ktoś nie zasługuje na szacunek?
-Każdy zasługuje. Jeśli nie za osobowość, to pracę, poświęcenie czy dokonania. Za krótkie, miłe chwile. Nikt nie jest w pełni zły, tak samo jak i dobry.
Wbiłam wzrok w kawę. Mam wybaczać? To jest ten klucz do szczęścia? Każdy zasługuje na drugą szansę, kłamałabym, gdybym powiedziała, że nie. Większość ludzi potrafi się zmienić. Niektórzy, fakt, te szanse marnują, ale jest to tylko niewielki odsetek, bo trudno jest o takowe poprosić. Uniżyć się, schować swoje niekiedy wygórowane ego. Uznać błąd.
-Miłość też nigdy nie jest idealna, ale jest miłością ze względu na szczęśliwe chwile, uśmiechy. Ludzie mają wady, więc relacje też, to naturalne. Na pewno jest bardzo miły i docenia cię, jaka jesteś.
-Sprawiam mu problemy. Jestem sama dla siebie przygnębiająca. Poza tym, mieszkam u niego. Doceniam jego poświęcenie, ale czy naprawdę jestem tego warta?
-To już jemu oceniać - zaśmiała się, wywołując mój uśmiech. - Przedstawisz mi go kiedyś, prawda?
-Jasne. A ty? Masz chłopaka?
-Mam, ale co tu dużo opowiadać. Jesteśmy szczęśliwi i tyle. Nie idealni, szczęśliwi.
Sama podczas pierwszego spotkania z Pascalem stwierdziłam, że nikt nie jest idealny. To była prawda, dzięki której można kroczyć dzielnie przez życie, nie zawodząc się tak często. A zresztą, jeden zawód nie przekreśla innych ludzi. Jest nas parę miliardów, skąd pewność, że akurat ten ktoś powtórzy błędy jakiejś jednostki?
Przypomniałam sobie o SMSie, który przyszedł do mnie w studio. Wyjęłam telefon i uśmiechnęłam się przepraszająco. Nie znałam tego numeru, czyli albo ktoś ze znajomych ma inną kartę, albo to reklama, ewentualnie pomyłka. Kliknęłam odpowiedni przycisk. Po przeczytaniu pierwszego zdania, pochyliłam a ze zdziwienia głowę. Na drugie zmarszczyłam brwi. Pokiwałam głową.

"Nie masz prawa z nim być. Do niczego nie masz prawa. Jesteś słaba tak samo, jak twoja rodzinka. Wynoś się"

Zablokowałam ekran i wcisnęłam telefon do kieszeni płaszcza. Marie wnikliwie obserwowała moją mimikę, przez co już wiedziała, że coś jest nie tak. Trzęsły mi się lekko ręce, więc żeby to zatuszować, podniosłam filiżankę z kawą.
-Kto pisał?
-Jakaś pomyłka - powiedziałam pewnie. Wspominałam już, że nie lubię kłamać?
Kolejne wibracje telefonu. Bałam się go wyciągnąć, ale przecież nie mogłam tego okazać. Wyglądałoby to nienaturalnie, a na pewno nie jak reakcja po SMSie wysłanym pod nieodpowiedni numer. Znów klik. Tym razem inny numer. Sprytne.

"Nie siedź tak pewnie w tej kawiarni. To, że jesteś wśród ludzi, wcale nie czyni cię bardziej bezpieczną"

Wytrzeszczyłam oczy i zaczęłam się nerwowo rozglądać. Nadal tylko ten student, ale on nawet nie spojrzał w naszym kierunku. Kto to może być? I dlaczego? To już nie była taka błahostka jak niespodziewana wizyta Amena z ostrzeżeniem. Zastanawiałam się, czy nie podciągnąć tego pod groźby, ale z półświatkiem lepiej nie zadzierać. Pascal. On musi mi to wyjaśnić. Ale... nie, nie mogę mu powiedzieć. Widziałam przecież jego reakcję na informację o spotkaniu moim i Amena. Poza tym, może coś ukrywa, a ja wolę tego nie wiedzieć. Już i tak jestem świadoma wielu rzeczy, nie zawsze miłych.
-Czyżby znowu pomyłka? Adi, co się dzieje?
-Nic, tym razem reklama od sieci - odpowiedziałam głosem, który przypominał barwę chłopca w czasie mutacji - nie trzymał się jednego dźwięku. Drżał, pomimo moich usilnych starań. - Muszę iść, podaj mi swój numer. Tym razem nie pozwolę, żebyśmy siebie zgubiły - zaśmiałam się trochę wymuszenie.
-Jasne. Daj komórkę, wpiszę, będzie łatwiej.
Podałam jej telefon. Już po chwili miałam nowy kontakt, "Marie". Jak miło.
-Do zobaczenia - powiedziałam i odniosłam filiżankę po espresso.
-Do zobaczenia. Trzymaj się jakoś.
Wyszłam, nadal nerwowo szukając wzrokiem ewentualnego nadawcy wiadomości. Standardowy tłum, nic specjalnego, rzucającego się w oczy. Dlaczego? Oddychałam głęboko, by znów nie zacząć płakać z bezsilności. A może to faktycznie pomyłka? Logiczne wytłumaczenie - ja przecież nikomu nie zawiniłam na tyle, by posunął się do takiego kroku. Wypuściłam ze świstem powietrze. No ładnie. Kończymy jeden problem, zaczynamy drugi.
Zza chmur wyszło wreszcie słońce, dlatego też płaszcz niosłam w ręce. Pogoda nie sprzyjała mojemu nastrojowi. Usiadłam na najbliższej ławce i obserwowałam delikatne, jeśli nie żadne ruchy liści w koronach drzew, tak pięknie oświetlanych teraz przez promienie. Przemyślenia pośrodku hałasu? Czemu nie. Zawsze to jakieś przemyślenia, ukojenie, poukładanie niektórych spraw. A że huki - można wsłuchać się w siebie bardziej. To był zasadniczy plus.
Tak, to ja byłam źródłem swoich problemów. Fakt, nie wszystkich, nie do końca "mea culpa", ale w znacznym stopniu właśnie przez wymuszony pesymizm zamartwiałam się czy płakałam. Źle mi, okropnie, smutno - okej, czemu nic z tym nie robisz? Trzeba wziąć się czasem w garść, ogarnąć, pozbierać, otrzepać, zadrzeć wysoko podbródek i przejść dzielnie przez tłum, trochę obijając innych.
Sprawa jednak przestawia się tak, że nigdy taka nie będę. Bo tak i już. Mam zupełnie inną naturę oraz sposób bycia - z tym się nie walczy, po prostu. Mogę próbować, bo brak jest przecież przeciwwskazań, ale czemu, skoro i tak wrócę do swoich przyzwyczajeń, nawyków, poglądów. Zmiany na siłę są bez sensu. To sztuczne, na pokaz, tymczasowa maska. Swoją drogą - trochę śmieszna.
Mogę spotykać się z przyjaciółmi, wpadać częściej do studia i towarzyszyć Pascalowi, odwiedzać mamę, ale to trudne. Awykonalne? Przesada. Po prostu naprawdę trudne. Nie potrafię odciąć ani swojej, ani czyjejś przeszłości. Oczekuję uczuć, jednak je odrzucam, przytulenia, ale odpycham od siebie Pascala. Gdzie logika? Kobiety są bardzo dziwne - chyba mogę uznać, że coś o tym wiem.
Poczułam na sobie spojrzenie, więc momentalnie wstałam i szybkim krokiem zaczęłam zmierzać przed siebie - byle dalej od anonimowego wariata. Wibracje telefonu. Dwie wiadomości. Kolejny nieznany numer i Pascal. Zacznijmy od niego, będzie milej.

"SMS od: Pascal
Gdzie jesteś? Długo cię nie ma. Skończyłem tę melodię, wyszła dość dobrze - kiedy przyjdziesz, liczę, że ocenisz :)"

Uśmiechnęłam się. Coś pchało mnie jednak do rodzinnego domu - tata powinien być w pracy, więc problemu brak. Wystukałam szybko odpowiedź, niech nie czeka za długo przy telefonie.

"SMS do: Pascal
Chodzę po mieście, chyba idę odwiedzić mamę. Zgraj na coś efekty swojej pracy, bo wrócę późno. Potem chętnie posłucham :)"

Dobrze, obowiązek spełniony, wszyscy zadowoleni, z bananem na twarzy, jedna sprawa załatwiona. Teraz czas na niezbyt przyjemny gwóźdź programu - tajemniczy sms od nieznanego człowieka, który - tak przynajmniej myślę - mnie śledzi.

"Jeszcze dzisiaj mnie usłyszysz. Idź, idź do swojego domu, może czegoś się dowiesz"

Stałam na uboczu, nikt nie mógł zajrzeć mi przez ramię. Przewidział moje plany? I co znaczy, że go usłyszę? Ta sytuacja zaczynała się robić naprawdę dziwna i niepokojąco podobna do słabej creepypasty. A ja - cóż, taki gust - creepypast szczerze nie trawię.
Gdzieś pośród głów paryskich dżentelmenów zobaczyłam mojego tatę - jak zwykle idącego z kamienną twarzą, wyglądającego starzej niż powinien, zmęczonego życiem. Postanowiłam iść za nim.
Bliżej domu zadzwonił mu telefon. Prawie od razu odebrał. Kiedy ja dzwonię, zwykle muszę powtarzać tę procedurę parę razy. Miłe, nie powiem. Taka tam ukochana córeczka.
-Hej stary! Co? Nie, nadal bez zmian - korporacyjna gadka. Nic ciekawego, a jednak dokładnie go słuchałam. - A, ona? Co ty, wyszła bez słowa. Nie zależy mi na niej. Szary człowiek, takich jak ona są tysiące. To, że brak jej trzeźwego myślenia, to już nie mój problem.
-Ale... tato... - szepnęłam do siebie, mając już łzy w oczach.
Szary człowiek? Tysiące? Nie zależy ci na mnie? Myślałam, że jestem w miarę dobrą córką, starałam się. Byłam posłuszna, miła, przynosiłam dobre oceny. Jak widać, nie każdemu można dogodzić.
Czy mama sądzi to samo? Momentalnie zabrakło mi odwagi, by zapytać osobiście. Czekałam na dalszy rozwój nietypowej rozmowy. Tylko dlaczego mnie tak postrzegasz, tato?
-Co mówisz? Ha, nie bądź śmieszny. Ja? Ja miałbym ją kochać? Skąd takie wnioski, gościu. Nie przesadzaj.
Stanęłam pośrodku chodnika. Nie mogłam się ruszyć, płakać czy nawet pisnąć. Mój własny ojciec. Mój własny ojciec powiedział, że mnie nie kocha. Czy to się dzieje naprawdę? Dawaj, dalej, powiedz mi to w twarz! Mimo mojego niemego krzyku, szedł niewzruszenie dalej. Jak gdyby nigdy nic schował telefon i zniknął gdzieś między innymi smutnymi, szarymi garniturami przymierzającymi ulice.
Chciałam się odwrócić i uciec. Gdzie? Gdziekolwiek, gdzieś daleko, na odludzie. Z drugiej strony - raz już wałęsałam się po Paryżu. Nie, drugiego podejścia nie będzie. Niespodziewanie poczułam zimny, urywany oddech na karku. Wytrzeszczyłam oczy. Zamarłam. Przecież nikt mi nie pomoże, obojętność jest brutalnie wygodna dla przypadkowych przechodniów.
-Jeżeli się odwrócisz, mój nóż zamiast w torbie, grzecznie spocznie na środku twoich pleców - wysyczał mężczyzna gardłowym głosem.
Nie byłam pewna, czy blefuje. Sprawdzenie tego byłoby fatalnym pomysłem. Ciężko przełknęłam ślinę i czekałam na rozwój wydarzeń. Zabije mnie? W biały dzień? Na jednej z głównych ulic? Nadal martwym wzrokiem patrzyłam przed siebie.
-Powinieniem zresztą to zrobić. Mam swoje interesy.
-Jakie i dlaczego ja - wypowiedziałam te słowa tak cicho, że nie byłam pewna, czy faktycznie wyszły z moich ust. A może tylko myślałam?
-Grubsza sprawa, panienko. Chodzi nie tylko o ciebie. Mam pogrążyć twoją rodzinkę, wiesz? I to nie bez powodu. A ty... cóż, jesteś najsłabszym ogniwem. Chyba sama słyszałaś - naigrywał się.
-Zrób to, skoro tak ci zależy - załkałam.
Niepotrzebne są mojej rodzinie dodatkowe cierpienia. Niech chociaż rodzeństwo będzie bezpieczne. I mama. Tylko tyle, proszę, błagam. Zły Losie, a może też Boże, posłuchaj mnie chociaż raz. Możesz poświęcić jednostkę dla ogółu.
Zaczęłam sobie wyobrażać jeden z takich czarnych scenariuszy. Służba zdrowia, policja, dziennikarze pędzący na miejsce zbrodni. Pobranie odcisków palców, obrysowanie ciała, ogrodzenie terenu taśmą. Płyty chodnika zabrudzone częściowo już zaschniętą czerwoną mazią. Przerażeni ludzie, żółte nagłówki w wiadomościach, patrole na mieście...
-Nie. To byłoby zbyt mało zabawne. Przyjdź jutro do ogrodu na tyłach twojego domu - powiedział, przerywając tym samym moje rozmyślania.
-Sprawia ci to satysfakcję? Gnębienie i straszenie śmiercią ludzi?
-Nawet nie wiesz jaką - odpowiedział.
Wiedziałam, że się uśmiecha. To można było bez trudu wyczuć. Skąd ten psychopata mnie zna? I co takiego zrobiła moja rodzina?
Najsłabsze ogniwo.
Szary człowiek.
Brak prawa do czegokolwiek.
Koniec. Dosyć. Tak nie będzie.
-Już niedługo - załkałam jak zwykle do siebie i skierowałam kroki na dobrze mi znany Pont Neuf.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz