Szłam ulicami Épinay-sur-Seine ze świeżymi bagietkami w torbie. Cóż, ktoś musi robić zakupy. Twarz smagał mi przyjemny, wiosenny wietrzyk. Wszystko wydawało się przyjemniejsze i w cieplejszych barwach - nawet pomiędzy płytami brukowymi zaczęły rosnąć soczyście zielone koniczyny. Ludzie jak zwykle patrzyli na mnie ze zdziwieniem, ale odkryłam, że nie przywiązuję do tego większej wagi. Idylliczny nastrój. Pomimo niedzieli, większość śpieszyła się jednak. Dzieci wciśnięte w wyjściowe stroje próbowały nadążyć za zestresowanymi rodzicami. Pomimo miarowego stukotu lakierowanych bucików, ich dusze wraz z myślami szybowały wysoko. Dlaczego odzierają dzieci z marzeń?
"Pourquoi vous exécutez toujours?" - przebiegło mi przez myśl. Dlaczego zawsze biegną? Próbują chwytać kolejne dni, spychając w cień teraźniejszość. Czy nie wystarczy im to, co mają?
Mama mówiła, że zawsze trzeba się uśmiechać, by móc w pełni doświadczać dobrych chwil i przetrwać złe. Sama jednak tkwiła w strachu przy tacie, ale... może dostrzega coś, czego ja nie? Jest przecież bardzo mądrą kobietą. Ciekawe, co robi. Zanurzyłam się w zgiełku - nawet jeśli to przedmieścia, można doskonale podążać za tłumem. Zresztą, najlepiej widać takie rzeczy na protestach. Obywatele często protestują - to wręcz swego rodzaju zwyczaj. Nie wiem, dlaczego czasem krzyczą dla zasady. To okropne. Nie demonstracje, a podnoszenie głosu. Rzadko zwiastuje coś dobrego, wywołuje strach, łzy. Okrzyk radości brzmi zupełnie inaczej. Imię ukochanej osoby wykrzykiwane po rozłące - także. To uwalnianie emocji, zaś krzyk - wypuszczanie demonów.
Stanęłam przed jednym z bardziej ruchliwych przejść dla pieszych. Tutaj pośpiech jest wręcz wskazany, jeżeli nie zamierzasz zostać jednym z pasów. Szaleni, paryscy kierowcy. Większość wraca teraz z domków na wsiach do tej romantycznej aglomeracji, by rzucić się w wir tygodnia roboczego. Warto czasem przerwać monotonię, nieprawdaż? I mój los o to zadbał, bo obok przystanęła kobieta, która uczy mnie francuskiego w liceum. Jest już starsza, przez co zaproponowanie pomocy wydało mi się koniecznością - szczególnie, że targała zakupy.
-Och, Adilo, bardzo ci dziękuję - powiedziała z uśmiechem, gdy w całości dotarłyśmy na drugą stronę. Była jednak lekko zdziwiona. Spojrzała z zaciekawieniem na moje zakupy. - Ale, dziecko drogie, co ty tu robisz? Przecież masz boulangerie o wiele bliżej domu. Przeprowadziłaś się? - wiedziałam, że mogę zaufać tej kobiecie.
-Nie, proszę pani.
-W takim razie, dlaczego cię tu widzę?
-Bo chwilowo nie mieszkam w domu - była zszokowana.
Mogłabym ją nazwać ciocią, nie obraziłaby się. Zresztą, ta kobieta rozumie mnie lepiej, niż większość mojej "bliskiej" rodziny.
-Może wejdziesz na kawę? Mam drugą boulangerie zaraz pod domem, będziesz mogła potem kupić świeższe pieczywo - chętnie przystałam na tę propozycję. Tego potrzebowałam - rozmowy z osobą, która oceni moją sytuację z innej perspektywy. Dalej szłyśmy razem. Okazało się, że nie mieszka wcale tak daleko od Pascala. Musiałam nie zauważyć bliżej położonej boulangerie, ale przyznam, że dłuższy spacer wyszedł mi na dobre. Zrządzenie losu? Możliwe.
Nigdy nie byłam u niej w mieszkaniu. Wywarło na mnie ogromne wrażenie - pozytywne oczywiście. Wiekowe meble, długie, drapowane firany... Salon zachwycił mnie tapetą w drobne kwiatki. Tych zresztą było tu dużo - głównie doniczkowych. Pozwolono mi zająć miejsce w ogromnym, wygodnym, bujanym fotelu. Obok stał bardzo stary zegar, tykający miarowo. Odruchowo stuknęłam palcami w ciemne drewno. Nie krępowałam się jednak tak bardzo tą konwersacją.
-Czyli mówisz, że nie mieszkasz w domu? - potwierdziłam skinieniem. Czuję, iż nieźle się pani zdziwi. - Gdzie zatem? - uniosła znacząco kąciki ust. - U chłopaka? - nie atakowała mnie. O, jakaś nowość. Muszę się przyzwyczaić.
-Tak. Wie pani, nie cieszy się on opinią zbyt wiernego, ale zmienił diametralnie swoje postępowanie. Wyszło jednak na jaw, że rok temu był z moją siostrą. Ta, znając jego nieciekawe oblicze, przedstawiła wszystkie wady moim rodzicom, a chyba rozumie pani, jak tata potrafi się wściec - pokiwała wolno głową. Zmarszczyła delikatnie brwi.
-Dlatego u niego pomieszkujesz?
-Nie. Tata chciał wysłać mnie do Indii. Po moim sprzeciwie wyrzucił mnie z domu - pogłaskała współczująco moją głowę.
-Ach, ty moja Indilo! Może niegrzecznie, że pytam, ale... to Pascal Koeu? - uśmiechnęłam się szeroko. Indila, fajnie brzmi. Pasuje do mnie. Przyjmie się w szkole.
-Tak, dokładnie. Zna go pani?
-Oczywiście, jest bardzo miły. Często mi pomagał. Tak jak mówisz, miewał wyskoki, ale to w gruncie rzeczy dobry facet - powiedziała zupełnie naturalnie. Da się przeprowadzić taką rozmowę bez oskarżeń i krzyku? Moja lista interesujących faktów się powiększa.
Mieszkałam u niego już tydzień. Sypialnia stała się moim tymczasowym pokojem, jednakże Pascal często tam przesiadywał, ze względu na komputer (i mam nadzieję, że trochę dla mnie). Uwielbiam, gdy zamiast budzika z krainy Morfeusza wyciągają mnie promienie słoneczne wpadające przez okno. Rano lubię sobie je otworzyć. Powietrze jest o wiele czystsze niż w mojej okolicy. Cóż, Épinay-sur-Seine leży odrobinę dalej od centrum Paryża. Rześki podmuch wiatru pobudza mózg do intensywnej pracy, takiej jak rozmyślania nad życiem czy stylizacją dnia. Wiem, że brzmi to śmiesznie, ale dla mnie te chwile są magiczne. Ja patrzę w uśpioną jeszcze panoramę miasta, zaś moje myśli tańczą z wiatrem po paryskich dachach. Nie mam pojęcia, czy to noc, czy też dzień. Po prostu istnieję. A Paryż istnieje dla mnie.
Wtedy też lubię, kiedy Pascal przychodzi mnie przytulić. Jestem naprawdę zbyt uczuciowa, ale nic na to nie poradzę. Potrzebuję bliskości drugiej osoby, chociażby dla komfortu psychicznego. Je t'aime - te dwa słowa potrafią rozjaśnić każdy poranek. Wszyscy pragniemy miłości i zrozumienia. W moim wypadku pragnienie to nasila rankiem, jak już wspomniałam, otwarte okno. Czasem stawaliśmy razem i obserwowaliśmy zagubione, zaspane jeszcze jednostki ludzkie błądzące ulicami. Byli w pewnym sensie uroczy - niezdolni do normalnego funkcjonowania, usilnie próbujący kurczowo trzymać się poręczy względnej świadomości. Tak, poranki w mieszkaniu Pascala są czymś więcej, niż beznamiętnie dzwoniącym budzikiem.
Na nowo odkryłam zalety słodkich śniadań, których moi rodzice starają się konsekwentnie unikać. Ale czy rankiem może być coś lepszego, niż świeża, chrupiąca bagietka z dżemem jagodowym i kawa? Dla mnie na pewno nie. To przecież właśnie z nimi jesteśmy kojarzeni za granicą. Po takim uszykowaniu byłam odwożona pod lycée, wywołując niemałą sensację. Nie dość, że samochód z tych droższych, DJ za kierownicą, to jeszcze kujonek na fotelu pasażera. Spotkałam się nawet z pytaniem, czy to moja rodzina. Każdy dzień odpowiadał innemu wykonawcy - tym sposobem przesłuchaliśmy znakomite utwory Mecano (Hijo de la Luna zapamiętam chyba do końca), Michaela Jacksona, Jacquesa Brela, Edith Piaf i innych.
Nienajgorsze auto przyciągnęło nawet uwagę nauczycieli, którzy nagle zaczęli uważniej mnie obserwować. Koleżanki ciekawym zbiegiem okoliczności przypomniały sobie o moim istnieniu, zaś ameby z czwartkowego występu - tu też byłam w szoku - przeprosiły mnie. Co też pieniądze robią z człowiekiem - przecież ich na wieczność nie zabierzesz. Można je łatwo stracić, zaś wspomnień nie odbierze wam nikt, chciwcy. Jesteście fałszywie szczęśliwi, handlujecie swoimi wartościami. Spróbujcie kupić szczerą miłość, prawdziwą radość, łzy śmiechu. Wszędzie materialiści. Mam nadzieję, że ten związek nie zmieni mnie w inną osobę - choć na razie tylko widzę więcej i naprawdę jest to przydatne.
-Ale... skąd pani wiedziała? - zapytałam. Nie należała do osób, które całymi dniami plotkują o życiu sąsiadów. Takie odniosłam przynajmniej wrażenie.
-Widziałam, jak cię podwozi - odpowiedziała ze śmiechem. No tak, wystarczyła spostrzegawczość. - Poza tym, ostatnio wydaje się jakiś weselszy.
Jej wypowiedź wywołała u mnie uśmiech. Weselszy? Z mojego powodu? Jeśli mam prawo tak podejrzewać.
Stwierdziła też, że nie powinnam uciekać przed problemami. Cóż, według mnie, była to dobra opcja, przynajmniej na razie. Ani mama, ani tata nie dzwonili. Ja też zresztą milczałam. Swoją drogą, chyba nie odważyłabym się odebrać. Gdzieś w środku nadal tlił się strach. Trudno tak szybko przełamać swoje lęki, szczególnie kiedy coś w ostatnim czasie je spotęgowało.
Niedługo potem wyszłam, zabierając jeszcze dość ciepłe bagietki - oceniłam je jako "do zaakceptowania". Po drodze minęłam wyjątkowo dużą liczbę zakochanych. Z ich twarzy biło szczęście porównywalne do beztroskiej wolności ptaków latających nad naszymi głowami. Było to piękne, bo tak szczere, naturalne... Spontaniczne. Nikt tego nie zapisał w terminarzu. "Ten miesiąc, ten dzień, taka godzina - szczęście". Byłoby w sumie o wiele łatwiej. I szarzej. Nudniej.
Był to naprawdę nieprzewidywalny dzień, bo przed wejściem do domu zauważyłam jakiegoś mężczyznę. Wyglądał przeciętnie, a na pewno nie podejrzanie. Siejący postrach czarny t-shirt i jasne jeansy. Miał czarne włosy, ciemną karnację oraz okulary. Musiałam do niego podejść, choćby z pragnienia otworzenia drzwi. Spojrzał na mnie zdziwiony - i tym razem nie chodziło mu raczej o wygląd.
-Bonjour - powiedział niepewnie.
-Bonjour - odpowiedziałam. - Czeka pan na kogoś?
-Yyy... jest może Pascal? - wydukał, ze zdziwieniem patrząc na wyjmowane przeze mnie klucze.
-Pewnie tak, ale jeśli komponuje czy intensywnie myśli, to pewnie nie słyszy pukania - uśmiechnęłam się. Zatem kolega Pascala? - Niech pan wejdzie.
Otworzyłam drzwi, zdjęłam kurtkę, buty i położyłam zakupy w kuchni. Gość był ewidentnie skonsternowany. Po chwili otrząsnął się, podszedł, po czym wyciągnął rękę. Miał drogi zegarek - jestem kobietą, co poradzę, zwracam uwagę na takie rzeczy.
-Karim.
-Adila, miło mi. Chce pan... chcesz kawy? - głupio było mi mówić mu po imieniu. Wydawał się jeszcze starszy od Pascala, a już nas dzieliło przecież pięć lat. - Skąd się znacie?
-Poproszę. Pracujemy razem już dość długo. Przepraszam, może niegrzecznie, że pytam, ale ty jesteś... - pauza była aż nazbyt pytająco-dramatyczna. Zaśmiałam się, jednocześnie nalewając kawy.
-Dziewczyną Pascala. Z mlekiem? Słodzisz? - jak gdyby nigdy nic zaczęłam kroić bagietkę, choć kątem oka doskonale widziałam, że wbiło go w fotel. Uniósł brew i położył ręce na stole.
-Nie, nie, taka może być... - stwierdził, więc podałam mu filiżankę.
Zabrałam się za przygotowywanie śniadania dla mnie i Pascala. Dopytywałam się o szczegóły ich pracy - z jednej strony chciałam potwierdzić jego tożsamość, z drugiej zaś - po prostu wiedzieć więcej. Dowiedziałam się zatem o początkach, firmie K2K Entertainment oraz poznałam szczegóły współpracy z Monsieur Besson, jeśli chodzi o soundtrack do Taxi 3.
Jak można było się spodziewać, akurat wtedy nie zadziałała moja wielozadaniowość, przez co kawa i bagietki dla Pascala leżały grzecznie na blacie. Uświadomił mi to jego wzrok, kiedy stanął w wejściu do kuchni. Zerwałam się z krzesła, mimo wszystko szczegółowo oglądając "robione na zamówienie" kafelki. Grzywka dawała mi jednak częściową możliwość obserwacji.
Zbulwersował się dość mocno na widok Karima. Posłał mi gniewne spojrzenie, po czym wsadził ręce do kieszeni.
-Jak długo tu siedzicie? - padło pytanie, jednak wybrzmiało tylko w przestrzeń. - I, Adila, tak w sumie, skąd go znasz? - znów cisza. Zacisnęłam ręce w pięści. A przecież nie zrobiłam nic złego.
-Daj spokój, Pascal. Stałem pod domem, więc mnie wpuściła. Mógłbyś też czasem usłyszeć pukanie.
-Każdy mógł stać pod drzwiami. Nie zna cię... no, uświadom mnie, jeśli się mylę? - był bardzo zirytowany.
Nie widziałam go takiego. Zaczęłam nierówno oddychać. Podobno kobiety wybierają sobie partnerów na wzór domu rodzinnego. Jeśli okaże się taki jak tata? Nie, to niemożliwe.
Słyszałam jak rozmawiają, ale przestałam przyswajać słowa. Stałam tam spięta, ze zwieszoną głową. Czułam, że zaczynam się trząść - odżyły we mnie wszystkie lęki, przed którymi w ostatnich dniach uciekałam.
-Przepraszam - szepnęłam, po czym skierowałam się do pokoju.
Usiadłam na łóżku, przytłoczona strachem. Czasem lepiej jest nie myśleć, prawda? Spokój Adila, spokój, czy on dał ci kiedykolwiek powód, byś tak się bała?
Poczułam, że zaraz go otrzymam, gdy tylko wszedł do środka i trzasnął drzwiami. Starałam się nie zemdleć. Przygryzałam od środka policzki. Tak, bałam się. Człowieka, którego kocham. Który nigdy nie dał mi powodu do strachu czy obaw. Bałam się podświadomie, instynktownie. Położyłam dłonie na kolanach, próbując oddychać miarowo. Starania te spełzły jednak na niczym.
Trzask. Uderzył pięścią w drewniany blat. Ciężko przełknęłam ślinę. Boże, dopomóż.
-Mogłabyś, z łaski swojej, na mnie spojrzeć?! - krzyknął.
Podniosłam głowę z niedowierzaniem. Krzyknął. On krzyknął. Mój Pascal właśnie na mnie krzyczał. Wręcz namacalnie poczułam, jak momentalnie oplata mnie jego gniew. Rozchyliłam usta, bo oddychanie przez nos stało się z powodu emocji niewykonalne.
-To mógł być każdy! Złodziej, kryminalista... Zresztą, czemu mnie nie zawołałaś od razu?! Skąd mam wiedzieć, czy tylko rozmawialiście?! - był doprawdy wściekły.
Pomimo tego uniosłam nieznacznie kąciki ust. Pascal, poważnie?
-Czyżbyś był zazdrosny?
-Jak widać, dajesz mi powody! Powiedz mi, twoja głupota jest naturalna?!
Krzyk. Zaczęłam się niekontrolowanie trząść. On krzyczy. Nadal krzyczy. Znów nie rejestrowałam słów. Patrzyłam na niego przerażona i skulona. Ledwie łapałam oddech. Nie atakuj mnie swoimi demonami. Inni czują inaczej, wiem. Ale ja nienawidzę krzyku. Miażdży on swoją potęgą, wskazuje moje miejsce między innymi problemami w czarnej dziurze złości. A teraz krzyczy Pascal. Osoba, której ufam, a może ufałam. Odarł mnie zupełnie ze stabilności emocjonalnej. Łzy ciekły mi strumieniami. Wiem, jestem beznadziejna, zostaw mnie! Nie atakuj! Przez cieknące krople zobaczyłam drugą postać, która złapała go za ramię.
-No stary, teraz przesadziłeś. Nie wyolbrzymię, jeśli powiem, że umiliłeś niedzielę połowie osiedla - powiedział, po czym wyszedł.
Czułam, że jestem blada. Nadal dygotałam ze strachu. Jego krzyk sprawił, że przez chwilę przestałam istnieć. Stałam się nikim. Pustą przestrzenią. Próżnią rozdzieraną dźwiękiem. Nie atakuj.
-Adila? - niepewnie wypowiedział moje imię.
Podszedł i chciał dotknąć mego ramienia. Gwałtownie się odsunęłam. Zacisnęłam odruchowo zęby. Spojrzałam w jego oczy. Przeraził się. Niech widzi, do czego mnie doprowadził. Krzyknął. Jak mógł.
-Adila... - zaczął ponownie, znów podejmując próbę objęcia mnie. Z trudem łapałam rytm oddechu.
-Zostaw - syknęłam, wyglądając przez okno. Nie przyniosło ono ani ukojenia, ani odpowiedzi.
-Przepraszam, matko, nie chciałem... - był zagubiony. Ja zresztą też.
-Tak zamierzasz mnie ranić?
-Co zrobiłem aż tak strasznego? Wyglądasz, jakbym co najmniej wyciągnął nóż.
Wow, Pascal, jaki budujący komplement. Naprawdę nie widzisz?
-Krzyczałeś.
-Tak bardzo cię to rani? Krzyk? - był zaskoczony. Ja starałam się na dobre uspokoić oddech.
-Kiedy krzyczysz, przypominasz mi ojca - szepnęłam.
Znów spojrzałam mu głęboko w oczy, czekając na reakcję. Coś go tknęło w środku. Wstał i spojrzał na mnie przepraszająco.
-Wybacz - powiedział prawie bezgłośnie, po czym wyszedł.
Owinęłam się szczelnie kołdrą. Tak to ma wyglądać? Dlatego mama tkwi przy tacie? Nie chcę takiego życia. Nigdy jak dotąd nie krzyknął. Może to tylko jednorazowe? Z drugiej strony, tak łatwo popadł w złość.
Przeraźliwie kręciło mi się w głowie. Stwierdziłam, że warto byłoby napić się wody, jednak ostatecznie nie wstałam. Gdy podniosłam głowę z poduszki, zegarek wskazywał piętnastą. Bardziej stawiałabym na omdlenie w połączeniu ze snem niż zwykłą drzemkę. Byłam nieziemsko głodna - w końcu od rana wypiłam tylko kawę. Czułam na twarzy maskę z zaschniętych łez. Mimo to uśmiechnęłam się. Na biurku stał wazon z bukietem białych róż. Moje ulubione... domyślił się?
Do kuchni udałam się rozdarta pomiędzy zupełnie sprzecznymi emocjami. Przeprosił, a nawet kupił kwiatki. Ale... czy to coś znaczy, jeśli tak ma wyglądać codzienność? Tyle że tak pięknie pachną...
-Wybaczyłaś? - stanął za mną, gotowy do odwrotu. Ostrożnie chwycił moją rekę.
-Niezupełnie. Miałeś zrobić wszystko, żebym się nie bała.
-A bałaś się?
-Tak.
-Bo krzyczałem?
-Yhym.
-Jeśli obiecam, że więcej nie krzyknę, przestaniesz się bać?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Ufam mu? Mogę? Jestem tego pewna?
-Możliwe.
-W takim razie obiecuję - ścisnął moją dłoń mocniej - A teraz szykuj się, bo idziemy do restauracji.
-Restauracji? - powtórzyłam zdziwiona.
-Patrząc na godzinę, musisz być głodna.
Oj Pascal, w co ja się wpakowałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz