wtorek, 24 marca 2015

6.


Spoczął na mnie jego rozgniewany wzrok. Był purpurowy ze złości, a przecież ludziom o oliwkowej karnacji prawie się to nie zdarza. Scenariusz dosyć pospolity, a szkoda. Naprawdę szkoda. Kiedyś był inny i głęboko wierzę, że gdzieś w sercu ma jeszcze cząstkę starej empatii.
-I co? Może jeszcze powiesz, że ucieczka tej gówniary to moja wina?! - jego głos wypełnił mieszkanie. To prawda, od tygodnia nie było z Adilą kontaktu. Mimo wszystko, jego zachowanie... Cóż, pozostawiało wiele do życzenia. Jak zwykle zresztą.-Nie nazywaj jej gówniarą, Akram. To nasza córka.-Dzieci się zachciało?! Dwóch synów mam, to najważniejsze, a Namina przynajmniej się wyprowadziła... Ale nie! Tej pyskatej dziewuchy musimy pilnować!Położyłam ręce na kolanach, czekając jak się zachowa. Miałam parę przypuszczeń – ta sztuka przewidywała różne, w zależności od dnia, zakończenia. Podniósł rękę. Boże, nie. Kolejny raz tego nie zniosę. Głuchego trzasku, zmieszania z błotem jednym ruchem, no i opuchlizny. Błagam. Odruchowo odchyliłam się w lewo.Dotknęłam dłonią lekko fioletowego policzka. Tak jak myślałam, nadal bolał. Piękna pamiątka po ostatniej awanturze. Może i lepiej, że Adili nie ma teraz w domu? Musiałaby na to wszystko patrzeć, a ja nie chcę... Czuję się w obowiązku przedstawiać jej dobry model rodziny, na tyle, na ile jest to możliwe. Niestety, Akram mi w tym nie pomaga, a nawet przeszkadza.Tak, jesteśmy rodziną imigrantów. Obcych. On przyjechał z Algierii, ja mam zaś korzenie indyjskie. Rodzice wyemigrowali do Francji przed moimi narodzinami, poszukując lepszego życia. Indie to bieda bez praw. Tego chcieli dla mnie uniknąć. Wyszło połowicznie.Mama go lubi, a to nie pomaga. W Algierii uderzenie kobiety to norma, przynajmniej w jego rodzinie. Kochałam go, dlatego został moim mężem. Czy teraz także? Nie mam pojęcia. To raczej mieszanka strachu i niewyjaśnionego przywiązania. Ach, zapomniałam, w Indiach kobiety są przecież wierne. Może inaczej - nie mają prawa odejść. Kończy się to zemstą większą niż cierpienie w domu.A jednak, coś jeszcze tli się w moim sercu. Chyba go kocham. Jest w końcu ojcem naszych dzieci i moim długoletnim partnerem. Potrafi być czarujący, fakt. Ale to jest mu raczej niewygodne. Z jednej strony cały czas myślę, że gdyby był tylko tyranem, odeszłabym. Ale czy tak właśnie nie mówią te wszystkie pobite przez partnerów kobiety? Czy widzę wszystko z odpowiedniej perspektywy?Nie uderzył mnie. Cóż, po prostu uniknęłam ciosu. Wydawał się trochę zbity z tropu, więc, zyskując czas, odetchnęłam. Mama weszła do salonu – witam zbawienie!-Akram, naprawdę, uspokój się czasem - stwierdziła spokojnie. Doskonale zdawała sobie sprawę z sytuacji, ale dla niej taka była kolej rzeczy. Wyjątkowo kochała jednak Adilę. W stosunku do niej takie zachowanie nie miałoby prawa bytu.Cofnął się, och, jak dobrze. Kolejnego obicia nie ukryłby najlepszy podkład. Swoją drogą, wystraszyłam się widząc córkę z tym siniakiem. Miałam ochotę wyrzucić tego całego Pascala jak najszybciej – gdyby okazał się taki jak Akram… Jak Akram. Skoro nie chciałabym kogoś takiego dla córki, dlaczego z nim żyję? Niemniej jednak, ślad wyglądał groźnie. Do teraz średnio wierzę, że huknęła o beton, ale mówiła to zupełnie naturalnie, a matka potrafi rozpoznać w końcu, gdy dziecko kłamie.-Jednak się o nią martwisz - powiedziałam, a on spojrzał na sufit. - Oj, przyznaj wreszcie.-Może trochę. Ten facet jest podejrzany.-Bo ma ciekawą pracę, wygląd bardziej nasz niż francuski i jest miły? - po moich słowach prychnął. Dobra, mi też nie do końca pasował, jednak powinnam się za nim wstawić, bo będzie źle. - Nie odpyskował ci.-Co racja, to racja. Ale ona nie jest pełnoletnia, Inaja. Powinna mieszkać z nami.-Zadzwonisz do niej, chojraku?-Nie zamierzam płaszczyć się w ten sposób przed młodą kobietą. Jutro po prostu odbierzemy ją ze szkoły.-Przecież z nami nie pójdzie.-Oj, w środku lekcji pójdzie. Wiesz jaka jest, będzie jej głupio.-I tak po prostu zamierzasz ją zwolnić? - Na to wzruszył ramionami. Świetny plan, brawo. Spojrzał na mnie i usiadł obok. Nie odczuwałam strachu - on po prostu czasem miewa wyskoki. Czasem...  -No dobrze, ale... co potem?-Potem przemówimy jej do rozsądku - stwierdził twardo, może nawet za bardzo. Algierska ręka we francuskiej rodzinie.-Akram, może spróbuj się do niego przekonać?Wybrzmiał głośny, lekceważący śmiech. Odpowiedź będzie raczej negatywna. Potrzebuje czasu, ot co. Chyba zależy mu na dobru córki – byle nie przynosiła więcej siniaków. Zaczął rytmicznie postukiwać w stół palcami. Scred Connexion. Myśli o tym.-Może zaprosimy Naminę, Paula i Salema? Jako rodzeństwo powinni sobie razem poradzić. Naminie zresztą też się on nie podoba - stwierdził, a ja pokiwałam wolno głową.



***
Cyferki, wszędzie cyferki. Miałam wrażenie, że zaraz zacznę myśleć kodem binarnym. Ale nie, literki też są. Te jednak trzeba kilometrowymi działaniami nawracać na postać cyferkową.
Dłoń zapewne odcisnęła się już na moim policzku. Posłałam swe błagalne spojrzenie ku zegarowi, jednak ten, nieugięty niczym arabski szejk, uparcie twierdził, że mój korpus zza ławki wystawać będzie jeszcze nieco ponad 20 minut. Lekcje matematyki zawsze ciekawe.
Kiedy kończyłam zapełniać bazgrołami ostatnią stronę zeszytu, do klasy wparowała wyraźnie zdziwiona sekretarka. Urozmaicenie wśród gąszczu niewiadomych, świetnie. Nie żebym miała z matematyki słabe oceny, ale dla mojego humanistycznego umysłu w pewnych chwilach są to zwyczajne męczarnie. Większość uczniów leniwie podniosło głowy.
-Jest Adila Sedraïa? - zapytała niepewnie. Zmarszczyłam brwi. O co może chodzić w środku lekcji?
-Tutaj - powiedziałam, jednocześnie podnosząc rękę i siląc się na uśmiech.
-Bierz torbę i chodź. Adila jest zwolniona z lekcji - stwierdziła, wywołując poruszenie oraz opad mojej szczęki. Zwolniona? Tylko opiekun może zwolnić niepełnoletniego ucznia...
Z nieukrywaną satysfakcją zgarnęłam do plecaka książki. Nauczycielka była tak samo zaskoczona jak reszta klasy. Przywdziałam promienny uśmiech i po szybkim "pa" oraz "do widzenia" zamknęłam drzwi klasy. Odwróciłam głowę ku sekretarce, oczekując solidnych wyjaśnień. Zboczyłam na chwilę w boczny korytarz, by wziąć cienki płaszcz z szafki. Robiło się przyjemnie ciepło. Gdy wróciłam na tor wiodący do sekretariatu, usłyszałam wreszcie powód mojego zbawczego zwolnienia.
-Nie wiem co przeskrobałaś, ale twoi rodzice czekają w moim gabinecie - powiedziała z wyższością. Myślałam, że to jakiś kiepski żart, ale widok znajomej postaci spowodował nagłe ugięcie moich nóg. Stanęłam pośrodku korytarza próbując opanować nagłe zawroty głowy.
-Ja tam nie pójdę - wykrztusiłam. Konfrontacja bez świadków? Boże.
-Oj, już nie udawaj. No, dalej, idź -stwierdziła, jednak ja stałam nieruchomo. W naszą stronę zaczęła zbliżać się mama.
Wyglądała naprawdę bardzo ładnie. Długie, czarne włosy opadały luźno na jej ramiona. Miała zwiewną, pudrowo-beżową sukienkę. Przez czarne buty na obcasie była ode mnie wyższa.
Spojrzała mi w oczy. Wyciągnęła ze mnie wszystkie problemy. Spojrzała mi w oczy. Poukładała mój wszechświat. Spojrzała mi w oczy. Byłam otulona jej opieką i matczynym ratunkiem.
-Mamo - szepnęłam.
Przytuliła mnie mocno. Można powiedzieć, że padłyśmy sobie w ramiona. Czułam zbliżające się łzy. Wreszcie oddychałam spokojnie. Podniosłam wzrok i stanęłam na palcach, by być tego samego wzrostu. Uśmiechałam się jak głupia. Dotknęłam jej policzka, na co zareagowała zaciśnięciem powiek oraz głębokim wdechem. Przyjrzałam się bliżej. Był... sama nie wiem. Nadpuchnięty? Zielonofioletowy? Chwyciłam jej dłonie.
-Mamo? - zapytałam, nie oczekując odpowiedzi. Drżał mi głos. Co się stało?
Złapała mnie tylko za rękę. Poszłyśmy razem w stronę gabinetu. Niebieskie oczy ojca miały nieodgadniony wyraz. Złapałam swój pierścionek i zaczęłam się nim bawić.
-Hej tato - rzuciłam.
-Adila, nie spuszczaj głowy. Wiem, że nasza obecność tutaj jest zaskoczeniem, jednak brak było z tobą kontaktu - powiedział. Zgodnie z poleceniem wyprostowałam się.
-Pardon - wykrztusiłam, bo nie wiedziałam, do czego zmierzają.
-Nie musisz przepraszać, ale chcielibyśmy, żebyś wróciła - no tato, niezłe wymagania.
-Adila, proszę. Po prostu się martwimy - dodała mama.
Nie byłam przekonana. Tata nadal będzie nerwowy, babcia zabiegana i akceptująca sytuację, a mama... cóż, tu muszę wybadać, co się dzieje. Poza tym, będą kłótnie o moje wyjścia. Ale, z drugiej strony, nie powinnam Pascalowi sprawiać problemu zbyt długo. Wyglądałam przez okno, wyobrażając sobie siebie na miejscu jednego z ptaków lecących właśnie kluczem. Tej lotności teraz potrzebowałam. To przecież jednak moi rodzice, powinnam z nimi mieszkać, taka kolej rzeczy.
-D'accord - mruknęłam, siegając jednocześnie telefon.
-Czyli pojedziesz teraz z nami? - mama się rozpromieniła - Potem mają wpaść Namina, Paul i Salem.
Zdziwiło mnie to. Rodzeństwo w komplecie? Wszyscy razem? Może być jednak ciekawie.
"SMS do: Pascal
Rodzice mnie zgarnęli ze szkoły, przywieź mi potem do domu rzeczy, oczywiście jeśli możesz. Mam nadzieję na pozostanie we Francji. Miłego dnia, kocham x"
Co do ostatniej obawy, postanowiłam jak najszybciej ją wyjaśnić.
-Ale żadnej szkoły w Indiach? - mama już miała odpowiedzieć, jednak tata złapał jej rękę.
-Jeszcze zobaczymy - odparł chłodno jak zwykle. Poczułam jednak, że paszport na razie zostanie w szufladzie.
Dziwnie mi się jechało bez dźwięków Mecano płynących z odtwarzacza. Rodzice byli podejrzanie milczący. Powrót do męczącej codzienności. Wyglądałam przez okno, obserwując mijające obrazy. Wszyscy przechodnie sprawiali wrażenie przybitych. Smutny dzień. Co jeszcze może się wydarzyć?
Wysiadłam ciężko z auta. Mmm, apetyczna woń spalin. Tu nie otworzę raczej tak swobodnie okna. Pomyślałam o tym, kiedy Pascal przywiezie mi rzeczy - i czy w ogóle znajdzie czas. Chciałabym go zobaczyć. Byłam spięta.
W drzwiach powitał mnie Salem - ukochany starszy brat. Szkoda, że tak rzadko bywa w domu. Brązowe, gęste włosy z zaczesaną do tyłu grzywką, oliwkowa cera oraz nienaturalnie niebieskie oczy. Uśmiechał się lekko. Był dobrze zbudowany - musiał wiele chodzić na siłownię od naszego ostatniego spotkania. Miał na sobie chabrową koszulę w kratę, białe spodnie i trampki. Lubiłam z nim rozmawiać, ponieważ mieliśmy odmienny tok myślenia, a warto spojrzeć na sprawę inną perspektywą. Był jeszcze wyższy od Pascala - by dobrze go widzieć, musiałam zadrzeć lekko głowę.
-Usamodzielniamy się, Indilko? - wow, już druga osoba tak do mnie mówi. Coś w tym jest.
Zaśmiałam się. Wszyscy siedzieli w moim pokoju. Namina patrzyła podejrzliwie. Paul zaś nie do końca orientował się w sytuacji - zaprosili go, więc przyszedł. Przywitałam się z każdym.
Namina miała włosy związane w luźną kitkę. Do ciemnych rurek założyła kremową, koronkową bluzkę. Moja biała sukienka wraz z jeansową kurtką wypadła słabo. Wolałam jednak wyglądać tak, niż jak niektóre klubowe "laski".
Paul miał zwykły, szary t-shirt i czarne spodnie. Matko, od kiedy tak zwracam uwagę na wygląd ludzi? Próbowałam rozwikłać tajemnicę jego niezrozumiałego powodzenia u kobiet, ale nie wyszło.
-Adila, na pewno wszystko dobrze? - zapytała Namina. Cóż, ona i tak ma już wyrobioną opinię.
-Tak Mina, na pewno - odpowiedziałam z uśmiechem.
-Hej, nasza Mina taka zaznajomiona z tematem, a my nic nie wiemy. Wtajemnicz nas, co? - zaproponował ze śmiechem Salem, zaś Paul potwierdził skinieniem głowy. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, głos zabrała moja siostra.
-Pascal Koeu, prawie 23 lata, koło 176cm, DJ i producent - wyrecytowała prawie jednym tchem. Paul zagwizdał.
-To sobie siostrzyczko wybrałaś - zawsze tak mnie nazywał. Byłam z nich najmłodsza. Zaraz potem był on, następnie Namina. Salem miał już 26 lat.
-Wybrała jak wybrała, ale żeby do takiego uciekać? - no tak, dyskusje z najstarszym bratem.
-No, Mina, usprawiedliwiaj moje zachowanie - stwierdziłam ironicznie. Odwróciła wzrok i zaczęła streszczać tamten wieczór.
Byli w lekkim szoku, nie powiem. Paul bardziej przejmował się moją porywczością (ale co innego mogłam zrobić?), zaś Salem wypytywał o Pascala.
-Czym cię urzekł, co? Przecież twoim partnerem był odtwarzacz, który zdradzałaś dość często z książką - naigrywał się.
-Jest... miły. Czarujący. I kocha muzykę. Ma bardzo ciekawe spojrzenie - wydukałam. Nie wiedziałam do końca, jak powinnam odpowiedzieć.
-Wow, nieźle zamieszał ci w głowie - Salem, dzięki, tyle też wiem.
-Aż chyba trochę za bardzo - wtrąciła Namina.
Zasiała ona we mnie ziarnko wątpliwości. Była w końcu moim największym autorytetem. Miała dobre oceny, przyjaciół, śpiewała, wygrywała konkursy. Jest śliczna i często przyprowadzała chłopaków do domu. Pascala jednak zobaczyłam po raz pierwszy w klubie. Teraz tak nieprzychylnie o nim mówiła.
-Przestań. Ona ma przynajmniej w miarę stabilny związek - odgryzł się w moim imieniu Paul. Często prowadzili takie sprzeczki. Obserwowaliśmy to zawsze z Salemem śmiejąc się. Możnaby powiedzieć, że jest moim najlepszym przyjacielem. Każdemu życzę takiego brata.
Rozmawialiśmy i żartowaliśmy koło trzech godzin. Wspominaliśmy wczesne dzieciństwo. Moim zdaniem temat za często schodził na mnie, ale to szczegół. Powinniśmy się tak spotykać częściej. Odprowadziłam ich do drzwi. Salem został jeszcze chwilę. Tłumaczył coś ojcu, nawet raz krzyknął. Mamy nie widziałam, przynajmniej obok nich.
-Chodź, odprowadzę cię - zaproponowałam Salemowi, gdy wrócił do holu.
Wyszliśmy na dwór. Było ciepło i przyjemnie. Wiał lekki, przyjemny wiatr.
-Adilka, uważaj trochę na niego, d'accord? Mina przesadza, ale mimo wszystko, nie zatracaj się - powiedział, gdy staliśmy sami. - Widzisz, co się może czasem dziać... - dodał szeptem, posyłając wymowne spojrzenie w stronę domu.
-Myślisz, że uderzyłby ją? - zapytałam niepewnie. Salem odwrócił gwałtownie wzrok.
-Tak sądzę - mruknął bez przekonania. - A teraz lecę, trzymaj się siostrzyczko - powiedział, po czym cmoknął mnie w policzek. Objęłam go.
-Dobra, dobra, już się nie rozklejam. Ale... martwi mnie mama - stwierdziłam. Poklepał mnie po plecach.
-Zrobię co w mojej mocy, jeśli cokolwiek będzie nie tak, dobrze?
-Dobrze. Pa - odpowiedziałam z ulgą i odwróciłam się. Zobaczyłam, że Pascal już zaparkował przed domem. Podeszłam zatem do jego auta.
Miał dziwne spojrzenie. Coś wywoływało we mnie niepokój i nie było to spowodowane obawami Naminy. Wysiadł powoli z auta. Na tylnym siedzeniu leżały moje torby.
-Hej - powiedział, po czym mnie objął. Uśmiechnęłam się i pocałowałam go lekko.
-Dzięki, że znalazłeś czas.
-Nie ma sprawy. I tak prawie skończyliśmy już soundtrack, także wreszcie będę miał więcej czasu poza studiem - mówił, ale myślami błądził gdzieś indziej.
-Pascal, co się stało? - zapytałam.
Gwałtownie złapał moje ręce i je wykręcił. Wystraszyłam się nie na żarty. Wytrzeszczyłam ze strachu oczy. Ciężko przełknęłam ślinę. Zaczęłam po chwili odczuwać pulsujący ból. Ścisnął mocniej moje nadgarstki i przyparł do drzwi samochodu.
-Kim był ten facet?! - wysyczał. Płakałam ze strachu. Byłam zbyt słaba, żeby się wyswobodzić. Zaczęłam drżeć.
-Brat... Salem... - dukałam, próbując się uspokoić.
-Nie kłam.
-Nie kłamię! Puść! - jęknęłam. Zmarszczyłam brwi, patrząc na niego z wściekłością. Tak, jak nikt umiał wywoływać we mnie sprzeczne emocje, bez dwóch zdań. Pocierałam delikatnie zaczerwienione dość poważnie nadgarstki.
-Jesteś chory, Pascal. Mina mówiła prawdę - powiedziałam, patrząc w bok. Mój głos był pełen żalu. Nie byłam przekonana co do swoich słów, ale...
-Wcale nie, Adila. Poniosło mnie, przepraszam, ale wiem jaki byłem i boję się, żebyś ty tak samo... - był zdezorientowany. Chyba nie do końca zarejestrował, co przed chwilą zrobił.
-Boję się ciebie, wiesz? Boję! Czy masz mnie za puszczalską lalunię? Naprawdę?! - byłam jednocześnie rozwścieczona i zrozpaczona. Co ty ze mną idioto wyprawiasz?
Patrzył w dół. Był skruszony. Zabolało go to.
-N-nie... Adila, proszę... to... to nie tak... Boże...
Skorzystałam z chwili jego konsternacji i zabrałam torby. Pociągnęłam cicho nosem. On się nie zmieni. Jeszcze nie teraz.
-Lecz się, Pascal. Albo chociaż przemyśl to poważnie. Mam dość twoich emocjonalnych zagrywek. Nie wiem, czego się po tobie spodziewać - wyszeptałam. Miał to być normalny ton głosu, ale zabrakło mi wewnętrznej siły. Właśnie mu powiedziałam, żeby odszedł?
-Obiecuję. Przepraszam. Zmienię się. Boże, Adila, muszę wiedzieć, że mi wybaczysz! - ton głosu miał wręcz rozpaczliwy.
-Niczego nie mogę ci obiecać. Będę nieprzewidywalna, jak ty - powiedziałam i skierowałam się w stronę domu. Usłyszałam ciężkie westchnienie.
Gdy przekroczyłam drzwi z torbami, oczekiwałam względnego chociaż spokoju. Trafiłam jednak na zupełnie niespodziewany widok.
Mama klęczała na podłodze. Płakała. Ojciec wrzeszczał. Nie krzyczał, a wrzeszczał. Najpierw coś o wymyślonej zdradzie, potem chyba sam stracił wątek. Schowałam się za murkiem w kuchni.
-A Adila?! Widziałaś, jak się całowali?! Taka młoda, a już się puszcza!
-Akram, przestań! - łkała. Usłyszałam trzask. Uderzył ją w twarz. Jej policzek od razu przybrał barwę dojrzałego bakłażana. Nie mógł być to pierwszy raz.
Byłam okropna, nie podeszłam, ale bałam się, że mnie także pobije. To odruch bezwarunkowy, unikanie niebezpieczeństw. Zamiast tego znów płakałam, tym razem bezgłośnie. Trzask. Trzask. Trzask.
"Boże, on ją zabije" - pomyślałam i skuliłam się. Nie wiedziałam, czy mogę jakoś pomóc. Siedziałam parę metrów dalej, a czułam się bezsilna.
Uderzył ją. Nigdy nie widziałam, jak przekracza tę niepisaną granicę. To było niedopuszczalne. Karygodne. Okropne. Wtedy przestał być moim ojcem. To koniec. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Podniósł rękę na kobietę. Bez powodu. Bez zahamowań. Bez skrupułów.
Zaczął drwić z Salema. Obrażać go. Bluzgać. Wpadł w szał.
-Putain, po co ty gnoja rodziłaś?! Żeby za dom wcześniej zapewniony odwdzięczał się pyskowaniem?! Connard!
-Adila, dzwoń po policję! - usłyszałam przeciągły jęk. Pomimo telefonu w kieszeni nie odważyłam się. Cholerna psychika.
Trzask jakiego jeszcze nie było. Łupnięcie o podłogę. Wychyliłam się nieśmiało. Rzucił nią o ścianę. Moja ukochana mama leżała teraz nieprzytomna, bezwładna niczym kukła. Zemdlała przez uderzenie. Miał powód, którego nie znałam? A może to po prostu jego prawdziwe oblicze? Władczy tyran?
Wstałam i podeszłam do drzwi. Chyba mnie zauważył, ale nie było to ważne. Miałam jedynie naładowany telefon oraz 5 euro. Urządzenie wyrzuciłam jednak w holu - niech nie liczą na kontakt. Wyszłam, pozostawiając za sobą największe zło, jakie widziałam. Stchórzyłam. Zwyczajnie stchórzyłam. Jeśli coś jej się stanie, będzie to moja wina. Ale ja za nią nie odejdę. Ty też musisz myśleć, mamo.
Nadal wiał przyjemny wiatr. Szłam powoli w ciemną ulicę Paryża. Lampy świeciły o wiele słabiej. Niebo zdobił jedynie smutny rogal księżyca. Taki czarno-biały przypominał francuskiego klauna. Podeszwy moich butów rytmicznie stukały o chodnik. Szłam wolna. I wydrążona z emocji. Stałam się nicością. Przez dwóch zupełnie różnych mężczyzn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz