Z pewną trudnością przekręciłam klucz w zamku. Uparłam się, by Salem mi nie pomagał - chciałam pokazać, że potrafię sobie poradzić. Środki przeciwbólowe przestawały powoli działać, adrenalina zaś już dawno opadła. Oparłam głowę o nadal nieotwarte drzwi i westchnęłam ciężko. Starałam się trzymać ramiona luźno, ale to nie do końca pomagało. Zacisnęłam mocno powieki. Trzymaj się dziewczyno, pomyślałam i nacisnęłam wreszcie klamkę.
Swoje kroki skierowałam najpierw do szafy, by wziąć cokolwiek do przebrania. Ja - w przeciwieństwie do Pascala, jak widać - czułam opór przed noszeniem ubrań poplamionych krwią. Zastanawiałam się czy ubrać bluzkę, czy koszulę. Tą drugą zatuszowałabym szwy, ale będzie też ich dotykać... Raz się żyje. Wiedziałam, że zapewne pożałuję tej decyzji, ale za koszulą przemawiał jeszcze jeden, bardzo dla mnie ważny w tej chwili argument - nie trzeba było podnosić rąk, by ją ubrać.
Padło na dość cienki, szyfonowy materiał w brzoskwiniowym kolorze - pomimo wątpliwej grubości dość dobrze radził sobie z ukryciem szlaczka ze szwów. Przy okazji związałam włosy w wysoką kitkę - tak łatwiej jest funkcjonować, bo loki na wchodzą na twarz. By ocenić stan ogólny, poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Uniosłam z dezaprobatą brwi.
Pierwszy raz mogłam z czystym sumieniem stwierdzić, że mam zaczerwienioną twarz. Nigdy wcześniej tego osobiście nie widziałam, czasem tylko ktoś mówił "O, Adila, zaczerwieniłaś się!". Oprócz tego zauważyłam swojego rodzaju "maskę" z zaschniętych łez. Davignon, jak mogłeś? To by tłumaczyło lęk Jeana. Już wtedy mnie śledził? Stwierdziłam, że nie ma sensu zadręczać się tego typu pytaniami. Niedługo będzie siedział w areszcie, mnie pozostanie mała - mam nadzieję - blizna, a dziadek... cóż, wydawał się być szczęśliwy. Zrobiło mi się nieco cieplej na sercu - wszystko powoli wracało do normy. Pozostało odbębnić parę sesji u psychologa, wytrzymać docinki szkolnych znajomych i ułożyć jakoś sensownie życie towarzystkie. Właśnie, towarzyskie.
Davignon przecież mówił, że nie działał sam, ba - otrzymał pieniądze, by mnie "pogrążyć". Kto mógł być takim wrednym idiotą? Chlusnęłam wodą w twarz, licząc na oświecenie, które niestety nie nadeszło. Zszedł tylko makijaż, zmęczenie i zaschnięte pamiątki po płaczu. Przypomniałam sobie o wiadomości od Pascala. Nie powiem, w pierwszej chwili byłam naprawdę zła, ale przecież musi pracować w studio. Mało tego, taka praca najczęściej sprawia przyjemność. Musiałam się po prostu dostosować i nie pakować tak często w pokręcone sytuacje. Przeczuwałam jednak, że jedną z takich pokręconych sytuacji będzie właśnie spotkanie jego mamy. Adila, nie martw się na zapas. Obiecał, że przyjedzie szybko? Obiecał. Jakoś sobie poradzisz.
Usiadłam na kanapie i odchyliłam głowę do tylu, chcąc położyć ją na zagłówku. Mocno przeceniłam jednak swoje możliwości, a w rezultacie syknęłam przeciągle z bólu. Napięta, pozszywana skóra nie przynosi przyjemnych doznań. Wobec tego wyprostowałam się i włączyłam telewizję, by trochę oczyścić umysł oraz "zrelaksować" przed powrotem do szkoły. Jak zwykle nikt nie wysłał mi lekcji, podanie zeszytów przemilczając. Rzuciłam okiem na zegarek: pięć po jedenastej. Zaczęłam się robić głodna, bo rano ze stresu nie pomyślałam nawet o tym, żeby zjeść śniadanie. Na półmisku leżały truskawki, co mi odpowiadało, więc zaczęłam go z nich opróżniać. Świeże owoce, które nie są importowane - coś genialnego. We Francji większość nie uznaje czegoś takiego, jak żywność importowana. Z innego kraju? Kto by to tykał?
Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi i już wiedziałam, że to gość, o którego przyjściu uprzedzał mnie Pascal. Odwróciłam się zatem, naprawdę chcąc wyglądać przyjaźnie. Chciałam powiedzieć coś na przywitanie, ale głos ugrzązł mi w krtani. Żałowałam, że nie zmieniam się z wyglądu. Rozpoznała mnie, a ja ją. Cholera, miałam cichą nadzieję na zwykłą zbieżność nazwisk. Tym razem nie wyszło. Kobieta uśmiechnęła się i zaśmiała wymuszonym śmiechem. Ta scena była brutalnie przerysowana.
-Dzień dobry, pani Koeu - powiedziałam wreszcie ze zwieszoną głową, jak zawsze, kiedy do niej mówiłam.
-Dzień dobry, panno Sedraïo - odpowiedziała, może nie tak atakująco, jak tego oczekiwałam.
Patrzyłam na nią i nie mogłam się ruszyć. Rana zaczęła mocniej szczypać. Wyglądałam zapewne jak zahipnotyzowana, ewentualnie po bliskim spotkaniu z duchem. Ja jednak próbowałam tylko bezskutecznie odpychać wspomnienia. Mój umysł, wraz z duszą, wrócił jednak do tamtego dnia. Czwartek. Okropny czwartek.
Ciemnowłosa dziewczynka grzecznie siedzi w szkolnej ławce. Są one rozsunięte tak, by stały pojedynczo. Nie może się do nikogo odezwać, więc otwiera kołozeszyt. Gdzieś ponad nią krążą, trochę jak sępy, słowa nauczycielki. Nie fascynuje jej to. Jest daleka od oddawania się światu liczb. Znaki kojarzy tylko z napisów na ścianach, kto z kim równia się wieczna miłość. Mimo to zrobiła parę zadań, więc teraz nastała nuda. Nauczycielka nadal z uporem tłumaczy jakieś równanie, które już od ponad kwadransa jest w zeszycie Adili.
Denerwuje ją to. Denerwują ją bezsensowne ogarniczenia i tylko jeden możliwy wynik. Drażniące rzędy cyferek wypełniają tablicę, którą co chwilę mażą dyżurni. Oni nie zdenerwowani, tylko się boją. Adila podziela ten stan, dlatego kołozeszyt zasłania piórnikiem. Nieśmiało rzuca spojrzenie ku biurku pedagoga. Nie zwraca na nią uwagi. Uff. Jest szansa dotrwać do końca lekcji we względnym spokoju. Bierze swój ulubiony srebrny długopis i zaczyna nim sunąć po kartce.
Linie, które zostawia, układają się w litery, słowa, zdania. W coś, co lubi, a wręcz kocha. Coś znajomego, pewnego, ale dowolnego. Tu nie ma jednego wyniku. To jest królestwo emocji, pomysłów, nastroju. Dziewczynka podpiera twarz dłonią i myśli nad kolejnym wersem. Szuka w głowie odpowiedniego słowa, które musi się też rymować. Nie sprawia jej to takiej trudności jak dzielenie czy mnożenie w pamięci. Po prostu chwyta odpowiedni balonik z chmury, która jest jej kreatywnością. Zaczyna trzecią strofę, ale czuje na sobie wzrok uczniów siedzących niedaleko. Wie, co to oznacza. Zakrywa jak tylko może swoją pracę i patrzy na tablicę. Szuka jak najszybciej może tego zadania w zeszycie. Bierze głęboki wdech, bo nie chce, by łamał jej się głos.
-Wynik to siedemdziesiąt cztery kilogramy - mówi, licząc na uśpienie czujności nauczycielki.
-Dobrze - słyszy w odpowiedzi.
Jak gdyby nigdy nic wraca do swojej pracy. Wokół niej szaleje huragan sum, różnic, iloczynów i ilorazów, a ona mimo to pisze. Nie chce nawet się skupiać na lekcji - rozumie ten materiał w zadowalającym dla niej stopniu, na tyle, żeby utrzymać ocenę bardzo dobrą. Decyduje się zakończyć pracę na piątej strofie. Ostrożnie dobiera słowa, by zakończenie brzmiało sensownie. Nie widzi sensu pisania "tasiemców" - przelewa na kartkę aktualny rytm jej serca, które nigdy nie dostosuje się do języka matematycznego. Chce już przewrócić stronę zeszytu, by zacząć jakikolwiek rysunek i zabić pozostały do dźwięku dzwonka czas.
Słyszy szepty, co jest rzadkie. Zwykle wszyscy siedzą cicho i boją się choćby poruszyć. Do jej uszu dociera również miarowe postukiwanie czółenek. Za późno zrozumiała, że chce do niej podejść. Zastyga ze srebnym długopisem w ręce. Teraz może jedynie opuścić głowę i udawać, że nic się nie stało. Nie jest przerażona, może tylko na zapas smutna. Zmienia się to z chwilą, kiedy matematyczka szarpie ją za ramię.
Patrzy jej w oczy przez mniej niż dwie sekundy i odwraca wzrok. Dziewczynka nigdy nie widziała oczu tak pełnych złości i irytacji. Teraz naprawdę się boi. Nie może na to patrzeć. Wstaje, żeby uniknąć kolejnego szarpnięcia. Łączy ręce z tyłu i stoi ze wzrokiem wbitym w podłogę, czekając na krzyk. Zamiast tego nauczycielka bierze jej kołozeszyt.
"Nie" - przebiega dziewczynce przez głowę, ale co może zrobić?
Kobieta kiwa głową - z niedowierzaniem, może irytacją, a może dezaprobatą. Uczennica tego nie widzi, bo nadal ogląda panele. Nie wie, że ta postawa jej zostanie. Wykształca właśnie odruchy na dalsze życie, a ten oto będzie jednym z nich.
-No, panno Sedraïo, chodź na środek - mówi, po czym nie czekąjąc na reakcję, ciągnie Adilę za rękę.
Stoją teraz obie na środku klasy. Trochę ponad dwadzieścia głów wpatruje się z przerażeniem w nie mniej wystraszoną koleżankę. Już i tak jest postrzegana jako trochę dziwny kujon, nie potrzeba jej kolejnego upokorzenia. Teraz dopiero rozpoczyna się międzyławkowa dyskusja, której nauczycielka zdaje się nie zauważać. Skupia teraz całą uwagę na nieposłusznym wychowanku, jakim jest ciemnowłose stworzenie.
-Patrz mi w oczy - rząda, ale dziewczynka wydaje z siebie cichy pomruk i tylko odwraca głowę.
Nie chce znów natrafić na ten chłód, obojętność i chorobliwą determinację. Przesadzona dyscyplina bije od kobiety na kilometr, wywołuje u większości szacunek oraz respekt. Poza tą większością znajduje się właśnie Adila. Zaczyna szybciej oddychać i mało brakuje, żeby zaczęła płakać. A przecież najgorsze ma nadejść.
Pani Koeu nie stosuje kar fizycznych, jest to przecież zakazane. Dziewczynka wie, co kobieta zamierza zrobić i w jakim celu właśnie zakłada okulary. Przybliża kołozeszyt do twarzy.
-Zatem posłuchajcie, co wasza koleżanka robi na lekcjach matematyki - mówi i zaczyna czytać.
Adila wie, że już nie jest koleżanką, tylko dziwadłem. Dzwoni dzwonek, ale nauczycielka każe wszystkim pozostać na miejscach. Beznamiętnie czyta kolejne wersy, okrutnie obnażając jej stan, uczucia, emocje tak silne, że część trzeba wylać na papier. Dziewczynka zaciska pięści i myśli tylko o tym, że jeszcze rok. Jeszcze tylko rok z tymi ludźmi. Podświadomie wie jednak, iż się nie zmieni i kolejna klasa będzie ją zapewne postrzegać tak samo. Niezależnie od siebie płacze. Nauczycielka wciska jej zeszyt w ręce.
-Nigdy więcej nie chcę widzieć czegoś takiego, panno Sedraïo. Zresztą, to chore tak pisać. Życie ci niemiłe? Poza tym, dla filozofów nie ma pracy - mruknęła.
Chore? Uczennica myśli, że raczej ktoś inny jest tutaj chory. Lubi żyć, to głupie nie szanować takiego daru. To tylko pewnym osobom brak zdolności głębszej interpretacji pewnych słów. Kobieta sprawia wrażenie, jakby nie umiała też interpretować uczuć choćby uczniów. Dziewczynka w duchu współczuła jej synowi, bo wie o istnieniu takowego. Panno Sedraïo. Zawsze po nazwisku, chłodno, "służbowo", bez spoufalania.
-Proszę mówić mi po imieniu. Nie wiem, czy pani pamięta, jestem Adila - powiedziałam.
*
Jak zwykle niemo oglądałam zmieniające się za oknem krajobrazy, a właściwie budynki budowane w różnych stylach architektonicznych. Paryż to miasto kontrastów, podobnie jak barok. Różnica jest taka, że nasza paryska perła jest starannie oszlifowana przez liczne butiki, atrakcje turystyczne i - bądźmy szczerzy - wyolbrzymianie zalet. Krótko mówiąc, perła Paryża jest idealnie oszlifowana i wypolerowana, by elegancko wyglądać na folderach reklamowych. Bez miejsca na niekształtność - chyba że mówimy o wybiegach.
Wizyta mamy Pascala, wbrew moim przeczuciom, przebiegła bardzo miło. Od razu skojarzyła mnie z zaistniałą przed laty sytuacją i zwyczajnie przeprosiła, a przeprosiny wypowiedziane szczerze mają jednak wielką moc. Poczułam się lżej, jak gdybym zrzuciła ciężar jednych z przytłaczających mnie wspomnień. Ucieczka z więzienia przeszłości - misja rozpoczęta.
Wypytywała mnie o to, jak sobie radzę. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że mój obecny stan psychiczny raczej nie zasługuje na ocenę dobrą, może ledwie dostateczną - a to i tak dzięki wsparciu Pascala. Miałam dziwne wrażenie, iż kiedy nie daję znajomym spisywać zadań domowych, dla nich jestem niewidoczna. Już nikt nie dzwonił - zapewne rozniosła się sensacyjna wiadomość o próbie skoku z mostu. Najlepsze jest to, że będę musiała jutro stawić temu szkolnemu zgromadzeniu czoła. Jak zawsze sama.
Zapytała czy piszę. Piszę, a jakże; humaniści mają po prostu "we krwi" potrzebę wylewania nadziei i żali na papier, ewentualnie do dokumentu z końcówką ".doc". Chyba nie spodziewała się mojego liczbowego nawrócenia, a zadane pytanie było czysto retoryczne. Stwierdziła, że tak naprawdę podobał jej się tamten wiersz. Nadal czułam pewien rodzaj dyskomfortu, gdy wspominała o mojej pracy, ale było to miłe z jej strony. Powiedziała tylko, iż nie oczekiwała takich słów, choćby na kartce, ze strony uczennicy. Dziwne dzieci robią dziwne rzeczy. Ach, przepraszam, "nietypowe", tak się teraz mówi na niedorzeczności odstające od norm. Zatem byłam doprawdy nietypowym dzieckiem i dużo mi z tej nietypowości zostało.
Zaśmiałam się pod nosem, bo osoba, którą tak źle postrzegałam przez tyle lat, okazała się być naprawdę miła (i matką mojego chłopaka). Wzbudziła we mnie zaufanie, czego nie mogę odnieść do jej oblicza, jakie zapadło mi w pamięć za czasów wczesnoszkolnych. Była doskonałym przykładem na to, że ludzie się zmieniają, nie zawsze na gorsze. Nie zauważyła na szczęście szwów - chciałam wydać się normalna w jak największym stopniu. Wydać się - dobrze dobrane wyrażenie. Czy właśnie stwierdziłam, że bycie sobą czasem odstrasza ludzi? Adila, wyluzuj. Albo nie, masz chwilę na rozkołysanie nerwów, zanim pani psycholog zacznie pokazywać ci indyjskie mandale.
Pascal przyjechał chwilę po jej wyjściu. Był ewidentnie zirytowany - odgadnęłam, że albo zachowaniem kumpli, albo Amy. Ją co prawda widziałam tylko chwilę, ale nie wydała mi się osobą o dużej uprzejmości. Bardziej uważała, że wszyscy są na jej usługi. W tym spostrzeżeniu utwierdził mnie właśnie Pascal, jej zachowanie kwitując krótkim "Takiej rozkapryszonej baby jeszcze nie było".
Ogarnęły mnie wątpliwości. Chcę iść do psychologa? Muszę, ale... czy chcę? Co się robi na takich spotkaniach? Liczyłam na to, że kobieta okaże się chociaż miła i nie będzie potwierdzeniem popularnych stereotypów.
-Stresujesz się tą wizytą, prawda? - zapytał Pascal, korzystając z zatrzymania się na światłach.
-Trochę tak. Taka osoba, przynajmniej teoretycznie, potrafi się z błahych testów dowiedzieć o tobie praktycznie wszystkiego i to mnie odrobinę przeraża. Boję się też, że emocje wezmą górę i po prostu zacznę płakać przed kimś obcym. Takie sytuacje są krępujące.
W odpowiedzi pogłaskał mnie po ramieniu i obdarzył ciepłym uśmiechem, jak to Pascal. Mocniejsze światło słoneczne wpadło przez szybę po mojej stronie, co podkreśliło serdeczność tego gestu. Jak miło rozmyślać o tak nieskomplikowanych sprawach.
-Płaczu nie trzeba się wstydzić. Świadczy o sile, bo trzeba być silnym, żeby móc otwarcie uzewnętrzniać emocje. A ciebie, uwierz, wcale nie tak łatwo rozszyfrować - zaśmialiśmy się jednocześnie. - Zapomniałbym, twój tata chciałby dziś z tobą pomówić. Nie masz nic przeciwko?
Oczywiście, że mam. Mogłabym zacząć wymieniać bez końca, dlaczego nie zamierzam się zgodzić. Bo się boję. Bo nie chcę. Bo mnie zranił. Bo wyrzucił własną córkę z domu. Bo...
Ale jest moim ojcem. Moim ojcem, który mnie uczył, podrzucał, motywował, kiedyś często pocieszał. Moim zagubionym w monotonnym labiryncie życia tatą. Skoro spotkanie z osobą taką jak pani Koeu wypadło pozytywnie, czemu nie spróbować i tym razem? Już wiele razy doszłam do wniosku, że ludzie potrzebują drugiej szansy.
-Nie, co ty. Szykuje się ciekawa konwersacja - stwierdziłam, pomimo starań, lekko obojętnie i sarkastycznie.
Samochód zatrzymał się na parkingu przed dużym budynkiem. Było w nim parę gabinetów lekarskich - także psychologa. Zarysy czerwonej cegły prześwitywały przez zabrudzoną już beżową farbę. Przed drzwiami były dwa klomby z kwiatkami, które zaczynały odrobinę usychać. Niepostrzeżenie wylałam dużą część mojej wody na spragnione rośliny i weszłam do środka, modląc się w duchu o lepszy gust projektanta wnętrza.
-Hej, uśmiechnij się chociaż - powiedział Pascal, a mi nie przeszkodziły w tym nawet trochę przerażające bladozielone ściany.
Byłam już mentalnie przygotowana na jakąś kolejkę, choć tę Francuzi wytrzymują pewnie tylko w boulangerie. Cóż, czekanie naprawdę jest frustrujące. Pożera cenny, uciekający nieustannie czas - chyba, że czekamy na dobrej klasy jedzenie. To jedyne dobre usprawiedliwienie, bo przecież żyjemy, by jeść. No, przynajmniej w krajach średnio i trochę bardziej średnio bogatych.
Zgodnie z moimi przypuszczeniami, parę osób siedziało na drewnianych krzesłach - sądząc po kolorze, zapewne sosnowych. Pascal wziął mój płaszcz, po czym odwrócił głowę i pewnie zobaczył błysk w moim spojrzeniu. Podniósł brwi i niezauważalnie się uśmiechnął. Zapewne domyślił się, co w takim momencie może zaprzątać mi myśli. Czekać spokojnie, jak wychowanemu obywatelowi przystało? Nie, to takie niemodne, staromodne, nudne i nieprzydatne. O wiele milej jest zacząć wnikać.
Wnikać. Wchodzić głębiej w czyjąś historię, ale bez podsłuchiwania, jakichkolwiek interakcji. Wyczytać jak najwięcej z mimiki, stroju, mowy ciała. Może to brzmi trochę śmiesznie, strasznie czy zwariowanie. Dla mnie takie przewidywanie jest wyjątkowe, bo przecież zawsze istnieje szansa, że się trafi, albo wyobrazi alternatywną wersję przyszłości dla danej jednostki, jeśli zmieni choćby jeden wybór, a to z kolei jest możliwe pod wpływem rozmowy ze specjalistą, do którego w końcu pacjent czeka. Taka zabawa w odgadywanie myśli i podjętych ścieżek kogoś zupełnie obcego. Mimowolnie uniosłam kąciki ust. Zgodnie z filmowymi wzorcami powinnam jeszcze potrzeć o siebie dłonie w białych rękawiczkach, ale wolałam od razu przystąpić do, delikatnie mówiąc, dziwnych obserwacji.
Najbliżej mnie siedziała młoda kobieta, zainteresowana moją nowo przybyłą osobą przez ułamek sekundy, a może powinnam powiedzieć "przez jeden sygnał w telefonie", bo ten ściskała niczym własne dziecko. Odziany w nową, kolorową i błyszczącą obudowę rzadko odrywał się od jej ucha. Rozmawiała z kimś dość emocjonalnie, bo gestykulacja przybierała na sile. Jak widać, nie tylko ja potrzebuję mandali. A jeśli już jesteśmy przy dziecku, to takowe z beztroską biegało obok, szukając zainteresowania u innych ofiar kolejki. Coraz mniej uśmiechnięty chłopczyk powrócił do mamy, podejmując misję pod kryptonimem "Dźganie kolana", ponieważ nikt nie miał nastroju na zostanie chwilową niańką. Naprawdę lubię dzieci, ale teraz obserwowałam.
Bez podsłuchiwania miało być? Merde... No nic, powiedzmy, że kobieta rozmawiała na tyle blisko mnie, iż mogłam słyszeć niektóre słowa. Jakby się nad tym zastanowić, to byłam po prostu ciekawa tych wszystkich ludzi, jednak na jakimś wyższym poziomie. Matka Święta Telefonowa wyglądała na zmęczoną i smutną, a gorycz najwyraźniej przykleiła do jej dłoni szatańskie urządzenie. Drugą podpierała starannie omieciony pudrem i różem policzek. Tym nienagannym makijażem oraz strojem typowej, dobrze ubranej paryżanki chciała coś ukryć. Z jej osoby bił jakiś niewyjaśniony tristesse*. Spod warstwy korektora (swoją drogą, pewnie jednego z droższych) przebijały fioletowe żyłki. Typowa paryżanka zmęczona życiem. Spojrzała w moją stronę, może dlatego, że po prawicy miałam okno. Wtedy mnie olśniło - jej spojrzenie jest dziwnie wypłowiałe, bez tej charakterystycznej iskierki.
Miłość. Straciła miłość.
W tym momencie pomiędzy malcem, a zajętą rozmową kobietą nawiązał się dialog, który wyjaśnił wszystko. Po wypowiedzeniu jednego prostego zdania natychmiastowo odłożyła telefon, wzięła chłopczyka na kolana i otworzyła szerzej oczy, by uniemożliwić choć trochę łzom wydostanie się na zewnątrz.
-Mamo, to gdzie jest w końcu tata?
-W niebie, kochanie.
Jedyną osobą, w której stronę mogłam teraz spojrzeć, był Pascal. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie obojętnego, ale widziałam, że jest tak samo zdziwiony. Wcisnął ręce w kieszenie i odwrócił wzrok w przeciwną stronę. Przeczesał niespokojnie włosy ręką. Ja zaś musiałam wziąć głęboki wdech. W sekundzie poczułam się fatalnie - zawroty głowy, uczucie zimna... Mój towarzysz niedoli podszedł uprzejmie i spytał, co się dzieje. Odparłam zgodnie z prawdą, że nic. Bo co się działo? Wstrząsnął mną los kobiety siedzącej parę metrów dalej, tyle. Parę głosów stwierdziło, że jestem blada, inne proponowały szklankę wody. Naprawdę wyjątkowo mili ludzie, nikt nie wzruszał z ignorancją ramionami. Skuliłam się na krześle.
-Przepraszam - szepnęłam niemo w stronę obserwowanej przeze mnie jednostki.
Zrobiło mi się głupio, po prostu jawnie głupio. Jak łatwo ocenić kogoś powierzchownie i niewłaściwie. Na pierwszy rzut oka - nieodpowiedzialna matka, całymi dniami rozmawiająca przez telefon, mająca głęboko w poważaniu swojego małego synka, za to dbająca o nienaganny wygląd. Podczas rozmowy ustalała datę odwiedzin grobu na cmentarzu, a na czarne barwy jej stroju po prostu nie zwróciłam uwagi. Wiele rzeczy się tym sposobem pomija. Widziałam, że coś jest nie tak, ale i tak chętniej przyjęłam oskarżycielską postawę. Tak było łatwiej oraz wygodniej wewnętrznie, bo przecież można połechtać tym jeszcze swoje ego - "ja bym się w ten sposób na pewno nie zachowała". Nieprawda. Potykam się zapewne więcej razy niż ona, to samo tyczy się chwil słabości. I to ja mam prawo ją oceniać? Ktokolwiek ma?
Poczułam, że ktoś mnie objął i nie musiałam podnosić głowy, by ocenić autora tego gestu. Szepnął, że mam się nie martwić. Wyglądałam na zmartwioną? Chorą, mdlejącą, okej - ale zmartwioną? Szczególnie za zasłoną z włosów mógł odgadnąć wiele, patrząc na mimikę. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę zna mnie już tak dobrze, czy po prostu fartem odgadł mój nastrój.
Wstałam, bo tak nakazał. Miałam teraz siłę wyłącznie na wykonywanie mechanicznych rozkazów. Trochę się rozwaliłam wewnętrznie. A jeszcze teraz czeka mnie świetna rozmowa... Co mnie napadło, żeby wchodzić na ten pieprzony most? "Nie co, a kto" - pomyślałam i uśmiechnęłam się pod nosem, jakoś niezbyt przełamując ponurą aurę roztaczającą się aktualnie nade mną. Przyjęłam do wiadomości, że nastąpiła moja kolej. By wejść do gabinetu, musiałam przejść obok kobiety będącej obiektem moich rozmyślań. Nie wiem co mnie napadło, naprawdę.
-On i tak pani pomoże. Proszę się nie załamywać. Na pewno nie chciałby, żeby chodziła Pani z pochyloną głową - powiedziałam, kładąc jej rękę na ramieniu i weszłam do gabinetu, zostawiając ją z lekka osłupiałą, ale dyskretnie uśmiechniętą.
-Merci - usłyszałam cichy szept. Po kolejnym głębokim wdechu zamknęłam drzwi.
Przez krótką chwilę miałam dość silne wrażenie, że pomyliłam gabinety, a nawet budynki. Przez sterylną biel każdej rzeczy w tym pomieszczeniu - poza paroma roślinami i trzema fotelami - poczułam się przytłoczona stereotypową wizją owianego złą sławą psychiatryka. Nawet okleina biurka została prowizorycznie maźnięta farbą, którą spisali zapewne na straty po pomalowaniu sufitu. Nie wiedziałam co prawda czego oczekiwać od takiego miejsca, ale oczami wyobraźni widziałam je jako trochę bardziej przytulne. Po odwróceniu głowy w prawo zobaczyłam jeszcze parę zdjęć w szklanych oprawach. Przedstawiały kolejno zachód słońca w Paryżu, jakieś kwiaty (odniosłam dziwne wrażenie, że to lotosy, a co za tym idzie, nieme nawiązanie do hinduizmu) oraz wybrzeże, zdecydowanie nie francuskie. Cóż, pomimo tych starań nadal nie było przytulnie. Po kroku dalej wyczułam pod stopami puszysty dywan, jak się okazało, czerwony. Zupełnie nie pasował do pomieszczenia, ale przestałam zwracać na to uwagę. Spojrzałam wreszcie w stronę kobiety siedzącej za biurkiem, której sylwetka (a właściwie połowa) była oświetlona słabym światłem wdzierającym się przez rolety.
Miała ciemne blond włosy, o dziwo upięte z tyłu w luźnego koka, szare, dosyć duże oczy i delikatnie pociągłą, zaróżowioną twarz. Widziałam tylko jej tułów, bo siedziała. Ubrana była w granatową bluzkę z pokaźnym dekoltem i - o zgrozo - białą marynarkę. Wyglądała na solidnie zniechęconą swoją pracą, będącą w stanie powstrzymać opad powiek tylko paroma filiżankami kawy. Tusz do rzęs zostawił czarny szlaczek na powiekach omiecionych jasnym cieniem. Była elegancka, grubo po czterdziestce, lekko otyła i pozbawiona entuzjamu. Ja zresztą również nie wykazywałam szczególnej euforii, stojąc na środku źle dobranego dywanu oraz nieświadomie wodząc wzrokiem po pomieszczeniu. Usiadłam na w miarę wygodnym fotelu, ale nie miałam pojęcia, czy w chwilach tej nieświadomości rzuciłam "Bonjour", choć przecież było już popołudnie. Łamiemy zasady, a co.
-Bonjour - odpowiedziała. Czyli jednak rzuciłam. W przeciwnym razie wyraziłaby się poprawnie.
Rozpoczęła wyjątkowo nudny wywiad, począwszy od tego, jak się nazywam (co miała przecież zanotowane w swoim notatniku), ile mam lat (to także), jakie mam stosunki z rówieśnikami, kończąc na tym, czy moi rodzice są razem. Tak, są, choć nie zawsze jest to dla nich dobre. Ale skończyło się oczywiście na nerwowym skinieniu głową, po co zagłębiać się w takie sprawy na pierwszej wizycie. Po co w ogóle się zagłębiać. "Bo to psycholog" - przemknęło mi przez myśl. Faktycznie. Trochę w tym racji.
Zamknęła notatnik, odłożyła do organizera biały (!) długopis i spojrzała na mnie w celu rozpoczęcia jakiegoś sensowniejszego dialogu. Nie miała złego spojrzenia, jednak preferowałam kontakt wzrokowy z paprocią stojącą na szafce.
-Zacznijmy zatem od początku. Nazywam się Mathilde Boulain i będę twoim psychologiem. Z czym zatem do mnie przychodzisz? - widząc moje wzruszenie ramionami, dodała - Może inaczej, kto cię tu zapisał?
-Mój chłopak, w porozumieniu z moimi rodzicami - powiedziałam, równocześnie zdając sobie sprawę z tego, jak to dziwnie brzmi. Uniosła idealnie wyregulowane brwi. Bienvenue au Paris*.
-Chłopak, powiadasz - stwierdziła i już wiedziałam, kogo dotyczyć będzie głównie nasza najbliższa konwersacja. - A co go do tego skłoniło?
-Pewnie to, że zastał mnie na moście - stwierdziłam lakonicznie, bo wyczułam w jej tonie ironię. Tym już się zaciekawiła.
-A co się na taką decyzję złożyło? I dlaczego ostatecznie nie skoczyłaś?
Jak dla mnie tą wypowiedzią dała wyraz swojej niekompetencji. Dlaczego nie skoczyłaś. Niby logiczne pytanie, ale z drugiej strony mogłabym w tym momencie nie zajmować tego miejsca, a podziemną drewnianą kwaterę. Trudno o bycie bardziej niedelikatnym.
Przeszedł mnie dreszcz. Ta paproć naprawdę wydawała się przyjazna.
-Wiele niedomówień, złych zbiegów okoliczności i człowiek, który teraz jest pewnie już w policyjnym areszcie - odpowiedziałam ogólnikowo. Co do Davignona - taką informację przekazał mi Pascal. Cieszę się, nie powiem. Tylko dziadka mi nadal szkoda. - Nie skoczyłam, bo ze stresu zemdlałam, a on mnie złapał.
-Dzielny - skwitowała z takim uśmieszkiem, że dobił mnie on mimo to, iż nie patrzyłam dokładnie na jej twarz.
-Czy może pani nie wyrażać się o nim z taką pogardą, skoro nawet go pani nie zna?
-Oczywiście, tylko, wybacz, ale takie związki licealistów mnie odrobinę śmieszą, są brutalnie niedojrzałe. Nie mówię tu oczywiście o tobie, ale...
-Pascal ma dwadzieścia trzy lata i mieszkam u niego z powodu skomplikowanej sytuacji rodzinnej. Nie jestem łatwą do zniesienia osobą, więc go podziwiam, że ze mną wytrzymuje. Uciekłam z domu, chciałam się zabić, a w sumie ostatecznie do niego trafiłam, kiedy zemdlałam przed klubem. W środku nocy. Tak, jestem w pełni świadoma swoich wad. Może nie jest to typowy związek, ładniej wyglądałoby to w przypadku trzydziestolatków, ale nie widzę tu brutalnej niedojrzałości, o której pani mówi.
Spojrzała na mnie z widocznym osłupieniem i zaczęła porządkować fakty. Brwi znów powędrowały ku górze. Kobieto, czy ty się nie kontrolujesz?
-Czyli facet jest od ciebie pięć lat starszy, udostępnia ci mieszkanie i akceptuje twoje wahania hormonów. Musicie się znać od stosunkowo niedawna, więc albo jest naprawdę zakochany, albo ma inny powód - tu posłała mi kolejne oceniające spojrzenie. Tak Mathildo, szanuję się. Nie myśl sobie zbyt wiele.
Ale.
Jakieś ale zawsze musi być, prawda? Tu także. Zaczęłam analizować naszą znajomość i to, jak wszystko szybko się potoczyło, tak naprawdę przez serię zbiegów okoliczności. To wyjście do klubu, występ, omdlenie. Jak dziwne zrządzenie losu. I tu właśnie wkracza sławietne "ale". Po co tak chętnie wyszłam z nim z klubu? Mógł być każdym - złym typem, przestępcą, kimkolwiek kto siał niepokój, a nawet facetem w rodzaju "casanovy", o czym zresztą później sam mówił. A okazał się Pascalem. Trochę innym niż wcześniej Pascalem.
Akcja z moim zamieszkaniem u niego też była szalona. Może nie nigdy więcej, ale w najbliższym czasie nie przewiduję wypadów do klubów z koleżankami, a szczególnie zakrapianych alkoholem. To, że zgodził się po mnie przyjechać, było jednocześnie urocze i niedorzeczne. Przeżył też starcie z moim ojcem. Za to należą mu się gromkie brawa.
Niedługo kończę osiemnastkę, będę mogła sama decydować o miejscu swojego pobytu. Ale... (znowu) czy to wszystko nie stało się za szybko? A skoro tak - czy tak szybko się nie wypali?
Tylko po co zamartwiać się na przyszłość? Jeżeli teraźniejszość jest w porządku, to przyszłość także. Przynajmniej ta najbliższa. Dla mnie oznaczała głównie multum zaległych sprawdzianów, dla niego - montowanie płyty Amy. Dla nas - kto wie. Coś się zobaczy, zagra, napisze. Bo nie należy planować życia. To po prostu pozbawia je pewnego uroku, magii.
-Przepraszam Adilo, poniosło mnie. Wiesz zapewne, że większość licealistów jest taka sama - na to stwierdzenie skinęłam głową. - Wspomniałaś coś o trudnej sytuacji w domu i mężczyźnie w areszcie.
Zaczęłam opowiadać i tym sposobem upłynęło pozostałe czterdzieści minut. Wstałam, podziękowałam, wyszłam.
I tak jakoś lżej było. Milej. Wiedziałam, że zaraz czeka mnie spotkanie z ojcem, ale liczyłam na dobrą passę. Uśmiechnęłam się do Pascala, a ten wręczył mi kartonik.
-Makaroniki. Na jeszcze lepszy humor.
Zaśmiałam się i przytuliłam go. Będę gruba. I szczęśliwa. Okej, może być.
____
*tristesse - smutek
*Bienvenue au Paris - Witamy w Paryżu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz