Zaczęłam się rozglądać. Szczury wychodziły na żer ze studzienek. Ciepłe światło ulicznych lamp tworzyło na chodniku żółtopomarańczowe koła. Zachichotałam do siebie. Co ja właściwie robię? Oszalałam? Chodzę nocą po Paryżu. Uciekłam z domu? Taka ze mnie buntowniczka?
Czułam, że wreszcie wydarłam się chorym zasadom. Moja dusza była wolna. Tanecznym krokiem zmierzałam w stronę Parc des Buttes-Chaumont, miejsca, które kojarzyło mi się z beztroskim dzieciństwem. Lekko szumiał wiatr. Liście kołysały się pod jego wodzą. Brakowało mi tylko śpiewu ptaków, jednak zważając na godzinę, był on mało prawdopodobny.
Dlaczego się zatem śmiałam? Posyłałam gwiazdom teatralne uśmiechy? Miałam ochotę wszystko wyśpiewać? Zostawiłam w domu czyste zło. Nie czułam się ani trochę w tej chwili odpowiedzialna czy winna. To inni kierują swoim życiem. Ja niewiele mogę. Chciałam zająć się swoimi sprawami, bo wielu nigdy do końca nie uporządkowałam.
Przemierzałam spacerową alejkę idąc pod drzewami. Chciałam umknąć wszechwiedzącemu księżycowi. Noc jest piękna. Inspirująca. Cały ruch zamiera. Dokoła nie było widać żywej duszy. Samotnie przecinałam powietrze. Za parę godzin wstanie dzień. A ja, zamiast w pokoju, spędzam te magiczne godziny pośród wytyczonych ścieżek. Stanęłam pośrodku i wzięłam głęboki wdech. Niezrozumiałe poczucie bezpieczeństwa. Otulał mnie zapach deszczu. Nie było jednak kałuż, co uznałam za dobry omen.
Weszłam na most. Często tu biegałam jako dziecko. Nie bałam się wysokości. Usiadłam i przełożyłam nogi pomiędzy pręty. Miałam wrażenie, że wiszę nad ziemią. Uniosłam głowę.
Gwiazdy świeciły bajecznie. Cała ta scena przypominała bardziej film. Zaczęłam wspominać wczesne lata mojego życia.
"Widzisz, ludzie z tej perspektywy wydają się maleńcy. W każdym z nich drzemie wielkie serce. Niektórzy czują się tacy mali, jakimi ich teraz oglądasz. Takim osobom pomagaj, Adilo. Zawsze."
Pamiętałam te słowa doskonale. Salem ze mną często tu przesiadywał. Jest bardzo mądry. Wcześniej nie rozumiałam tak dobrze sensu tej wypowiedzi. Teraz sama znalazłam się w opisanej sytuacji. Rozdarta pomiędzy emocjami, niepotrzebna, beznadziejna. A jednak miałam na twarzy uśmiech. Czasy dzieciństwa nie wrócą. To smutne, ale boleśnie prawdziwe.
Tata zaś zabierał mnie do groty, która znajdowała się pode mną. Wodospad wewnątrz niej szumiał zawsze beztrosko. Często ochlapywałam ojca wodą. Śmiał się wtedy, choć udawał złego. Było to zabawne, bo zdolności teatralne nie należały do jego atutów. Tłumaczył mi zawzięcie budowę skał, gatunki mijanych roślin... A teraz pobił mamę.
Kiedyś spotkałam w tym parku dziewczynkę z ogromnym siniakiem. Powiedziała, że kupiła sobie czekoladę, a jej tata pobił ją za tak bezmyślne wydanie pieniędzy. Miałam sześć lat, nie więcej. Zabrałam ją do domu i dałam swoje słodycze. Oddałam sukienkę. Mama posmarowała dziewczynce siniaka. Ponoć potem rozmawiała z jej rodzicami. Wyryłyśmy wtedy w kamieniu "M+A". Wiem, postąpiłyśmy głupio. Przyjaźniłyśmy się dłuższy czas z Marie. Miejscem naszych spotkań był ten park. Wstałam i poszłam w kierunku kamiennej kopuły.
Łzy poleciały mi z oczu, gdy przejechałam dłonią po wydłubanym napisie. Nie miałam pojęcia, co dzieje się teraz z moją przyjaciółką. Coś rozdzieliło nasze drogi lata temu. Brakowało mi jej. Tęsknota. Destrukcyjne uczucie.
"Jesteś wspaniała, Marie. Pamiętaj o tym
Nikt cię nie złamie. Trzeba być silniejszym od świata, bo inaczej zostaniesz zgnieciona przez problemy. Ale uśmiechaj się. Do życia."
Teraz sama potrzebowałam od kogoś takich słów. Spojrzałam na swoje skórzane buty - były przybrudzone i zakurzone. Wzruszyłam ramionami. To niewielka cena za chwilę spokoju. Drzewa zaszumiały w znanym mi rytmie. Lubiłam słuchać natury. To akurat jako dziewczynki czyniłyśmy z Naminą. Nauczyła mnie słuchać - nie tyle wiatru czy deszczu, co ludzi. Dzieci. Potrzebujących, małych, nie słabiej czujących istot. Lubiłam je. Z łatwością poznawały świat, którego nie szufladkowały.
Schodząc z mostka spojrzałam na księżyc. Wędrowałam po parku z zadartą głową. Zapuściłam się między krzewy. Było tam parę naprawdę sporych kamieni. Podeszłam do jednego z nich.
Co za ironia. Uciekam przed ojcem, czyż nie? Takie są fakty. Na tym kamieniu ustawiłam się do zdjęcia, by dorównać mu wzrostem. Zawsze głaskał mnie po włosach. Jak Pascal. Byli bardzo podobni. Przynajmniej jeśli chodzi o dobre cechy. Nie chciałam o nim teraz myśleć, ale było to silniejsze ode mnie. Dlaczego tak postąpił? Brutalnie wykręcił moje ręce z powodu niedorzecznych podejrzeń. Czy on mi ufa? Ile razy go zraniono? Księżycu, odpowiedz.
Powiedz mi, księżycu ze srebra
Ty, który nie masz ramienia
Jak ukołyszesz dziecko?
Dziecko Księżyca...*
Nuciłam pod nosem. Znów ta piosenka. Stała się chyba częścią mnie. Czy też mogę mówić o sobie Dziecko Księżyca? Nocy? W końcu wtedy czułam się najlepiej, znajdowałam odpowiedzi i spokój. To nocą ludzie najczęściej spokojnie odchodzą na tamten lepszy świat czy sennie marzą o milszym, bardziej dostatnim życiu. Ostatni raz tego dnia, a raczej nocy, posłałam spojrzenie Księżycowi i zasnęłam zwinięta na feralnym kamieniu ze zdjęcia.
***
Najpierw wstało słońce, ja zaś parę godzin po nim. Kamienie nie są wygodnym posłaniem. Podniosłam się z potrzeby rozprostowania kości. Dosłownie wszystko mnie bolało. Cóż, twarde podłoże jest chociaż dobre na kręgosłup.
Przeszłam skrótem na jedną ze ścieżek. Wiał wiatr. Było jeszcze trochę mokro po wczorajszym deszczu - a może spadł w nocy? Tylko czemu tego nie poczułam? Uśmiechałam się życzliwie do przechodzących osób. Niektórzy odwzajemniali serdecznie moje poczynania, inni zaś posyłali mi zdziwione oraz pełne dezaprobaty spojrzenia. Zdziwiło mnie to. Spojrzałam na moją sukienkę - była jeszcze lekko mokra. Przy okazji zmieniła barwę z białej na szaro-zieloną. Pomięta, nędznie wyglądająca jak potargane włosy. Dotknęłam twarzy. Podpuchnięte oczy, świetnie. Stałam tam zrezygnowana. Westchnęłam ciężko.
Park tętnił życiem. Wesołe dzieci biegały dokoła. Pomimo świadomości fatalnego wyglądu wywołało to mój ponowny uśmiech. Rodzice siedzieli pogrążeni w rozmowie. Znów dzieci pozostawione same sobie. Co prawda ja też kiedyś tu biegałam bez opieki lub z rodzeństwem, ale dzisiejszy świat wydawał mi się smutny.
Tak samo wyglądał chłopiec siedzący na pobliskiej ławce. Machał nogami i zaciśniętymi piąstkami podpierał policzki. Pociągał co jakiś czas nosem. Miał za duże, beżowe, połatane spodnie, szelki i szarą koszulkę. Wyglądał przeuroczo. Po chwili obrócił głowę w moją stronę. Wyprostował się i położył dłonie na kolanach. Podeszłam do niego, po czym usiadłam obok.
-Hej - powiedział lekko wystraszony. Przyglądał się mi badawczo. No tak, wyglądem nie oszałamiałam.
-Hej, jestem Adila, a ty?
-Jean - odrzekł, po czym znów pociągnął nosem.
-Jesteś smutny. Dlaczego siedzisz sam? - zapytałam. Salem kazał pomagać.
-Mama i ja nie mamy pieniędzy. Dziś mieliśmy wpłacać na wycieczkę, więc nie poszedłem do szkoły. Jak moglibyśmy opłacać takie rzeczy, skoro ja nie mam co jeść? Nie znam taty. A ty swojego lubisz? - zapytał z dziecięcą ciekawością.
-Nie do końca - stwierdziłam zgodnie z prawdą. Jest czasem okropny, ale to przecież mój ojciec. - Do której klasy chodzisz?
-Do pierwszej.
-A mama pracuje? Nie wiesz czasem gdzie?
-Nie wiem. Po szkole chodzę do babci. Mama ciągle zamartwia się jakimś "czynszem". Ponoć jest bardzo wysoki. Ja też przecież jestem! - powiedział i wstał by zaprezentować swoją rację. Zaśmiałam się.
-Tak, oczywiście. Już duży chłopak z ciebie. Długo tu siedzisz?
-Nie wiem, jeszcze nie uczyli mnie odczytywać godzin. Zegarka też brak. Ale patrząc na słońce, to przyszedłem dość długo po wschodzie. Zjadłbym śniadanie, późno jest. Gdzie mieszkasz?
-Czemu pytasz? - zdziwiłam się. Myślałam o skombinowaniu posiłku.
-Bo widziałem jak śpisz na kamieniu. To jakaś gra? - wywołał moje ciche westchnienie.
-Nie Jean, po prostu sytuacja w moim domu jest skomplikowana.
-Czemu do mnie podeszłaś? Jesteś bardzo miła... też nie masz co jeść?
-Mam, oczywiście że mam. A podeszłam, bo byłeś smutny. Mój starszy brat nauczył mnie, że każdy człowiek ma wielką wartość, a jego szczęście jeszcze większą.
-To, że jestem dzieckiem, nie znaczy, że możesz kłamać. Ty też jesteś smutna.
Mądry dzieciak. Patrzyłam mu w oczy. Były zielone, głębokie, ufne. Oczy dziecka. Spostrzegawczego. Złapałam go za dłoń. Jasną, wręcz porcelanową. Zimną. Słabą.
-Chodź - zarządziłam. Pieniądze się przydają. - Pójdziemy ci kupić coś do jedzenia. Nie mam ze sobą wielu pieniędzy, ale powinno wystarczyć.
-Dziękuję - szepnął wysokim głosem i rzucił mi się na szyję.
Spacerowałam trzymając go za rękę. Podskakiwał i nucił melodię o bliżej nieokreślonym rytmie. Szliśmy w stronę najbliższego marketu. Wiatr się uspokoił w satysfakcjonującym stopniu. Wręczyłam mu moje 5 euro oraz poklepałam po ramieniu.
-Weź sobie co chcesz, ale wiedz, że to na dużo nie starczy. Zapytaj kogoś, jeśli będziesz miał wątpliwości co do ceny swoich zakupów.
Kiwnął posłusznie głową. Weszłabym z nim, ale okropnie się poczułam. Z trudem usiadłam na krawężniku. Kręciło mi się w głowie. Ludzie zaczęli przyjmować zarysy bezkształtnych humanoidów. Pomimo minimum dwudziestu stopni było mi zimno. Usłyszałam otwierające się drzwi od sklepu. Ze świstem wypuściłam powietrze.
Jean podszedł do mnie i wręczył 2 euro.
-Taka miła starsza pani dołożyła mi trochę od siebie. Kupiłem chleb, jakieś parówki i butelkę wody - oznajmił. Musiała mu dużo dołożyć. Postawił coś obok mnie.
-Tobie wziąłem wodę i bagietkę.
-Jean, weź to sobie. Naprawdę niczego nie potrzebuję - powiedziałam, choć mój żołądek miał zupełnie odmienne zdanie. Malec przykucnął obok mnie.
-Wszystko będzie dobrze, pani Adilo. Nie możesz chodzić głodna, bo jesteś miła i widzisz więcej - jego ton głosu zmienił się. Zmarszczyłam brwi. Omamy słuchowe? Odłamałam kawałek bagietki. Może to z głodu.
-Dzięki - powiedziałam, po czym spojrzałam mu prosto w oczy. Przestraszył się trochę. Oczy są zwierciadłem duszy, tak? Fuknęłam sama na siebie. Co ty przypuszczasz, Adila. Gdzie twoja zdolność oceny?
-Coś się stało? - spytał zdezorientowany.
-Nie, tylko... - zaczęłam, jednak chłopiec momentalnie się we mnie wtulił. Patrzył z przerażeniem na przechodzącego mężczyznę.
-Ten pan... Adilo, przytulisz mnie? Boję się - powiedział odwracając głowę. Spełniłam jego prośbę.
-Dzień dobry, panno Sedraïa - powiedział mijając nas. Znałam go. Był lekarzem dziadka, zanim ten...
-Dzień dobry. Jean, masz może... drugie imię? - zapytałam karcąc się w duchu za niedorzeczne pomysły.
-Tak, Rashid.
-Skąd takie? - zapytałam. Starałam się zachować pozory spokoju. Bez jaj. To przecież niemożliwe, dziewczyno, wariujesz.
-Mamie ponoć ktoś się przyśnił i tak przykazał. Mnie się podoba, a tobie?
-Też. To bardzo ładne imię, zresztą tak jak Jean - stwierdziłam obserwując moje drżenie rąk.
-Mama się będzie martwić, muszę iść. Jeszcze cię kiedyś znajdę.
-Jeśli będziesz czegoś potrzebował, zawsze pomogę - powiedziałam. Skąd u niego ta pewność? To sześcioletni pierwszoklasista.
Popędził z zakupami w reklamówce wzdłuż ulicy. Zostałam na krawężniku i skubałam bagietkę. Tak, byłam głodna. Zaczęło to do mnie docierać. Ale tam nie wrócę.
Ludzie patrzyli na mnie dziwnie, jak w parku. Podniosłam się z trudem, zabrałam prowiant i wyruszyłam na dłuższy spacer. Planowałam zatrzymywać się po drodze. Podziwiać promienie słoneczne ogrzewające mięsiste liście drzew. Wpatrywać się w czerwony neon teatru przy Saint-Martin. Wdychać zapach deszczu mieszający się z wonią bagietek. Używać życia. I nie myśleć o wycieńczającej nauce. Ten chłopczyk był niezwykły. Wiele osób ma w sobie coś spektakularnego. Mama. Marie.
-Pascal - szepnęłam do siebie, chcąc zdusić uczucie pustki. To dopiero paręnaście godzin. Gryz.
***
Paryż ostatnimi czasy był podejrzanie deszczowy. Siedziałam, a raczej kuliłam się pod Pont Neuf i obserwowałam krople uderzające monotonnie o taflę wody. Powietrze miało orzeźwiający zapach. Gwiazd nie było widać prawie wcale. Latarnie emanowały ciepłym światłem. Kolejna noc. Szukają mnie? Nie sądzę. Oparłam głowę o zimny mur.
Oddychałam głęboko, by powstrzymać płacz. Może powinnam wrócić? To trudniejsze niż myślałam. Samotność potrafi być wyniszczająca. Ktoś mnie potrzebuje? Jedyną przeszkodą na razie jest obowiązek szkolny. Kiedyś to nadrobię. Stukałam palcami o chodnik.
Zwiedziłam dziś parę parków, podziwiałam Łuk Triumfalny, przyglądałam się mojemu odbiciu w piramidzie Luwru. Uroczy dzień. Długa droga. Księżyc wychylał się zza chmur zdobiąc swym odbiciem taflę. Zaczęły mi opadać powieki. Zwinęłam się w kłębek i ułożyłam na zaokrąglonej ścianie.
Stałam pośrodku dziwnej rzeczywistości. Była pięcio lub więcej wymiarowa. Wszystko było zakrzywione i zlewające się ze sobą. Zdałam sobie sprawę z tego, że śnię. Niepewnie zrobiłam krok w przód. Zaczęłam spadać.
Zobaczyłam małą, ciemnowłosą dziewczynkę. Razem z rodzicami szła jedną z paryskich ulic. Trzymała ich posłusznie za ręce.
-Mamo, tato, a kupicie mi kolczyki? - wybrzmiała prośba. Ku zrealizowaniu jej skierowali się do odpowiedniego sklepu.
Coś zmuszało mnie do podążania za nimi. Starałam się pozostać niezauważona, ale odkryłam, że nikt na moją osobę nie zwraca uwagi. Kątem oka dostrzegłam wybraną biżuterię. Małe, srebrne kolczyki w kształcie serduszek z małym diamencikiem w obu. Dotknęłam mimowolnie uszu. Miałam na sobie identyczne, jak te właśnie kupowane. Mężczyzna spojrzał w moim kierunku. Te same niebieskie oczy. Zawsze niezmienne, ale... tym razem o ciepłym wyrazie. Gdzie ten chłód? Gdzie obojętność?
Tak jak poprzedni ludzie, nie zauważył mnie. Wyszli uśmiechnięci.
-Dziękuję wam - wybrzmiało przed drzwiami sklepu. Tata wziął ją... mnie? na ręce. Co się zmieniło?
-Tato! - krzyknęłam i zaczęłam biec. Chciałam mu zadać multum pytań.
Kiedyś było dobrze. Nie pamiętałam tej sytuacji. Czy naprawdę miała miejsce? A może to wszystko jest tylko wytworem mojej wyobraźni?
Tym razem znalazłam się w podejrzanym wirze. Gdy wreszcie z niego wypadłam, otaczał mnie soczyście zielony, liściasty las. Ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłam głowę.
-Dziadku!
-A kogo się pani Adila spodziewała? - zapytał z uśmiechem. Wzruszyłam ramionami. Strumieniami ciekły mi łzy.
-Ale... od twojej śmierci...
-Tak, wiem, nie pokazywałem ci się w snach, wnusiu. To dlatego, że kazali mi zasłużyć na nową postać.
-Nową postać?
-Tak, dokładnie. I nawet mi się to udało. Za życia musiałem być dobry, miło, kiedy jest to nagradzane.
-Byłeś, dla mnie szczególnie - uśmiechnęłam się. - Jaką nową postać? Odwiedziłeś babcię?
-Nie domyśliła się, a ty tak, więc masz mnie w bonusie podczas snu.
Przytuliłam go mocno. Kiedy nasze stosunki z ojcem zaczęły się pogarszać, to właśnie dziadek pełnił tę rolę. Śmiałam się pod nosem. Nie wierzyłam. Genialny sen.
-To ty byłeś... - zaczęłam, ale mi przerwał.
-Tak, moje nowe imię to Jean. Mam nowe życie, nie zawsze wszystko pamiętam, w końcu mam mózg dziecka, ale to jest piękne. Nadal głodna?
-Nie, już nie. Dziadku... dlaczego tata się zmienił?
-Zdradziła go niestety jego własna siostra. Nie oddała ani grosza z tysięcy, które jej pożyczył, by podniosła się po życiowym załamaniu. Obgadywała go przed jego znajomymi.
-Ciocia taka nie jest.
-Ale była, Adilo. A Akram jej wybaczył. Stał się jednak gruboskórny i nieczuły. Nie chciał być ponownie wykorzystanym. Jest ofiarą własnej dyscypliny. Zatracił się w tym.
Pociągnęłam nosem. On też miał powód. Jak każdy. Nie usprawiedliwiało go to, fakt. Ale jego zachowanie miało jakieś podłoże.
-Dziadku... będziesz przychodził? - złapałam go za ramię.
-Będę cię znajdował, Adilo. Pamiętaj, mam duże możliwości - mrugnął okiem. Przytulił mnie. Rozpłynęłam się razem z nim.
Znów byłam w Paryżu. Dobrze znane mi mieszkanie. Usiadłam na kanapie. Pascal siedział z twarzą w dłoniach. Intensywnie myślał. Był zły i sfrustrowany. Dotknęłam jego dłoni. Momentalnie spojrzał na mnie zdziwiony.
-Adila? Boże, Adila! Ale... przecież ja śpię...
-Ja też. Jesteśmy w swoich snach?
-Absurdalne, ale nie niemożliwe - zaśmiał się. Nadal byłam na niego zła, jednak tata miał powód. On też musiał. Dotknął mojego policzka. - Przepraszam, naprawdę.
-Nie wybaczyłam ci jeszcze, Pascal. Znalazłam się tu przypadkiem. Zachowałeś się podle.
Spuścił wzrok. Westchnął i podparł twarz. Spojrzał na mnie niepewnie.
-Jeśli do ciebie rano przyjadę, porozmawiasz ze mną?
-Nie. To bez celu. Przynajmniej na razie bywam w innych miejscach.
Miał podejrzliwą minę, ale ja znów poczułam zawroty. Ciekawie uczucie, doprawdy.
-Miłej nocy - powiedziałam i obudziłam się.
Była jakaś 5 rano. Sklepy czynne od 6. A może to już ta godzina? Pojedynczy przechodnie spacerowali mostem. Wstałam z trudem. Zauważyłam rozdarcie sukienki i poplamiony fragment kurtki. Zmalało mi widocznie poczucie estetyki. Upadłam na ścianę. Wyglądałam jak zataczająca się młodociana pijaczka. Na pewno wszystko sobie wymyśliłam. Za rogiem mignęła mi znajoma głowa. Salem? Zaczęłam biec pomimo rozmazujących się obrazów. Zauważyłam więcej samochodów, więc skierowałam się do najmniej uczęszczanego sklepu w okolicy. Musiałam wypić wodę. Stawałam się odwodniona. Chwiejnym krokiem przebiegłam przez pasy, prawie wpadając pod samochód. Zdecydowałam się obrać potem kurs na jedną ze stacji metra.
***
Koczowanie w takim miejscu było dość przyjemne. Ochrona przed kaprysami pogody, wbrew pozorom mała ilość podejrzanych typów. Starczyło mi pieniędzy tylko na wodę i to oszczędnie wydzielaną. Po jakimś czasie jednak uczucie głodu zanika, co było przydatne. Siódmy dzień samotnej tułaczki. Teraz nie odgadłabym pierwotnych kolorów mojego ubioru. Twarz obmywałam w fontannie na Champs-Elysèes. Po zmroku oczywiście, by nie siać wśród ludzi zgorszenia. Do spania wybierałam zaułki starannie zakamuflowane - a nuż ktoś będzie przechodził i wezwie policję, że nastolatka w poplamionej, podartej sukience nocuje na stacji metra.
Zaznajomiłam się ze sklepikarką. Sprzedawała gazety, trochę rzeczy spożywczych, jakieś pamiątki i kosmetyki. Nic spektakularnego. Ze względu na umiejscowienie sklepu kręciło się u niej wiele osób, więc nie zwróciłam z początku uwagi na eleganckiego mężczyznę. Wyglądał normalnie, może trochę bardziej niż inni się rozglądał.
"Może nie chce, by uciekło mu metro" - pomyślałam. Takie typy zawsze się gdzieś śpieszą.
Wstałam w celu pogawędzenia ze starszą kobietą, tudzież pomocy jej przy kasie czy wykładaniu towaru. Usłyszałam krzyki oburzenia paru osób. Posypały się wyzwiska. Ze sklepu wybiegł przerażony elegancik z wypchaną walizą. Więc to tak, kradzież w biały dzień. O nie, to bulwersujące. Miałabym do tego dopuścić?
Zmierzał z łupem w moją stronę. Zgubna twa ucieczka. Stanęłam przed nim powodując konsternację. Podburzeni klienci stracili go z oczu, miałam zatem trochę czasu.
-To śmieszne - powiedziałam, czekając na jego reakcję. Absurdalnie śmieszne, doprawdy.
-Ale o co pani chodzi?
-Kradnie pan towar o tak niskiej wartości. To nic z pieniężnego punktu widzenia dla pana. Ale co innego, jeśli zainteresujemy się sytuacją właścicielki tego sklepu. Zarabia tylko na nim, a nie są to kokosy. To starsza pani, a takimi sytuacjami można wywołać nawet uszczerbek na jej zdrowiu. Co to panu da? - zapytałam wskazując palcem bagaż, który kurczowo trzymał w ręce. - Grzywną? Bycie notowanym w policji? Wyrzuty sumienia? Zresztą tu i tak są kamery. Niech pan spojrzy.
Stał nieruchomo. Patrzył na zmianę: ja, monitoring, sklep. Otworzył usta i chciał coś powiedzieć, jednak ostatecznie tylko głośno wciągnął powietrze. Spuścił głowę. Odwrócił się, po czym zaczął iść w kierunku sklepu. Przetarłam oczy. Naprawdę? Oddał to. Zostawił nawet porządną, skórzaną walizę jako zadośćuczynienie. Ktoś poklepał mnie po ramieniu.
Dookoła zapanowało zamieszanie. Ludzie gdzieś dzwonili, rozglądali się, uspokajali biedną sklepikarkę. Absurd, czysty absurd. Co też we mnie wstąpiło? Mógł mieć broń. Właśnie - mógł. Ale nie miał. Istnieje coś takiego jak przeznaczenie? Byłam tu, bo uciekłam. Czy coś popchnęło mnie do wybrania akurat tego miejsca, by pomóc w tej akurat sprawie? Po moim śnie byłam skłonna poprzeć własną teorię.
Maszerowałam szybko wdłuż tunelu wymijając starannie napływających reporterów. Usiadłam w jakimś kącie. Tęsknota. Wyniszczająca tęsknota. Widziałam Salema trzy razy. Uciekałam. On chyba mnie nie zauważył. Wtedy czułam, że tak jest lepiej. Ale nic nie było lepiej. To dopiero była ucieczka przed problemami. One dzięki temu nie znikną, a ja jako bezdomna to nieciekawa perspektywa. Brak skończonej szkoły, znajomych czy rodziny. Wszystko było bez sensu. Starając się odsunąć zło, trafiałam na kolejne. Błędne koło. Chciałam być potrzebna, kochana, rozumiana. Bezpieczna. Gdyby nie miejsce publiczne, zaczęłabym krzyczeć z bezsilności. To jeden z rodzajów, którego się nie boję. Każdy takiego czasem potrzebuje.
Zamiast tego zaczęłam płakać. Z powodu zaczerwienionych od zanieczyszczeń i braku snu oczu było to bolesne. Przestawałam myśleć rozsądnie. Całą wczorajszą noc przesiedziałam pod wieżą Eiffla. O zmrużeniu oka nie było mowy. Cały czas szukałam odpowiedzi, a względny spokój zgubiłam dość szybko. Znów byłam nikim. Poddałam się. Zawsze być wesołym? Uśmiechać się do życia? Okej. Uniosłam nieznacznie kąciki ust, na co wybuchnęłam jeszcze większym płaczem. To wszystko było puste. Sztuczne. Okrutnie nieprawdziwe. Przez głowę przeleciała mi myśl, żeby po prostu wejść pod metro. Wtedy skończą się problemy. Ale nie tylko problemy. Całe życie, które obfituje także w radości. Rzadziej, bo rzadziej, jeśli chodzi o moją aktualną sytuację, ale jednak.
Usłyszałam, że ktoś biegnie. Czyżby coś się stało? Odwróciłam głowę, ale nie zobaczyłam nic poza barwnymi plamami. Łzy na gałce ocznej. Pozostało mi zatem ciężko przełknąć ślinę i zamknąć oczy, które piekły coraz bardziej. Mój ryk został przerwany przez to, że ktoś mnie podniósł i przytulił.
-Adila... Adila, jak mogłaś... Wszyscy się martwimy - otulił mnie jego głos. Miałam gdzieś ból, łzy leciały mi potokiem.
-Pascal! A ty jak mogłeś? - zapytałam bardziej niż oskarżałam. Cała dygotałam. Nadal mnie trzymał, ja zaś się w niego wtuliłam.
-Przepraszam cię, naprawdę, nie wiem co jeszcze mogę zrobić... Zrozumiałem wiele rzeczy, dużo myślałem - powiedział lekko roztrzęsiony. - Śniłaś mi się - dodał niepewnie.
-Wiem. Śniliśmy się sobie nawzajem - oznajmiłam, wywołując jego zdziwienie.
-Poradzimy sobie z twoim ojcem i całą tą sytuacją, Adila, zaufaj mi ostatni raz.
-Wiesz co ja teraz czuję? - zachlipałam, choć w środku byłam szczęśliwa. Przyszedł po mnie. Kiedy skończyły mi się siły.
-Powiedzmy, że wiem. Czytałem... twój wiersz.
Spojrzałam na niego zdziwiona, jednak ostatecznie znów wtuliłam się jak małe dziecko. Zawroty głowy. Zbyt wiele emocji. Teraz wyjątkowo dziwnie zmieszanych. Ulga. Niepokój. Radość. Rozdarcie.
-Kocham cię, Pascal.
-Ja ciebie też, zawsze o tym pamiętaj. I nie martw się, Adila. Po prostu się nie martw.
______
* fragment piosenki zespołu Mecano - Hijo de la luna, tłumaczenie z tekstu francuskiego
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz