czwartek, 26 lutego 2015

2.

Stanąłem przed budynkiem liceum i zacząłem poważnie się zastanawiać, czy te wszystkie „studentki” z klubów nie uczęszczają właśnie tu. Zakrywały podobny procent ciała. Oczywiście, nie zamierzam uogólniać, jednak wstępne wrażenia są często kluczowe. Cholera, wieje. Ta jeansowa kurtka nic nie daje – tęsknię za bluzą. Ale Adili przecież byłoby zimniej.
Z zamyślenia wyrwał mnie jakiś mężczyzna.
-Pan Koeu? – zapytał grzecznie. Przynajmniej grono pedagogiczne w porządku – pewnie tylko oni będą słuchać, co mam do przekazania.
-Tak. Sprzęt już przyjechał?
-W rzeczy samej. Tylko wie pan, proszę się nie przerazić poziomem zainteresowania młodzieży. Mamy nadzieję, że taki nowoczesny zawód jak DJ ich zainteresuje… - też na to liczyłem, chociaż i tak wypłacą mi kwotę wystarczającą do przeżycia. Zresztą, najmniej nie zarabiam.
-Oczywiście, rozumiem.
-W takim razie witam w naszym liceum! – zaśmiał się i poprowadził do wejścia.
Ściany były do połowy pomalowane kremową farbą, reszta pozostawała biała. Przed klasami stały ławki. Zaskoczyły mnie trochę szafki w kolorze grafitowym. Szedłem dalej za mężczyzną, prowadzącym mnie zapewne na aulę. Po drodze naliczyłem pięć dziewcząt ubranych zdecydowanie zbyt skąpo, tyle samo osobników niezidentyfikowanej płci oraz trzy pary najwyraźniej głodzone od tygodni, ponieważ pożerały się nawzajem, najczęściej ciężarem ciał obarczając Bogu ducha winne szafki.
Po chwili byliśmy już na miejscu. Zacząłem stroić gitarę, sprawdzać keyboard i miksery. Wokoło zebrało się grono gapiów – pewnie są wdzięczni, że przepada im jakaś lekcja. Zacząłem grać jedną z prostszych melodii na gitarze, by sprawdzić brzmienie. Akustyczna, choć tyle – nie trzeba targać wzmacniacza, wystarczy mikrofon. Nagle jakaś kobieta stanęła nade mną i zaczęła się drzeć, bo krzyczeć to za mało powiedziane.
-Młody człowieku! Co ty sobie wyobrażasz! Jeszcze popsujesz! Która klasa, co?! Mówiłam, nie dotykać! – zgromadzenie uczniów rozstępowało się przed nią niczym morze przed Mojżeszem. Z takimi lepiej nie zadzierać, ale mimo wszystko, ja musiałem.
-Wie pani, przepraszam, ale chyba będę musiał nie egzekwować tego zakazu – moja wypowiedź wywołała niemałe poruszenie. Aha, chyba nie wiedziałem, z kim zadarłem.
-Do dyrektora!!! – wybuchła, po czym chciała pociągnąć mnie za kurtkę. Wstałem, a że nie dosięgała mi głową ramienia, odrobinę się odsunęła.
-Mam od niego zezwolenie. Mało tego, nawet mi za to płaci – kwestia wywołała na twarzy kobieciny ogromny rumieniec.
-Ach, ojej, przepraszam najmocniej, proszę pana… - tłumaczenia po paru minutach zaczęły mnie przerastać. Bo ci uczniowie to tacy niewychowani, taki sprzęt musi mnóstwo kosztować, jej dzieci by to interesowało, ona mi w sumie gratuluje… Ciekawie. Menopauza? Takie wahania nastrojów to chyba typowy objaw, prawda?
Dalsze oględziny sprzętu przebiegły bez zakłóceń. Wszystko było dobrze podłączone i sprawne – chyba licealni technicy dostaną premię. Uczniowie zaczęli się powoli schodzić. Kolejne klasy zajmowały krzesła. Parę osób podeszło nawet z prośbą o zdjęcie. Szczerze mówiąc, byłem w wielkim szoku. Nigdy nie chciałem stać się sławny, mieć górę pieniędzy i zero anonimowości. DJów nie zaczepiają na ulicy – to zawsze jakiś plus. Mało kto kojarzy jak wyglądam. Pewnie to nawet lepiej.
Znowu zapragnąłem mieć swoją bluzę, głównie z powodu napisu z tyłu – piękne, charakterystyczne „DJ Skalp”. Zaraz, jeśli Adila odgarnęła włosy… będzie ciekawie, nawet bardzo. Do czego doprowadza spontaniczność…
Moje obawy potwierdziła grupa rozchichotanych w najlepsze nastolatek. Dyskrecja nie była ich najmocniejszą stroną – pokazywały na mnie „ukradkiem” palcami i komentowały bieżące wydarzenia tak głośnym szeptem, że słyszałem każde słowo.
-No nie gadaj! Serio miała taki napis?
-Ogarniasz, że tak? Po niej się tego nie spodziewałam!
-Może podczas szybkiego ubierania pomyliła bluzy! – ku aprobacie dumne plotkary wybuchły gromkim śmiechem. Przestały już zupełnie zadawać sobie trud szeptania, stając się główną atrakcją wszystkich zgromadzonych.
-Haha, na pewno. Te kujonki szybko dorastają, co? Pewnie na kasę poleciała – zgodnie kiwnęły głowami. Chciałem tam podejść i dobitnie wytłumaczyć co sądzę o ich dopowiadaniu – swoją drogą bardzo ciekawych historii, ale powstrzymałem się. Udawaj, że nie słyszysz, Pascal. Może dowiesz się więcej o swoim jakże bogatym życiorysie.
-Tylko on za bardzo nie miał na co, chyba że łatwo dała, bo niedoświadczona – nie miałem siły dłużej słuchać rozmowy na poziomie podziemnych rurociągów. Sądząc po ich wyglądzie, dialog mógłby mówić o każdej z nich.
Zawołał mnie jednak inny nauczyciel, więc oddaliłem się od wspomnianej grupki. Poprosiłem jakiegoś chłopaka, który wyglądał na rozgarniętego, o popilnowanie instrumentów. Kto wie, do czego takie ameby są zdolne.
-Wie pan, jest taka sprawa… Dyrekcja wymyśliła sobie, że ma być występ wokalny. Uczennica, która będzie śpiewać, też jest w szoku i może byście uzgodnili, jak to wszystko ma wyglądać… Przy okazji, chodzi jakaś dziwnie przybita, może pan wybada, o co biega – dodał z dziwnym uśmiechem. Pewnie to zwykła uprzejmość, a ja jestem zbyt czujny.
-Dobrze, ale czemu informujecie mnie teraz? – byłem najzwyczajniej w świecie nieprzygotowany. Co prawda przezornie wziąłem odpowiednie urządzenie, ale przecież powinienem przeprowadzić z wokalistą – czy jak w tym wypadku, wokalistką – chociażby próbę, poznać głos, znać repertuar. Tymczasem przedstawiają mi obowiązek bez możliwości wykonania żadnej z tych koniecznych czynności. Potrafię pracować szybko, ale na pewno nie działa to na korzyść. 
-Wymysł dyrekcji, jak już mówiłem. Ponoć przyjechała telewizja czy coś takiego. Chcą, żeby ładniej wyglądało. To może w takim razie ja pana zaprowadzę do tej dziewczyny – zaintrygowała mnie jedna rzecz. Tej dziewczyny?
-Nie zna pan jej imienia?
-Nie można ode mnie wymagać pamiętania imion wszystkich uczniów – no tak, zapomniałem. Niemniej, wydawało mi się to niegrzeczne – musiał przecież z nią rozmawiać, zanim po mnie przyszedł.
Zaprowadził mnie do jednej z sal lekcyjnych – po stojącym tam pianinie stwierdziłem, że była to klasa muzyczna. Dobre i tyle – potrafiłem na nim zagrać, może zdążymy coś przećwiczyć. W żadnej ławce jednak nikogo nie było. Widząc moje zdziwienie, „przewodnik” wyjaśnił naprędce, że ów dziewczę w takim bądź razie musi siedzieć na zapleczu.
-Zostawię was samych – powiedział. Skinąłem głową na „dziękuję” i zamknąłem za nim drzwi. Faktycznie siedziała – a właściwie stała – na zapleczu. Wyglądała przez okno. Nieświadoma mojej obecności oparła się o parapet i ciężko westchnęła. Odgarnęła lokowane włosy z pleców. Wtedy mogłem scharakteryzować moją bluzę – ujrzałem znajomy napis. Naprawdę nie chciałem wystraszyć Adili, ale natura wzięła górę. Cicho podszedłem i zasłoniłem jej oczy dłońmi. Pisnęła, po czym z przerażeniem odwróciła głowę w moją stronę. Miała twarz mokrą od łez, a teraz dygotała ze strachu. Czy to przeze mnie? Boże, zawsze muszę wszystko spieprzyć.
-Pascal? Co ty... tu... robisz? - dukała, próbując złapać powietrze. Musiała długo płakać. Ludzie, jesteście ślepi?
-Widzisz, zaproszono mnie... do twojej szkoły. Nie wiedziałem, że uczęszczasz do liceum - naprawdę, byłem przekonany, iż jest starsza, a po prostu młodo wygląda. Ona i stereotypowa licealistka to dwie, zupełnie odległe typy osobowości.
Była naprawdę roztrzęsiona. Zaproponowałem więc, byśmy usiedli przy jednej z ławek.
-Rozumiem, że mam przyjemność z DJem Skalpem? - zapytała niepewnie. Znów była wycofana i onieśmielona.
-Przestań. Wiesz doskonale, dla ciebie jestem Pascal - objąłem ją ramieniem. Powoli przestawała się trząść. - Co się stało?
Wzięła głęboki oddech. Wiedziałem, że w liceum wszystkie problemy są kosmicznie poważne, ale tu nie chodziło o coś w stylu "chłopak mnie rzucił". Zresztą, zaprzeczyła istnieniu takowego.
-Charlotte.
-To ta dziewczyna, która była z tobą w klubie?
-Tak. Uważałam ją za przyjaciółkę, ale... Wczoraj widziała, jak wychodzimy razem z lokalu. Nie mam pojęcia dlaczego, ale rozpuściła plotki o tym, że się puszczam - Boże, chroń mnie od takich ameb. Dziękuję.
-I myślisz, że ktoś im uwierzy? - na te słowa spojrzała mi głęboko w oczy. Miałem wrażenie, że właśnie mnie przeskanowała. Mimo wszystko, jej wzrok był pełen bólu. Może dziewczyny inaczej postrzegają pewne sprawy. Chociaż, jakby się zastanowić, licealiści lubią takie ploteczki.
-Nie obchodziłoby mnie to tak bardzo, gdyby jakieś młodsze dziunie trzymały swoje opinie dla siebie. Już przed szkołą musiały dowiedzieć się o tak "sensacyjnym newsie". Gdy dziś rano wysiadałam z samochodu wciąż mocno obrażonego taty - bo powrót w okolicach trzeciej naprawdę mógł go zmartwić - zaczęły krzyczeć bardzo miłe zdania. Do moich "ulubionych" należały między innymi: "Adilka, dziś też się pieprzysz ze swoim imigrantem?", "Kujonku, powtarzamy wczorajsze pląsy z baru? Tylko nie pij tyle wódki!" czy "Już wytrzeźwiałaś? A test ciążowy kupiłaś?". Mój rodziciel sprytnie połączył te wiadomości z wczorajszymi wydarzeniami i cóż. W jego oczach jestem teraz pijącą, puszczalską nastolatką. A jak dowie się mama... Pomyśli, że ją zawiodłam. Pascal, co ja robię nie tak?! Pewnie sam słyszałeś, jakie "elitka" stroi sobie ze mnie żarty.
Niestety, niemożliwe było zaprzeczenie z mojej strony. Wredne babska. Widok smutnej Adili naprawdę mnie przytłaczał. Nie chciałem, by była w takim stanie, a zupełnie brak było mi pomysłów, jak mogę jej pomóc. Wtedy zauważyła moją kurtkę. Szybko zdjęła bluzę i podała mi ją.
-Przepraszam, zupełnie zapomniałam ci to wczoraj oddać - szczerze mówiąc, nie potrzebowałem tego kawałka materiału. Więcej uczuć żywiłem do dziewczyny, która siedziała teraz z wyciągniętą reką.
-Zatrzymaj ją sobie. Tylko uważaj na napis z tyłu - tata może się zdenerwować jeszcze bardziej. Widzi na pewno, jaka jesteś i myślę, że skończy się co najwyżej na szczegółowym przesłuchaniu. Tak znaczące zmiany w osobowościach młodych dziewczyn nie zachodzą z dnia na dzień - uśmiechnęła się. Uff, chyba dodałem jej otuchy. Otarłem ostatnią, samotną łzę z policzka Adili. Szczerze mówiąc, w tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że chciałbym nazywać ją moją Adilą. Pianino przypomniało mi jednak o występie.
-Co masz śpiewać?
-Hijo de la Luna, z tą różnicą, że po francusku - zdziwił mnie ten dobór repertuaru. W odpowiedzi na moje pytające spojrzenie, wzruszyła charakterystycznie ramionami. Korzenie czy nie - po tym łatwo poznać Francuza. - Pewnie słyszałeś już dziś tę formułkę parę razy, ale muszę to powtórzyć - wymysł dyrekcji. Fani Mecano wszędzie.
-Możemy w takim razie zrobić próbę? Pianino mi wystarcza.
Zgodziła się, więc stwierdziłem, że wypadałoby przeprowadzić rozgrzewkę wokalną. Od pierwszych dźwięków zaintrygował mnie jej głos. Kiedy przeszliśmy zaś do właściwego utworu, mało brakowało, a popłakałbym się. Patrząc z perspektywy czasu, przestawałem poznawać siebie. Zmieniałem się - jednak na lepsze. Cholera, żeby tylko nikt nie powiedział jej o przeszłości...
-Adila... Skomentowałbym, ale brak mi słów - oczywiście w pozytywnym sensie... - spojrzała na mnie badawczo. Chyba za bardzo nie wierzyła w siebie.
-Pięknie grasz - skomentowała, przy okazji zmieniając temat. Moim zdaniem, lepiej brzmiałoby to na keyboardzie, jednak użyję go podczas ostatecznego występu.
-Dzięki. A ty śpiewasz. Założę się, że świetnie pisałabyś także teksty.
-O co? Bo chętnie się wzbogacę - na jej wypowiedź wybuchnąłem gromkim śmiechem. Zdobyłem się na chwilę odwagi, wstałem i podszedłem, by ją przytulić.
-O buziaka. Co ty na to?
-Nie jestem przekonana, panie Koeu - spojrzała mi z uśmiechem w oczy. Pocałowałem ją w czoło, wywołując niemałe zaskoczenie.
-Wiesz, demo. Takie przyzwyczajenie ze studia - szybko wymyśliłem usprawiedliwienie. Pascal, co ty robisz?! Na szczęście, wtuliła się we mnie, cały czas mając uśmiech na twarzy.
Staliśmy tak chwilę, korzystając z momentu. Usłyszałem jednak głos prowadzącego: "A za chwilę uczennica naszego liceum, Adila Sedraïa, zaśpiewa "Hijo de la Luna" w wersji francuskiej!".
-Pora iść. - oznajmiłem, po czym złapałem jej dłoń, tak samo, jak dzień wcześniej. Przeciskaliśmy się przez tłum razem, ku zdumieniu uczniów. Przyszedł mi do głowy pomysł, którym mogłem rozśmieszyć to specyficzne towarzystwo. Zwróciłem się do Adili.
-Złap mnie za ramiona - posłusznie wykonała polecenie, a ja kontynuowałem torowanie drogi. - Hej, ludu, przepuśćcie TLK!
Natychmiast spoczął na nas zdumiony wzrok nauczycieli. My jednak pokładaliśmy się ze śmiechu, jak zresztą i licealiści. Przy scenie siedziała klasa niedorozwiniętych ameb, które miałem już przyjemność poznać. Zaproszono nas gestem na podest.
Zająłem miejsce za keyboardem, który naprawdę był o wiele lepszą opcją. Kiedy jeden z nauczycieli dał mi znak, zacząłem grać. Bawiłem się odrobinę wokalem, ale nic specjalnego - głównie głośność i pogłos. Uwielbiałem jej głos. Wydawał mi się taki... lotny, wędrujący do każdego z osobna. Mało kto śpiewając potrafi wyrażać tak prawdziwie emocje. Kiedy rozległy się gromkie brawa, posłała mi ukradkiem spojrzenie. Odpowiedziałem uśmiechem.
"Warto byłoby zapoznać ją ze studiem - może być dobra w tworzeniu muzyki".
Nie miewam instynktu, a jednak. Kiedyś musiał się ujawnić. Czas na rozmyślania zabrała mi jedna z przemiłych dziewcząt - wtargnęła na scenę i... skrępowała czymś Adili ręce? Wszyscy byli w głębokim szoku. Przeszła z nią parę kroków, po czym na skraju podwyższenia popchnęła. Rzuciłem się, by złapać biedaczkę - nie do końca wiem jak, ale misję zakończyłem powodzeniem. Trzymałem ją teraz sparaliżowaną strachem w ramionach. Zrobiło mi się żal tej biednej dziewczyny. Uśmiechnąłem się i potarłem parę razy o jej nos swoim.
Tę jakże ciekawą, z lekka romantyczną scenę obserwowało z zapartym tchem całe liceum oraz ekipa telewizyjna. Zdecydowałem się skorzystać z bycia w centrum uwagi. Zaprowadziłem obiekt mych westchnień na krzesło i podałem jej jedną z paru butelek wody, jakie nosiłem. Wziąłem w rękę leżący nieopodal mikrofon. Wahałem się chwilę, jednak ostatecznie stanąłem na scenie.
-Jesteś z siebie dumna?! Wszyscy jesteście?! Większość z was w ogóle nie nadaje się do mojego zawodu, a wiecie dlaczego? Bo do tego trzeba odczuwać muzykę, a wy nie potraficie zrozumieć istnienia nawet czegoś tak prostego jak szacunek! Nie wspomnę o bardziej złożonych emocjach. Jeśli myślicie, że przyssawki na szkolnych korytarzach to miłość, jesteście w błędzie! Uważacie się za lojalnych i oddanych? Nic bardziej mylnego, bo kto obrabia znajomym tyłki? Nie jesteście gotowi na naukę życia, bo brak wam dobrego wychowania i zahamowań! Jesteście dumni, wywołując łzy? Szczęśliwi, niszcząc szczęście innym? - korzystając z osłupienia publiki, ze spokojem podszedłem do jednego z urządzeń. - A to nazywa się Andromeda...
Nikt nie słuchał mojego pseudotechnicznego "bełkotu", jak nazywali to postronni. Zresztą, sam myślałem momentami, o czym właściwie mówię. Zerkałem co chwilę w kierunku ciemnowłosej osobliwości. Podszedł do niej ten sam nauczyciel, który pokazał mi klasę muzyczną. Ciekawe czy przypomniał sobie jej imię? Zapytał ją o coś, byłem tego pewien. W odpowiedzi pokiwała przecząco głową. Czego chciał?
-Tu mamy, jak zresztą sami widzicie, keyboard. Ktoś na nim gra? - po pół godzinie delikatnie nieświadomej paplaniny zszedłem ze sceny i od razu zawędrowałem do krzesła obok Adili.
-O co pytał cię ten facet? - nie ma to jak przejść od razu do sedna. Spojrzała na mnie ukradniem, po czym niepewnie opuściła głowę. Siedziała teraz z założonymi rękoma. Oho, mechanizm obronny.
-Koniecznie chciał wiedzieć, czy jesteśmy razem.
No bez żartów. Nawet nauczyciele wierzą plotkom? Chociaż, swoją drogą, pod sceną wyglądaliśmy niczym para.
-A jesteśmy? - nadal patrząc w dół, zmarszczyła brwi. Ciężko wypuściła powietrze. Zaprzeczyła głową, tak jak jemu. Postanowiłem iść za ciosem. - Chciałabyś, żebyśmy byli?
-Nie wiem Pascal, rozumiesz? Nie wiem! Jesteś jedyną osobą, która - takie przynajmniej odniosłam wrażenie - naprawdę mnie rozumie, ale... Znam cię dwa dni, a już szkoła huczy od plotek. Zresztą, w domu także nie najlepiej. Przepraszam, ale... naprawdę... daj mi czas... - zawstydziła mnie. Zachowałem się doprawdy głupio. Wstałem i zostawiłem ją w osłupieniu.
Chciałem poszukać gabinetu dyrektora, jednak właśnie ta osoba zagrodziła mi drogę.
-Panie Koeu, to wystąpienie...
-Wiem, poniosło mnie.
-Nie, nie. Ktoś wreszcie musiał przemówić im do rozsądku - na te słowa odetchnąłem z ulgą.
-No, ja trochę w tej sprawie... Adila... To znaczy panna Sedraïa jest dość wystraszona, mógłby pan ją zwolnić z reszty zajęć? Mogę jej zapewnić transport.
-Dobrze, w sumie tak będzie nawet lepiej
 - podziękowałem mu serdecznie i pognałem za prowizoryczne kulisy.
Płakała. Tym razem nie miałem wątpliwości, że przeze mnie. Oddaliłem się przed chwilą bez wyjaśnienia - musiała to źle odebrać. Przykucnąłem przed nią i odciągnąłem jej dłonie od zapłakanej twarzy.
-Przepraszam, nie tak miało wyjść. Szukałem tylko decyzyjnej osoby - patrzyła na mnie zdezorientowana. Chyba byłem powodem jej największych ostatnio konfliktów wewnętrznych.
-Po co - nie wiedziałem czy to pytanie, czy też stwierdzenie, za którym kryło się "Odejdź, idioto". Pascal, mistrz relacji damsko-męskich.
-Zwolnił cię do domu, chodź - spojrzała na mnie z wyrzutem tymi pięknymi, czarnymi oczami. Pierwszy raz pomyślałem tak o dziewczynie - wcześniej, przyznam szczerze, interesowały mnie głównie atrybuty ważne dla większości - chyba każdy domyśli się jakie. To było jednak zanim ją poznałem.
Wstałem, a ona za mną. Ktoś podał jej chusteczkę - wytarła twarz i wysmarkała nos. Szła niepewnie, co jakiś czas rzucając mi ukradkiem spojrzenia. Ja byłem jednak bardziej niedyskretny - bezceremonialnie się na nią gapiłem. Po chwili siedzieliśmy już w aucie.
-Nie zawieziesz mnie do domu, prawda?
-Nie - potwierdziłem, ale chyba trochę ją tym przeraziłem. Brawo geniuszu. - Chciałem ci pokazać studio.
-Studio? Nagraniowie?
-Taaak, właśnie takie! - naigrywałem się z niej. - Zgadzasz się?
-Owszem.
Nie było daleko, jednak korki robiły swoje. Gdzie ludzie jadą o tej porze? Podróż z 10 minut wydłużyła się do pół godziny. Adila zamknęła oczy, zapewne z powodu słuchania radia.
-Wstawaj, dojechaliśmy - oznajmiłem z uśmiechem. Leniwie wysiadła. Mnie zresztą też nie było śpieszno. Szybko pokonaliśmy schody, pomimo ich dosyć dużej ilości. Otworzyłem drzwi.
-Witam w mojej codzienności.
-Prezentuje się obiecująco.
Dopiero teraz zacząłem z pasją objaśniać, co do czego służy. Wydawało mi się, że naprawdę słucha. Oprowadziłem ją więc pokrótce po całym studiu, jednak ona zajęła miejsce na białej, skórzanej kanapie. Przeszedłem w drugi koniec studia, do lodówki.
-Wody czy Nestea?
-Nestea poproszę.
-Zielona może być?
-Jasne.
-Zatem łap! - rzuciłem, jednak butelka spadła na jeden z czarnych, także skórzanych foteli, ustawionych przy kanapie. Zachichotała.
-Celność to chyba nie twoja mocna strona.
-W przyciski jeszcze trafiam - wybuchnęliśmy śmiechem. W jej towarzystwie czułem się naprawdę swobodnie. Ciekawe uczucie.
Już sięgnałem po piwo, kiedy pomyślałem, że mogę ją tym zrazić. W samą porę. Wyciągnąłem więc drugą butelkę pseudoherbaty.
-Chciałabyś zobaczyć kabinę nagrań?
-Jasne! - poderwała się momentalnie. Zaprowadziłem ją tam, ale nie było co objaśniać. Oglądała pomieszczenie z uznaniem. Wyglądała uroczo w tej cukierkowej koszuli i mojej - a teraz właściwie jej - bluzie. Nie wytrzymałem.
-Adi... - podszedłem do niej bliżej - Chcę, żebyś wiedziała, że coś do ciebie czuję.
-Co konkretnie? - zapytała z przekornym uśmiechem. Przycisnąłem ją do ściany i pocałowałem w usta. Odwzajemniła mój ruch. Odsunąłem się, po czym uśmiechnąłem.
-To - zawstydzona wygląda uroczo i nieporadnie. Zaraz, zamknąłem auto?
-Zaczekaj chwilę, muszę coś sprawdzić. - na szybko włączyłem laptopa i uruchomiłem jedną z playlist. Yann Tiersen. Pewnie zna. Powinna lubić.
Zbiegłem szybko po schodach. Oczywiście mój samochód stał otwarty.
"Kiedyś to cię zgubi. Ogarnij się."
Sprawdziłem w komórce godzinę. Aha, już dwie godziny temu kończyła lekcje. Wróciłem do góry, zastanawiając się, co z tym zrobić. Gdy wszedłem, kanapa była pusta. Ruszyłem więc tam, gdzie zostawiłem Adilę. Ku mojemu zdziwieniu, słodko spała na podłodze. Chwyciłem pierwszą lepszą poduszkę i położyłem jej pod głowę. W jednym z foteli znalazłem koc - studio nie należało do najcieplejszych, musiałem ją więc czymś okryć. Pewnie lepszym wyjściem wydawałoby się przeniesienie dziewczyny na kanapę, jednak nie chciałem jej budzić. W kieszeni bluzy znalazłem telefon.

"SMS do: Mama
Jestem u koleżanki, wrócę za godzinę czy dwie. Nie martwcie się :)"

Obowiązek spełniony. Wyśpij się, Adilko. To były dwa dni pełne wrażeń.

***

Do pubu wszedł On. Jeamsowa koszula, białe spodnie i charakterystyczne Ray Bany.
-Amen!
-Siema stary! Mogę wiedzieć co się stało? Zwykle ja inicjuję wyjścia, a z naszej rozmowy wywnioskowałem, że masz problem. Barman! Dwa piwa, s'il vous plaît.
-Wiesz, w sumie to możesz nie zrozumieć - w jednej chwili opuściła mnie odwaga. Ten czarnoskóry macho był co prawda moim najlepszym kumplem, ale znał moją... ciemniejszą stronę. Nie sądzę, by uwierzył w tę całą "przemianę". Tyle, że sam ją dostrzegam.
-Pascal, zaczynasz gadać jak baba. Chyba muszę się przygotować do tej wymiany zdań - powiedział, po czym wypił pół kufla. Ja pozostawałem na razie przy mniejszej ilości - musiałem się wygadać, ale nie upić. Szczególnie w takiej sytuacji. - A może poznałeś jakąś, co? Znowu gorąca Francuzka? Czyżby także z klubu? - wyraźnie sobie ze mnie drwił. Wybacz, trafiłeś na nieodpowiedni nastrój.
-Poznałem laskę, okej - na tę nowinę aż zagwizdał. - A teraz słuchaj uważnie. Nie chodzi do klubów, tylko uczy się w liceum. Woli gadać o muzyce niż testować żywotność materaca. Rozumie mnie jak nikt inny. No i ma piękny głos...
Amen patrzył na mnie, jak gdybym był idiotą. Przypominał bardzo zdziwioną emotikonkę.
-Gościu, mówisz... poważnie? Ty poznałeś normalną lasencję? A cycki ma duże?
-Oczy na pewno. Przynajmniej, jak się w coś wpatruje.
-Facet, co z tobą? No nie gadaj, że Skalp Łowca Panienek się poważnie zakochał!
-Właśnie dlatego tu siedzę, stary. Jestem zakochany.
Nastąpiła chwila konsternacji.
-Spałeś z nią?
-Spała u mnie w studio. Przysnęło jej się. Nic poza tym.
-Pascal, cieszę się razem z tobą, ale... - tu wziął głęboki oddech. Klękajcie narody, oto nadszedł czas na kazanie Wielkiego Brata Amena. Trafne imię, swoją drogą. - Wiesz, jak zdradzałeś poprzednie dziewczyny. Umiesz je w ogóle wszystkie policzyć? - spuściłem wzrok. Nie, nie umiałem. Najwyższa pora na zmiany. Dla siebie i Adili. - Ja się boję o tę dziewczynę, bo z tego co mówisz, to jest sympatyczna. Stary, nawet nie wiesz, jak bardzo możesz ją zranić. Pamiętasz jej imię?
-Adila. Adila Sedraïa.
-Jestem w szoku. Nawet nazwisko!
-Nie żartuj sobie, okej?
-Dobra, dobra. Po prostu znam cię już za długo by uwierzyć, że twoja zmiana nie jest tymczasowa. Odpuść sobie ją. Dla jej dobra.
Naprawdę taką wyrobiłem sobie opinię? Zboczony kobieciarz bez uczuć? Co ja najlepszego narobiłem... Nie mogę dalej żyć w ten sposób. Kocham ją. Naprawdę. Nie wierzyłem w jakąkolwiek miłość, a co dopiero taką od pierwszego wejrzenia. Czuję jednak, jak gdyby ktoś uzupełnił moje braki i przykrył wady pozytywnymi cechami. Adila - moja wymarzona druga połowa.
Czułem się naprawdę dziwnie. Odszedłem od baru, zostawiając kufel opróżniony nawet nie do połowy. Amen szedł za mną chwilę.
-Miłość to nie gra, Amen. Nie gra się uczuciami. A to właśnie zrobię, jeśli sobie odpuszczę. Bez twojego wsparcia też sobie poradzę. Poradzimy - trzasnąłem drzwiami pubu. Ciekawe, co teraz robi... moja ukochana? To naprawdę brzmi dziwnie. Ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłem się i spostrzegłem jedną ze swoich byłych.
-Cześć Skalpuś, co powiesz na szybkie urozmaicenie wieczorku w samochodzie?
-Na Boga, nie! Dajcie mi wszyscy spokój!  - krzyknąłem. Straciłem nad sobą panowanie. Zmienię się, bo taką czuję wewnetrzną potrzebę. Zerwę wreszcie z tą cholerną przeszłością. Mam dosyć. Pora na poważne, prawdziwe życie.


wtorek, 24 lutego 2015

1.

-Adila! - krzyk wleciał przez uchylone drzwi, drażniąc mi uszy. Odruchowo się wzdrygnęłam, uderzając ręką w, na szczęście pusty, kubek.
Nie miałam najmniejszej ochoty odpowiadać, ponieważ przerwano mi wcześniej zaczęte zadanie - a ściślej mówiąc, pisanie pracy na literaturę, oczywiście dzień przed terminem oddania. Głośno wydychając powietrze odłożyłam na bok długopis, odsunęłam się odrobinę od biurka i odwróciłam głowę, starając się wyglądać jak najbardziej miło.
-Tak, babciu?
-Och, Adi, dziecko, dobrze cię widzieć – powiedziała, omiatając jednocześnie pokój wzrokiem. Pomimo okularów dostrzegła ubrania porozrzucane w przypadkowe miejsca, takie jak łóżko, fotel, komoda czy nawet parapet. Wolną przestrzeń trzeba dobrze zagospodarować, prawda? Nadal przewrócony kubek miał zaś towarzystwo w postaci kosmetyków wszelakich. -Wybierasz się gdzieś? - w jej głosie wychwyciłam nutkę niepokoju.
Nie byłam bardzo zdziwiona. Rzadko widzi mnie wychodzącą z pokoju, a co dopiero ze znajomymi, próbującą wykonać jakiś w miarę udany makijaż. Będąc w klasie maturalnej mam zdecydowanie zbyt wiele nauki, by móc pozwolić sobie, przynajmniej z moim charakterem, na ciekawe życie towarzyskie.
Większość moich znajomych, czyli generalnie osób, które znam z widzenia, prowadzi życie systemem "tydzień bez soboty", ponieważ albo trzeźwieją w tym czasie po piątku, albo - to już opcja dla doświadczonych graczy - w miarę szybko trzeźwieją po piątku i idą powtórzyć poprzedni wieczór. Jako że ja nie piję, nie palę ani nie jestem w stanie wymienić nazw choćby dwóch klubów z Paryża, startuję od razu z przegranej pozycji.
Ta sama większość postrzega mnie w kategoriach miłego, strachliwego kujonka. Może to i dobrze? Kiedy oni próbują odzyskiwać pamięć, ja chodzę po parku, poprawiając fałdy spódnicy. Gdy spisują wypracowania, rozprawki i eseje z internetu, tworzę mały świat dla każdego bohatera. Kiedy wyśmiewają kogoś stojącego z boku, zastanawiam się, dlaczego taki jest. Zamiast sztucznie ściskać każdą napotkaną osobę, uśmiecham się, bo według mnie daje to niewidzialną wiązkę pozytywnej energii, której tak brak.
Lubię uśmiechać się do innych i udawać przed sobą małą dziewczynkę.
Tak. Lubię uciekać przed sobą.
Oczywiście nic z tym nie robię, z powodu obowiązkowej cechy każdego nastolatka, a mianowicie - lenistwa. To tak na marginesie.
-Wybieram się. - W lakonicznej wypowiedzi nie zawarłam pewnej ważnej informacji - wybieram się do klubu.
Osobiście czuję obrzydzenie do takich miejsc. Zapach alkoholu miesza się z obłokami dymu, a amatorzy przeróżnych trunków zataczają okrążenia na parkiecie niczym auta podczas wyścigu NASCAR – z tą różnicą, iż oni zmierzają w kierunku baru... podobno. Do dziś moja postawa w sprawie klubów była niezmienna - "nie byłam i nie chcę iść". Kiedyś jednak trzeba spróbować, choćby po to, żeby móc jeszcze intensywniej narzekać.
Znajomi twierdzą, że jestem dziwna. Owszem, nie widać mnie z flaszką w ręce czy skrycie zapalającej papierosa - a jeśli to ich definicja bycia dziwnym, trudno. Klubowy repertuar jest czymś, czego brak na mojej playliście; jednorazowe wyjście raczej tego nie zmieni. Niemniej jednak, dostanę +10 punktów do normalności.
Strzelam, że właśnie przez tę normalność na poziomie minusowym, pomimo wysypu nowych związków, na mnie leci tylko deszcz i pył z chodników. Ciągle słyszę „Adila, jesteś zbyt poważna! Wyluzuj się!”. Powoduje to u mnie zazwyczaj nerwowy śmiech - bo na taki najczęściej mnie stać.
Wspominałam już, że nic z tym nie robię?
-To ja ci kochanie jednak nie przeszkadzam. Tylko uważaj na siebie, dobrze?
-Dobrze. - Uśmiechnęłam się. Jakby nie patrzeć, miło jest czuć czyjąś troskę.
Trzask drzwi sprawił, że pierwszy raz od paru godzin zwlokłam się z krzesła i stanęłam przed lustrem. Nie wiedząc zbytnio, co zrobić, poprawiłam tylko włosy, przerzucając je na jedną stronę. Zdałam sobie sprawę z tego, że jestem w kropce. Okej, jaki krok teraz? Instrukcja? Poradnik? Cokolwiek? Bawiłam się pojedynczym loczkiem, rozważając bardziej i mniej odpowiednie ewentualności.
Bliżej było mi wyglądem do Esmeraldy z powieści Hugo niż przeciętnej licealistki. Przez oliwkową skórę niektórzy próbują mi tłumaczyć pewne rzeczy językiem ilustrowanej książeczki dla dzieci. Tak, jestem paryżanką, rozumiem, co pan mówi. Kiedy ktoś nowy dochodzi do klasy czy grupy znajomych, zawsze pyta o mnie szeptem. Skąd przyjechała? Nie jest Cyganką? Dobrze rozumie francuski? Owszem, na tyle, by mentalnie dać ci z liścia.
Miałam ochotę teatralnie wyrzucić na dywan jeszcze połowę zawartości szafy, ale powstrzymała mnie myśl o ponownym składaniu. Zamiast tego wyjęłam czarną bluzkę z wycięciami na ramionach i jeansowe szorty, czyli zestaw, w którym nigdy nie poszłabym do szkoły. Mało tego - nie zaprzeczę, że sprawiło mi to ogromną satysfakcję.
Robię się fajna. 1:0, młodzieży.
Usiadłam przy toaletce, która w gruncie rzeczy pełniła funkcję bardziej ozdobną, aniżeli praktyczną. Otworzyłam szufladę i zaczęłam segregować kosmetyki na te zdatne do użytku oraz żyjące własnym życiem. Tych pierwszych, niestety, zostało zaledwie kilka, byłam zatem zmuszona ograniczyć mój "fajny, przełomowy, buntowniczy" makijaż do pudru, tuszu, i czarnych kresek nakreślonych podejrzanie zręcznie powoli zasychającym sobie w samotności eyelinerem.
Leniwie omiotłam spojrzeniem biurko. Praca na literaturę. Świetnie. „No cóż, skończę cię na – mam nadzieję – jedynie mentalnym kacu”.
Zabrzmiał dzwonek, powodując u mnie przenikliwy dreszcz.
"Czy to cholerstwo nie może być cichsze?"
Z wyjątkowo zirytowanym wyrazem twarzy, obejmującym obowiązkowo spojrzenie zagłady, ruszyłam ku drzwiom. Już w tym momencie wyrzucałam sobie jeszcze nie podjętą wyprawę. Oczywiście, że będzie źle; ale będzie jeszcze gorzej, jeśli zostanę w moim bezpiecznym, znajomym, przytulnym pokoju. Albo pokoju bez perspektyw, jak kto woli.
Wydaje mi się, że doświadczenia złe czy dobre są integralną częścią życia każdego z nas - różnimy się tylko sposobem wyciągania z nich wniosków, analizy, rozumienia. Jeśli ktoś zaniecha rozmyślań, zaniecha także doświadczania - bo co da wyprawa do lasu, jeśli nie spróbujesz go poczuć, odprężyć się, skorzystać z czystego powietrza... Oczywiście nadal możesz zrobić świetne zdjęcia na instagrama oraz zaktualizować facebookowy status, ale czy naprawdę pikselowe doświadczenia to nadal doświadczenia?
Poparta przez własne ja otworzyłam drzwi, mając nadzieję na widok kogoś ze mną niespokrewnionego. Marzenia się spełniają, dlatego przede mną stała tylko Charlotte. A właściwie Charlotte, Super Proste Włosy Charlotte, Bardzo Błyszcząca Sukienka Charlotte oraz Jej Telefon - bo każda z tych rzeczy żyła rytmem własnym, wedle swoich upodobań, nie zważając na właścicielkę, która akurat do rzeczonych szatańskich pomiotów wagę przywiązywała niesłychanie wielką.
-Hej - rzuciłam z szerokim uśmiechem, szczerze chcąc wyglądać przyjaźnie i nie ukazywać dezaprobaty co do wyglądu towarzyszki.
-Adi, świetnie wyglądasz! - oznajmiła, komplementem najwyraźniej zastępując sztampowe "hej". - Chyba nie obrazisz się, jeśli pójdziemy same? Reszta nie dotarła z przyczyn mniej lub bardziej losowych - zachichotała.
Tajemnicze przyczyny losowe nie mogły oczywiście oznaczać nic innego, jak wizyty drugich połówek, czyli facetów przyjeżdżających raz na jakiś czas w bliżej nieokreślonym terminie. Takie rozwiązanie wydawało się być wygodne dla dziewczyn z mojej klasy - hulaj dusza, on nie widzi. Widzą za to pełni politowania obserwatorzy.
-Jasne, że nie. - Mniej wypowiedzi do ogarnięcia zawsze jest dobrym rozwiązaniem. - Idziemy? 
Poczułam się delikatnie przytłoczona wyglądem mojej przyjaciółki – kasztanowe włosy delikatnie mieniły się w promieniach zachodzącego powoli słońca. Sukienka, choć nie w moim guście, robiła wrażenie. Przedstawiała Charlotte jako pewną siebie, otwartą dziewczynę.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ubiór może powiedzieć coś więcej o człowieku. Ciekawie wyglądała jej jasna, wręcz porcelanowa dłoń na moim oliwkowym, lekko jeszcze opalonym ramieniu, gdy pociągnęła mnie na zewnątrz. Przez jej botki na koturnie znów byłam niższa - motywujące.
-Jestem pewna, że ci się spodoba. O tej porze pełno tam studenckich przystojniaków. Może któryś wpadnie tobie w oko? Ja mam nadzieję jakiegoś wyrwać.
O zgrozo, na co ja się porwałam. Jeśli naprawdę cały wieczór mam słuchać takich wynurzeń i oceniać podpitych imprezowiczów w skali od "dno" do "ciacho z włosami na żel", to zdecydowanie wolałabym wrócić do domu. Ratunku.
-Nie wątpię w twoje szanse.
-Adi, nie tak skromnie! Egzotyka ma większe powodzenie – mrugnęła porozumiewawczo. Śmiech wyszedł mi z lekka wymuszony, ale chyba specjalnie się tym nie przejęła. Może w tych kręgach to normalne? - Poza tym, ten klub jest ostatnio bardzo modny. Ponoć można tam spotkać parę sław.
-Nie wyobrażam sobie Yanna Tiersena w klubie.
-Kogo? – zapytała Charlotte zdezorientowana – On komponował muzykę do „Amelii”, prawda?
Odwróciłam głowę i spojrzałam w niebo. "Daj mi cierpliwość i wyrozumiałość."
-Tak, dokładnie - uśmiechnęłam się, zadowolona z faktu, że zna choć jednego kompozytora. Sukces. - Słuchaj, to chyba nie moje klimaty.
-Co ty, prawie jesteśmy na miejscu. Piwo czy dwa i się rozluźnisz, zobaczysz – powiedziała, obejmując mnie serdecznie w pasie. Skinęłam głową na znak przyswojenia wiadomości i wykrzywiłam usta w dziwacznym uśmiechu, mówiącym "zabierzcie mnie stąd".
Z drugiej strony, czy nie wychodzę właśnie po to, żeby oderwać się od mojej rzeczywistości i odetchnąć w tej szablonowej? Co mi szkodzi.
Po chwili na moim przegubie widniał już wymyślny, kolorowy stempelek; jakby gwarancja dobrego humoru. Ciekawe uczucie, nie powiem. Chęć ucieczki wyparowała w dużej mierze - obawiałam się tylko o zachowanie Charlotte po procentach. Wiedziałam, że od drinków stronić nie zamierza, co oczywiście mnie martwiło, jednak jej rodziców - już mniej. Nie dała sobie przetłumaczyć szkodliwości takiego zachowania, zatem mogłam tylko liczyć na łagodny przebieg wieczoru.
Po przekroczeniu progu odniosłam bardzo pozytywne wrażenie. Nie zaczął doskwierać mi deficyt tlenu, słyszałam (w miarę możliwości) swoje myśli, a inni ludzie wyglądali dość normalnie - trzeźwe miny, stroje okrywające prawie połowę ciała, co było i tak dobrym wynikiem. Podwieszone pod sufitem światła zaczęły zataczać kółka dookoła parkietu, zahaczając o bar. Uśmiechy i rozmowy mieszały się w różowym, zielonym, niebieskim i białym blasku, przysłonięte przez skoczny, jak to w klubach, rytm muzyki.
Zajęłyśmy jedną z mini-kanap, głównie przez moje protesty przeciw udawaniu napadu drgawkowego w pionie, ewentualnie tańczeniu, na środku lokalu. Niestety, coś za coś - poskutkowało to przyniesionym do stolika alkoholem. Zajęłyśmy się jednak czymś, co sprawiało mi o wiele mniej trudności - rozmową. Starałam się nie zerkać ukradkiem w stronę intensywniej bawiących się licealistów czy studentów, jednak było to silniejsze ode mnie. Słowa przemykały gdzieś obok, nawet nie próbując dotrzeć bliżej mojej świadomości, z bardzo dobrym skutkiem. Jedynym zwrotem, który byłam w stanie wyłapać, okazało się sławetne zapytanie "Słuchasz?".
-Tak, oczywiście - odpowiedziałam po raz kolejny, streszczając naprędce towarzyszce treść ostatniego wypowiedzianego przez nią zdania. - I, Charlotte, nie starczy ci już piwa?
-Co ty, najwyżej odpuszczę jutro lekcje.
Cóż. Pozostało tylko ponownie odwrócić głowę.

Dziewczyna, lat może dziewiętnaście, może dwadzieścia parę. Blond włosy wyglądające na farbowane, choć ręki uciąć nie dam, pozbijane w fale - zapewne lokówką. Dyskretna, delikatna srebrna bransoletka na ręce i przecząca idei subtelnej kreacji brokatowa sukienka w bordowym kolorze, podobnie jak zresztą jej usta, cały czas lekko rozchylone. Bardzo blada skóra, o dziwo nieskalana samoopalaczem. Tańczyła z chłopakiem, drugim, trzecim, potem śmiała się w kierunku zbiorowiska koleżanek. Widać było, że obcasy znacząco obniżają poziom komfortu jej chodu. Z niepewnością odwróciła głowę, napotykając mój wzrok. W ciemnych oczach obwiedzionych perfekcyjną kreską zobaczyłam radość, ale i zagubienie. Patrzyłyśmy na siebie chwilę, która trwać mogła kilka czy kilkadziesiąt sekund; zastygła lekko zgarbiona, z rękoma wdłuż tułowia i zaciśniętą pięścią. Moment ten przerwał następny adorator, stając za jej plecami oraz wymownie się ocierając. Spojrzała na mnie raz jeszcze, więc uśmiechnęłam się przyjaźnie, czując współczucie z niewiadomego powodu.
Momentalnie dołączyła do koleżanek, perfekcyjnie ignorując nietaktownego jegomościa, po czym usiadła z ulgą na miejscu od ściany, przyciśnięta przez dwie znajome. Zauważyłam, że coś szepcze. I nie był to wesoły szczebiot imprezowiczki.
Chłopak, pewnie trochę od nas starszy. Czarne, krótkie, kręcące się włosy, które przeczesywał co chwila dłonią, stary zegarek wyglądający na rodzinną pamiątkę, szara, lekko już wymięta koszulka i zwężane, choć niedopasowane jeansy. Samotnie siedział przy barze, niewyposażony w kumpli. Patrzył tępo brązowymi oczami w nieokreślony bliżej punkt, chwytając jakby pojedyncze myśli i chcąc je uporządkować. Próbował podjąć dyskusję z barmanem, ale skończyło się to tylko kolejnym piwem na ladzie. Musiałam jednak przyznać, że w dziwny sposób mnie zaintrygował. Nadal przesuwał wzrokiem po przypadkowych przedmiotach, przez moment nawet patrząc prosto w jeden z reflektorów. Gdy tylko odzyskał zdolność widzenia, podniósł lekko rękę, chęcią zamówienia zapewne czegoś mocniejszego. Ale się odwrócił.
Mając cały czas wlepiony w niego wzrok, pokiwałam głową na boki z dezaprobatą - szczerze mówiąc, trochę bezwiednie, bo w normalnych okolicznościach schowałabym twarz nawet za leżącą obok chustą.
-Nie rób tego. To nie rozwiązanie - szepnęłam sama do siebie.
Barman podszedł, jednak chłopak tylko machnął dłonią. Położył ramiona na ladzie i pochylił się do przodu, mimowolnie przeczesując aspirujące do kształtu luźnych loczków czy fal włosy. Wystukiwał palcami rytm, ledwie zauważalnie się kołysząc. Podniósł brwi. Odpłynął gdzieś z myślami, przez co stukał mocniej.
Odruchowo przeniosłam wzrok na barmana. Z wygoloną głową, ale wystylizowaną brodą; poszarzałymi już brwiami, dwoma bruzdami na czole i małą blizną od lewej kości policzkowej do ucha. Siedziałam, o dziwo, na tyle blisko, by to zauważyć. Jasnoniebieskie oczy o beznamiętnym spojrzeniu analizowały twarze gości. Robił mniej więcej to, co ja, tyle że w bardziej nieprzyjemny sposób. Wydawał się niedbały, choć wręcz obsesyjnie poprawiał kołnierz swojej czarnej koszuli. Najbardziej zdziwiła mnie obecna na serdecznym palcu obrączka odbijająca się w kuflach i szklankach. Po chwili odwzajemnił mój lekki uśmiech.
Nie chciałam moralizować ludzi, tym bardziej w klubie. Ale co mam zrobić, kiedy za każdą twarzą kryje się coś więcej?

Tymczasem Charlotte wróciła do stolika z drugim już sporych rozmiarów kuflem szlachetnego trunku, zdradzając rozbieganym wzrokiem brak rosyjskich korzeni. Zaczęła coraz śmielej komentować otoczenie, przechodząc płynnie do tematu liceum, edukacji jako takiej, a nawet ustroju politycznego, czyniąc przy okazji uwagi co do wyglądu obecnego prezydenta. Kiedy po męczącej nad wyraz drodze dotarła do tematu pod tytułem "studniówka", doznała - jak jej się przynajmniej zdawało - olśnienia. Po mimice wyczułam, że zaraz powali mnie jakimś genialnym pytaniem. 
-Adi, czemu ty nie masz chłopaka? Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek jakiś samiec pojawił się w twoim życiu. - Wzięła kolejny łyk, a konstrukcja zdań stawała się coraz prostsza. - Nie nudno ci tak? Jakieś nutki, literki, i to w czasie wolnym... Marnujesz się!
-To właśnie mój mały świat, ale rozumiem, że twój wygląda całkiem inaczej.
-Maaały świat, ha, a myślałam, że jesteś mądrzejsza. Wiesz ty, ile Ziemia ma kilomeeetrów w obwodzie?
-Tak, wiem. Dobrze się czujesz? - zapytałam, bo przeszła ze stanu "zachowuję się świadomie" do "czemu masz cztery klony". Ile drinków przegapiłam?
-Jasne, oczywiiiiście! Napij się lepiej, bo trochę za poważnie gadasz - szturchnęła mnie niezdarnie i podsunęła kufel z piwem. - Nie siedź taka spięta znooooowu, masz się baaawić, gul gulać na co cię stać i wypatryyywać przyszłego męęężaaaa! - I patrząc ostatkami zdrowego rozumu na moją zdystansowaną minę, dodała – No, dawaj, kujonku.
Przez ostatnie słowo wzięłam kufel do ręki i upiłam spory łyk. Z niesmakiem odsunęłam naczynie na bok, sugerując niemo Charlotte, że i jej raczej wystarczy. Naprawdę nie rozumiem globalnego fenomenu piwa, bo według mnie nie grzeszy ono specjalnymi walorami smakowymi, a przy tym odbiera zdolność trzeźwego myślenia. Oczywiście zdecydowana większość facetów ma zdanie odmienne od mojego, ale to kwestia gustu. Ważne tylko, żeby nie upić się w miejscu publicznym. Miałam nadzieję, że dla mojej towarzyszki nie jest za późno.
Z głośników wybrzmiał jakiś tani disco kicz, chyba nawet z tekstem po angielsku. Język w każdym razie obco brzmiący, rytm zaś - ten z pochodnych "Dragostea din tei". Co ciekawe, niczym na pstryknięcie palca, większość osób poderwała się do tańca. Nie do końca przemyślanie wyrzuciłam ręce do góry w geście dezaprobaty.
-Jak można przy czymś takim tańczyć? – Miałam szczerą nadzieję, że brzmiało to jak typowe pytanie retoryczne.
W odpowiedzi jednak Charlotte przyłączyła się do pozostałych tancerzy na parkiecie, bełkocząc coś pod nosem i racząc otoczenie beztroskim, półświadomym śmiechem. Mnie przypadło obserwowanie średnio kontrolowanych pląsów starszej młodzieży i "młodych dorosłych" z politowaniem.
-Bylebyś się nie przewróciła - mruknęłam, postukując paznokciami o kufel i słysząc dźwięk pierwszego złamanego obcasa.
Mamy ofiarę. Wieczór się zaczyna.
-Muzyka dla wytrawnych melomanów - zaśmiał się męski głos, dochodzący zza mojego ramienia. No to pięknie.
"Spokojnie, nie masz butów na obcasie, w razie czego uciekniesz. Z jakiegoś powodu katują cię w liceum tym, jak widać, potrzebnym sprintem."
-Hej – powiedział nikt inny, jak Pan Loczek. Mogłam zauważyć teraz lekki zarost i małe ślady po noszeniu okularów. Wydawał się jednak w porządku. Widząc moją trochę wystraszoną minę, dodał – Mogę się dosiąść?
-Jasne – odpowiedziałam, jednym słowem przecząc wszelkim swoim wartościom i dotychczasowemu zachowaniu. Miałam jednak dziwne wrażenie, że bać się nie muszę.
Szczerze mówiąc, najchętniej po prostu przybiłabym mu piątkę.
-Pascal.
-Adila. Miło poznać.
-Widzę, że nie tylko ja powątpiewam w gust muzyczny właściciela tego klubu.
Uśmiechnęłam się, cały czas mając jednak w pamięci jego nieobecną minę i zatroskany wzrok.
-Ja zaczynam wątpić w samą jego ideę - spojrzałam wymownie w stronę baru, co najwidoczniej zauważył.
-Niedaleko jest trochę bardziej cywilizowane miejsce, możemy iść, jeśli chcesz - zaproponował, wywołując na mojej twarzy niemałe zmieszanie. 
-Jeśli uda ci się tym zmienić moją opinię, to nie mam nic przeciwko - odpowiedziałam, myśląc zupełnie co innego.
Wstałam i razem z nim skierowałam się do wyjścia, zostawiając w lokalu osłupiałą Charlotte. Przez chwilę naprawdę myślałam, że za mną pobiegnie. Minę miała mocno nietęgą, a nogi powoli chyba odmawiały jej posłuszeństwa. Przebiegło mi przez myśl, żeby jednak zostać, ale do mojej prawie byłej już kompanki podszedł inny osobnik płci przeciwnej, co zauważalnie jej schlebiało, zatem wyszłam za drzwi z czystym sumieniem.
Przez chwilę szliśmy w milczeniu.
Nie przeszkadzało mi to zbytnio, ponieważ panująca cisza pochodziła z rodziny tych przyjemnych. Paryski krajobraz, oświetlany teraz tylko przez mleczne światło księżyca, doskonale rekompensował mi niedobór słów - bo na brak dźwięków narzekać było nie sposób.
Koty przemykały pod kamienicami, cierpliwie wypatrując myszy i otwartych drzwi, coby wślizgnąć się gdzieś w celu przeczekania nocy. Z niektórych mieszkań przez uchylone okna ulatywał jeszcze szum ożywionych dyskusji przeplatanych ze spokojniejszą muzyką. Mijaliśmy liczne drzewa, których liście kołysał delikatny wiatr. Był on bardzo przyjemnym dodatkiem, szczególnie po uwolnieniu się z dusznego, zatłoczonego klubowego przybytku.
Rozpoznałam na naszej trasie oryginalnie zdobione wejście teatru "Le Bout", który faktycznie był końcem* - ale nawiedzających ludzi problemów codzienności. Przemawiają do mnie aktorzy, przytulny, osobliwy klimat oraz te niby kameralne parę rzędów ław, obitych jednak czerwoną tapicerką, tworząc ekstrawagancki element wystroju. Mijając drzwi ze złotym napisem zawsze mam wrażenie, że nawołują do przyjścia na spektakl. I najczęściej się mu poddaję.
Przeszliśmy spory kawałek, bo na chodnik, poza lampami ulicznymi, światło zaczął rzucać najbardziej charakterystyczny neon w Paryżu, dumnie głoszący "Moulin Rouge". Kankan nie był z kolei moim ulubionym tańcem, jednak w tym kabarecie nadal cieszy się niemalejącą popularnością. Gdzieś obok kręcili się jeszcze hiszpańscy turyści, robiący nieudolnie zdjęcia z fleszem oraz żywo dyskutujący na jakiś temat. Plan miasta w dłoni, wygodne buty, solidny plecak oraz aparat na szyi - tak możnaby ich pokrótce opisać. Mieszanina ich głosów była jedynym głośnym dźwiękiem w naszym otoczeniu.
Wymienialiśmy z Pascalem zdawkowe wypowiedzi, dzięki czemu oboje mogliśmy jeszcze spacerować sam na sam ze swoimi myślami, ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju.
-Co tam robiłeś?
-Słucham? - bardziej zaśmiał się, niż spytał.
-Co cię sprowadziło do tego klubu, bo na pewno nie chęć świetnej zabawy w środowy wieczór.
-A nie jest świetna? - zapytał, wywołując mój uśmiech. - Może ty mi powiesz, co według ciebie tam robiłem? Moja wersja będzie pewnie zdecydowanie mniej ciekawa.
Pomimo podtrzymania zadowolonego wyglądu, zdziwił się dość mocno, wręcz spłoszył. Oczywiście, że wiem, po co faceci chodzą do klubów, ale nie wyglądają wtedy jak on. W tych gestach krył się jakiś problem, widmo; coś, co można jedynie "utopić". Obcy przecież zwykle mnie nie martwią, a teraz doświadczyłam tego uczucia bardzo silnie.
"Uważaj dziewczyno, bo jeszcze ci powie prawdę." - zadrwiło coś w środku.
-Szukałeś czegoś - odpowiedziałam w końcu, wybierając najbezpieczniejszą opcję, która nie była typowo jednoznaczna.
Spojrzałam mu w oczy, choć za tym nie przepadam, czekając na reakcję. Miał powiększone źrenice i starał się patrzeć bardziej za mnie, niż na mnie. Zwolnił kroku i nieświadomie włożył ręce w kieszenie. Moim celem nie było mieszać się nieproszenie w cudze sprawy, dlatego szturchnęłam go delikatnie.
Gest spełnił swoje zadanie, bo chłopak się ocknął i powrócił do rzeczywistości, wyraźnie zmieszany swym chwilowym stanem. Cóż, zdarza się każdemu.
-Hej, uśmiechnij się! - powiedziałam.
Zaśmiał się pod nosem.
-Tak, tak, uśmiech. Tego mi brakowało.
Gwałtownie skręcił w inną ulicę; wydawało mi się, że spontanicznie. Pomimo czerwonej diody mrugającej ostrzegawczo w moim umyśle, szłam dalej.
-Wyglądasz na taką, która często się uśmiecha - stwierdził spokojnym tonem.
-Jasne - odpowiedziałam, unosząc brwi - Bardzo często.
-A nie?
-Wszyscy zawsze mi mówili, że uśmiech to najprostszy lek na wszystko, ale ja chyba nie jestem lekomanką.
-A szkoda. Masz bardzo ładny uśmiech.
"Gdyby nie podkład, rumieńce też bym miała ładne."
-Dziękuję - odpowiedziałam, śmiejąc się nerwowo.
-Noc też mamy dzisiaj ładną. Bez chmur - stwierdził, zadzierając lekko głowę. Widać było, że nieraz już obserwował niebo.
-Dla mnie noc jest o wiele bardziej inspirująca od dnia. Poza tym, według niektórych, przeznaczenie mamy w gwiazdach, a nie na Słońcu i chmurach.
-Inspiruje cię noc? - spojrzał na mnie szczerze zdziwiony.
-A co, nie wyglądam?
-Nie, po prostu przyzwyczaiłem się do postrzegania nocy w inny sposób przez osoby, które znam - popatrzył z dezaprobatą w nieokreślonym kierunku - Nocy, muzyki, kreatywności...
-Czyli co, celem dzisiejszej wizyty przy barze było rozbudzenie kreatywności? - zapytałam ironicznie, wyczuwając pseudoartystyczną gadkę.
-W twoich domysłach jest więcej racji, niż przypuszczasz. Ale nie rób ze mnie pozbawionego wrażliwości alkoholika.
W głosie miał nutkę goryczy. Ani przez chwilę nie pomyślałam o nim jako o kimś bez uczuć czy twórczego myślenia, jednak tak to odebrał. Z jego wypowiedzi wynikało, że pomimo umiejętności rozważnego picia i przyjaznego, jak mi się zdawało, charakteru, ma znajomych, których większość na jakiejś płaszczyźnie godzi w wartości dla niego ważne.
Robisz się coraz bardziej ciekawy. A noc subtelnie ciemnieje.
-Przepraszam, nie robię. Chyba sam wiesz najlepiej, że niektórzy o głębszych odczuciach nie mają pojęcia.
-Tobie też to przeszkadza - westchnął, kiwając głową ze zrozumieniem.
-W dłuższych relacjach na pewno przeszkadza, bo nie potrafię z takimi ludźmi rozmawiać. Jedno zdanie za daleko i patrzą jak na imigranta z Saint-Denis. Nie żebym coś do nich miała, ale chyba sam znasz ich opinię w oczach innych. W każdym razie, wymień delikwentowi jednego kompozytora jako muzyka, którego słuchasz i łaskawie wytłumacz, że to wcale nie debiutująca gwiazda pop, o której niedługo będzie głośno. Wspomnij, że każdy utwór powinien być czymś w rodzaju osobistych notatek wokalisty, kompozytora, producenta... a tymczasem większość ma tekst o kacu czy wcześniej, ostrej imprezie, ścieżka natomiast brzmi jak nieudolny remiks rozkręcacza wesel na odległych, południowych prowincjach. Ale to przecież słuchacze tworzą rynek, zapotrzebowanie; jeśli przy danej piosence niemożliwym jest chlać nalewkę na czas, bo rodzice mieli w barku, to już jest chłamem. Za wolna - źle. Zbyt trudny tekst - źle. Deficyt gołych tyłków w teledysku - być nie może! I spróbuj takiemu, po medialnym praniu mózgu, powiedzieć: "Ten klucz ptaków jest niezwykły. Na tle obecnego nieba wygląda melancholijnie, ale jednocześnie tchnie nadzieją. Dobrze byłoby czasem ulecieć". Dla nich ulatuje tylko gaz z coca-coli.
Starał się maskować zdziwienie, ale patrząc na jego widocznie wytrzeszczone oczy, słabo mu wyszło. Co dziwne jednak, nie zbulwersował się, nie przerwał, a jedynie miarowo potakiwał.
-Mam do ciebie zasadnicze pytanie. Co  t y  robiłaś w tym klubie?
-Ty też mógłbyś mi dokładniej wyjaśnić.
Tym razem ja zostałam szturchnięta. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
-Jak mam ci wyjaśnić, skoro nie wiem? Szukałem, zgadza się, punkt. Ale czego? Myślałem, że wieczór będzie prostszy, ale chyba zacząłem proces zmiany wartości. Jeśli znajdę, to na pewno powiem ci, co było przedmiotem poszukiwań.
-Cieszę się.
"Że nie zaproponowałeś mi zostania panienką na jedną noc."
-Ale hej, to ty miałaś mi odpowiedzieć, bo mnie zaintrygowałaś.
-Mam nadzieję, że chociaż w pozytywnym sensie - zaczęłam, przywołując wszystkie sceny nieporozumień ze znajomymi, szydercze uśmieszki po kątach, kąśliwe uwagi.
"Ale karma, kochani, karma. Nic tu nie ginie; a wszystko wraca."
-Przyszłam, bo chciałam być w końcu tą normalną, przeciętną, może nawet aspirującą do tytułu fajnej.
-Po co starać się o reputację nieodpowiednich osób, skoro na pewno jest pełno tych, którzy docenią cię taką, jaka jesteś?
-Po to, by na codzień nie zwariować - zaśmiałam się. - Książka, słuchawki, laptop z edytorem tekstu czy zwykła kartka są okej, ale czasem wolałabym popisać z kimś, a nie o kimś.
-Piszesz?
-Przyzwyczaiłam się na zajęciach. Czasem sudoku i kolorowanie kratek się nudzą - uśmiechnęłam się.
Swoją drogą, musi to bardzo ciekawie wyglądać. Nauczyciel tłumaczy "z zaangażowaniem" bardzo przydatny w życiu temat, czyli taki, którego nawet na maturze nie będzie, wszyscy niezależnie od zajmowanego miejsca wlepiają wzrok w ekraniki o kosmicznie wysokiej rozdzielczości, a ja bawię się, dedukując gdzie mogę wstawić konkretną cyferkę. Gdybym miała z kim, to też bym poesemesowała, ale że partnera do takiej korespondencji mi brak, muszę zadowolić się światem logiki.
Który jest prosty i przejrzysty, dopóki ktoś na rzeczonych cyferkach nie każe mi liczyć.
-To czemu się nie chwalisz? Żyjemy w czasach, kiedy wartościowe spędzanie czasu jest najmniej oczywistym atutem.
-Więc co jest tym "najmniej oczywistym atutem" w twoim przypadku?
-Kiedy mam wolną chwilę, lubię grać. Na konsoli albo na fortepianie, zależy od dnia - zaśmiał się.
-Lubię dźwięk fortepianu - powiedziałam bezwiednie, przypominając sobie jeszcze czasy podstawówki.
Była to lekcja muzyki, jedna z pierwszych. Nie pamiętam, ile miałam lat - osiem, dziewięć? Nauczyciela wyznaczono nam dosyć późno, stąd lekcje prowadzone od drugiej czy trzeciej klasy. Wszyscy siedzieli spokojnie, cicho, ledwie palcami u stóp dotykając podłogi i ciesząc twarzyczki do opiekuna podczas danej godziny. Salę wypełniało dwadzieścia parę głów, a na nich kitki, warkoczyki, kręciołki czy krótkie fryzurki. Chłopcy, dziewczęta, sukienki, sweterki, koszule, lakierowane buciki. Idealna paryska szkoła.
Mężczyzna się przedstawił. Zapamiętałam go jako osobę wysoką, szczupłą, o ciepłym głosie. Czy naprawdę był wysoki ocenić nie mogę, głównie z racji mojego tamtejszego wzrostu. Lada w aptece była dla mnie wysoka, a co dopiero dorosły człowiek powyżej metra siedemdziesięciu. Wydawał się młody, ale jego charakterystycznym atrybutem była przydługa marynarka i stary zegarek kieszonkowy, który wyjmował przynajmniej trzy razy w ciągu lekcji - czasem wyłącznie po to, by mu się przyjrzeć. Kiedy go irytowaliśmy, bawił się tą, jak mniemam, pamiątką. Dzięki temu w ciągu roku została upiększona wyraźnymi przetarciami.
Blondyn? Tak, chyba blondyn, jak połowa łebków obecnych w klasie. Ciągle chodził niespokojny, ale w ten charakterystyczny, twórczy sposób. Miał zapał, którego nijak nie szło go pozbawić. Nawet nasza gromadka temu nie podołała. Co jakiś czas notował parę słów, uśmiechał się ukradkiem, opowiadał liczne ciekawostki, rozdawał teksty piosenek, które nazywał "swoimi", po czym wyjaśniał, jaką rolę odegrały w jego życiu. Był jednym z moich pierwszych autorytetów, wywarł na mnie swoją postawą ogromne wrażenie.
Na pewno grał "Für Elise" Beethovena. Wszyscy wlepiliśmy w niego pełne podziwu spojrzenia, bo wyjątkowa ekspresja była nieodłączną cechą jego gry. Ale jedna piosenka do dziś wędruje po mojej głowie, cicho dźwięcząc i przywołując uśmiech.

Skowronku, miły skowronku,
Skowronku, oskubię cię.
Oskubię ci główkę,
I główkę, i główkę,
Skowronku, skowronku...

Niektórzy w tych parunastu znajdą okrucieństwo; oburzą się, bo jak to, od najmłodszych lat uczyć dzieci przemocy. Inni zaś zobaczą drugie dno, pokazanie dwulicowości i niesprawiedliwości świata. Kolejni zrozumieją, że piosenka uczy części ciała ptaka (dzióbek, ogonek) oraz służy jedynie zabawie podczas śpiewania oraz pokazywania.
Ja znajduję uśmiech i dzieciństwo.
Ale dzieciaki z mojej klasy od razu pokazały mi, że moje przemyślenia nie są oczywiste. Ani piękna gra, ani ekspresja, ani nawet zegarek, z którego większość nie zdawała sobie sprawy. Prawda jest taka, że od początku każdy widzi to, co chce zobaczyć. Co jest wygodne i właściwe. A słowo "właściwe" ma zdecydowanie zbyt wiele szerokich definicji.
-Mnie taka muzyka jest niepotrzebna. Tata obiecał, że pójdę kiedyś do najlepszej szkoły bankowej, żeby mieć tęgą głowę i dużo pieniędzy - powiedział kiedyś jeden z moich kolegów na przerwie.
-A co ze szczęściem? - zapytałam, bo dla mnie wszelkie melodie czy dźwięki były jego synonimami.
-Szczęściem? Mam nadzieję, że sobie kupię.
Inni zaczęli składać mu zamówienia.

Potrząsnęłam lekko głową, żeby powrócić do rzeczywistości.
-Przepraszam, co mówiłeś?
-Że miło mi to słyszeć. Instrumenty są genialną sprawą i pomimo całego mojego oddania syntezatorom, nic nie może przebić brzmienia dobrze nastrojonego fortepianu, gitary, skrzypiec czy innych.
-Co właściwie robisz na co dzień, że możesz sobie pozwolić na taki spacer w środku tygodnia? - zapytałam, jednocześnie starając się określić miejsce aktualnego pobytu. Oceniając położenie wiadomej wieży na w miarę bliskie, byłam spokojniejsza.
-Jestem DJem, a właściwie to producentem muzycznym - powiedział bez przekonania.
-Oryginalnie. Trudna praca, prawda?
-Oczywiście, że trudna. Trudna i niedoceniana na dodatek. Czemu jesteś taka zdziwiona? Co, nie wyglądam? - zaśmiał się.
-Wygląd wyglądem, ale sprawiasz wrażenie osoby związanej z muzyką.
-Czemu? - wyraźnie się zaciekawił.
-Kiedy siedziałeś zamyślony przy barze, postukiwałeś w blat palcami, za każdym razem idealnie dopasowując się do rytmu granego utworu.
-Tak dokładnie mnie obserwowałaś? - uniósł brwi.
-Kamery monitoringu robią to zdecydowanie częściej, a im nie masz tego za złe - powiedziałam zawstydzona. Chyba zbytnio przyzwyczaiłam się do roli obserwatora.
Objął mnie.
-Dlaczego zostałeś akurat producentem muzycznym?
-Bo czuję, że muzyka jest jedyną rzeczą, którą w pełni rozumiem i która się ode mnie nie odwróci. Mogę wyrazić wszystko siadając do fortepianu, a nie mówiąc nic. O ile piwo ze znajomymi jest sprawą przyjemną, jednak przyziemną, o tyle gra coś ze mną robi. Coś wyższego. I to... to chyba zdrowsze, prawda?
Skinęłam głową.
-Nie jestem idealny, nawet nie śmiałbym tak pomyśleć, ale...
-Nikt nie jest idealny - rzuciłam, uśmiechając się szeroko. Wkraczamy na banalne frazesy. Słodko.
Cały czas czułam na sobie jego wzrok. Patrzył przenikliwie, badawczo. Pomimo całej zewnętrznej pewności siebie dało się wyczuć, że wcześniej wieczory Pascala wyglądały trochę inaczej. Przysiedliśmy w końcu na charakterystycznych krzesełkach w Jardin des Tuileries, jako że dalsza wędrówka przez rzędy kamieniczek i horredalnie drogich sklepów przestała mieć sens, jeśli zważać na porę. Musiała być dość późna, bo w promieniu dwustu metrów byliśmy jedynymi spacerowiczami. Dalej nie sięgałam wzrokiem.
Mój towarzysz przeczesał moje włosy dłonią, zaczynając tym samym się nimi bawić.
-Jak myślisz, martwią się już o ciebie? - zapytał, próbując z marnym skutkiem rozprostować palcami poszczególne loczki. Sprężynki, jak to mają w zwyczaju, wracały do poprzedniego stanu. Dobrze, że nie formowały się bezpośrednio od nasady. Dzięki temu mogłam nosić grzywkę. Również podkręconą na bok, ale jednak.
-Pewnie tak. Myślę, że babcia najbardziej.
-Babcia? Mieszka z wami?
-Wiesz, według Indusów rodzina powinna być zawsze razem, więc naturalne dla nas było, że zamieszka z nami.
-Masz korzenie w Indiach?
-Proszę cię, żeby tylko. Moja rodzina jest dość zagubiona w swojej wielokulturowości i sama już nie wiem, jakie święta obchodzimy, kiedy się zjeżdżają. Do tego gotowanie: ci nie jedzą wołowiny, ci wieprzowiny, kolejni muszą koniecznie mieć rybę, a innym to najlepiej podać po prostu kiełki, przynajmniej uznają, że w zgodzie z naturą.
-Też ponoć mam korzenie gdzieś w południowej Azji, ale nie jestem pewien. Nigdy nie przywiązywaliśmy do tego wagi, tak samo jak do wszelkich świąt. Ciesz się, że masz coś wyjątkowego - stwierdził, nawijając sobie kolejne pasma moich włosów na palce. - Ale kucharzem na takim zjeździe nie chciałbym być, przyznaję. Naprawdę wierzycie w reinkarnację i takie tam?
-Pytasz z ciekawości czy dla zasady? - Przypomniałam sobie o upchniętym na dnie szafy granatowo-fioletowym sari. Byłoby chyba lepszym symbolem niż święte krowy, które nie są święte i reszta błędnych przekonań.
-Z ciekawości, bo nigdy nie miałem naprawdę do czynienia z kimś o rozwiniętej wierze.
-Każdy wierzy w co lubi - zaśmiałam się, ale taka była prawda. Żaden z członków mojej familii zapytany o poglądy wszelakie nie odpowiedziałby nawet w podobnym nurcie. - A w szczęście chociaż wierzysz?
-Czasem wypada wierzyć. A ty?
-Istnieje, póki masz odwagę tak twierdzić, więc odpowiedź jest oczywista. Ale czemu stwierdziłeś, że moja wiara jest rozwinięta?
-Po oczach - stwierdził szybko, jakby wahając się nad odpowiedzią.
-Co z nimi nie tak? - zaśmiałam się, ale widziałam, że odpowie mi zupełnie poważnie.
-Tak głęboko odbija ci się w nich Księżyc.
-To miał być komplement?
-Jeśli powiem, że polubiłem je jak dźwięki fortepianu, to będziesz w stanie odpowiedzieć sobie sama?
Pokiwałam twierdząco. Patrząc na gwiazdy, przypomniałam sobie o jednej bardzo ważnej rzeczy.
-Nie wiesz przypadkiem, która jest godzina? - Musiał wiedzieć, bo przecież cały czas miał zegarek na ręce, ale wypadało grzecznie zapytać.
Podniósł lekko brwi, wyraźnie zdziwiony, spojrzał na mnie, po czym stwierdził:
-Zdecydowanie zbyt późna, żebyś sama wracała do domu, bo zgaduję, że wybitnie blisko nie masz. Mogę cię podwieźć - zaproponował i nie czekając na decyzję, pociągnął mnie za rękę. - Chodź.
Szliśmy chwilę do jego auta, ale na pewno zajęło to mniej, niż ewentualny spacer pod mój dom. Zaczynałam czuć się wyraźnie senna, co spotęgował utwór Mecano wybrzmiewający nostalgicznie z radia. Rzuciłam okiem na wyświetlacz - ścieżka z płyty. No nieźle.
-Słuchasz Mecano?
-Moja mama słucha. W razie czego wożę ze sobą tę płytę - powiedział po chwili zawahania.
-Nieczęsto ją widujesz, prawda?
Pokiwał tylko na potwierdzenie głową, nie chcąc zagłębiać się w temat. Zaczynałam rozumieć, dlaczego uderzyło mnie współczucie.
Zostałam chwilowo nawigacją i pokierowałam go pod właściwy adres, o dziwo nie myląc ulic, co dość często mi się zdarza. Nie zostałam zaszczycona dobrą orientacją w terenie, a szkoda. Otworzył mi drzwi i pomógł wysiąść, widząc najwyraźniej, że balansuję na granicy snu i jawy.
-Dzięki za spacer i podwiezienie - powiedziałam, mrugając rozpaczliwie. Pocieszałam się w myślach, że nigdy nie zdołałam jeszcze zasnąć na stojąco.
-To ja dziękuję. Chyba wiem, czego szukałem.
-Czego?
-Wiary. Wiary w szczęście. No i uśmiechu, oczywiście - dodał, ostatni raz przeczesując moje włosy.
-A ja jak mam ciebie znaleźć? - zapytałam półprzytomnie.
-Spróbuj pod kontaktem o nazwie "Pascal" - zaproponowal, pogłaskał mnie po policzku i skierował kroki do auta. - Tylko się nie przewróć - zaśmiał się, przypominając o mojej uwadze ku tańczącej Charlotte.
Ciekawe, jak się miewa. Cóż, zobaczymy jutro, o ile raczy zjawić się na lekcjach. Najchętniej sama bym nie poszła.
Maszerowałam krętym szlakiem w stronę domu. Miałam nadzieję na ciche otwarcie drzwi – nic z tego. Jak widać, wszystkiego mieć nie można. Pragnienie pobudzającej kawy przywiodło mnie do kuchni, ale jakże było ono zgubne. Przez mój absolutny brak koncentracji oraz zachwianą równowagę wpadłam na tatę, którego - kto by się spodziewał - nie zauważyłam wcześniej. Jego mina była niezbyt zadowolona, ale reszta szczegółów mi umknęła. Przy okazji stanął tak, by zasłonić ekspres. Sprytny. Konfrontacja najwidoczniej jest konieczna.
-O której to wraca się do domu, moja panno? – głos miał wrogi i surowy. 
-Jak widać, nie o… - tu zaczęłam szukać spojrzeniem najbliższego zegarka. Po przyswojeniu godziny, nogi się pode mną ugięły. - Na pewno nie o trzeciej.
-Gdzie byłaś i z kim?! Nawet nie wiesz, jak matka się martwiła. Co ty sobie wyobrażasz?!
-Byłam z Charlotte – powiedziałam, patrząc mu w oczy. Teraz jednak spuściłam wzrok, studiując wnikliwie wzór kafelek. - W klubie, ale chyba sam wiesz, że nie pasuję do takich miejsc, wyszłam na spacer. - Na czole wyszły mu żyły, jednak zaraz złagodniał. Żadnych hoteli ani domów publicznych. Zdałam test.
-Sama, tak po prostu, postanowiłaś iść na spacerek? – zapytał drwiąco. Uznałam to za jedno z jego pytań retorycznych i przepchnęłam się, by wreszcie zrealizować cel mojej wizyty w kuchni.
Kawa pomogła mi na tyle, by doczołgać się do biurka i, wspomagana rażącym światłem lampki, nie zasnąć, ale trzeźwości umysłu brakowało mi nadal. Nieświadomie przestawiałam w słowach kolejność liter, uświadamiając sobie to po którymś z kolei przeczytaniu. Zrozumiałam, dlaczego takich prac nie należy pisać dzień przed. Powiedzmy, że najdobitniej zademonstrowała mi to moja twarz spadająca na biurko z powodu braku sił.
Dzięki ci, nocy inspirująca. Nie pomagasz.

Rankiem obudziło mnie wyjątkowo ostre światło w kolorze soczystej pomarańczy, które akurat tego dnia musiało wedrzeć się przez okno tak agresywnie. Naprawdę nie chciałam wyplątywać się spod ciepłej kołdry, ale do pokoju weszła mama, wymownie pokazująca na budzik. Byłam ciekawa, czy nadal jest zła.
Budzik był, bo pomimo zawodzeń i żarliwych modlitw, cały czas pokazywał siódmą. Powinnam wstać pół godziny temu, ale w obecnym stanie żadne ramy czasowe mnie nie obowiązywały. Gdy tylko mrugałam, już były dwie minuty później. Zastanawiałam się, czy opatentować to przyspieszenie rzeczywistości, ale dotarło do mnie, że od rana mamy właśnie literaturę.
Ja nie oddam mojej pracy? J a ?
Pomimo niepełnej jeszcze świadomości, zdecydowałam się na milowy krok, jakim było wstanie z łóżka. Zgarnęłam książki do plecaka, a z szafy wyjęłam pierwsze lepsze ubrania - choć starałam się, by były jak najwygodniejsze, w moich rękach, oprócz spodni, znalazła się koszula. Wiedziałam, że czeka mnie jeszcze gruntowne oczyszczenie twarzy, nędzna próba zamaskowania sińców pod oczami oraz towarzyszące lamenty babci, która proponować mi będzie coraz to lepsze zabiegi, takie naturalne i skuteczne. Naturalnie chciałabym tylko czas.
Przed wycieczką do łazienki stanęłam naprzeciw lustra. Widząc rozmazaną kreskę na lewym oku, uśmiechnęłam się i powiedziałam tylko:
-Lubię dźwięk fortepianu.
A Słońce zaświeciło mocniej.


____
*le bout - z fr. "koniec"